Lekkoatletyka. Minima a sprawa ludzka

Szymon Ziółkowski

Szymon Ziółkowski (Fot. KAI PFAFFENBACH REUTERS)

Wraz ze zbliżającymi się igrzyskami olimpijskimi w Londynie kolejny raz rozgorzeje zapewne dyskusja o potrzebie, zasadności i sensie uzyskiwania wyników zwanych minimami kwalifikacyjnymi.
Problem narasta, gdy nie wszystko jest jasne, gdy okazuje się, że nie wszystkich zawodników obowiązują te same zasady.

Lekkoatletyka jest jedną z niewielu dyscyplin olimpijskich, która nie ma tzw. kwalifikacji olimpijskich. Wystarczy tylko wynik i teoretycznie sprawa awansu na igrzyska jest przesądzona. Organem podejmującym decyzje o wysłaniu zawodników na imprezę jest więc Polski Komitet Olimpijski na podstawie wskazań właściwych związków sportowych.

Ale przejdźmy do meritum. Powodem, dla którego piszę ten felieton, jest sprawa utalentowanej maratonki Iwony Lewandowskiej, której zabrakło do minimum ustalonego przez PZLA tylko i aż 38 sekund. Czy w przypadku tak minimalnego braku wymaganego wyniku powinno się przymknąć oko i przedstawić zawodniczkę do akceptacji jako olimpijkę?

Moim zdaniem, niestety, nie.

Jestem za rygorystycznym podejściem do norm kwalifikacyjnych. Uważam, że minima powinny obowiązywać wszystkich równo, bez względu, czy zawodnik jest utytułowany, czy nie, czy jest to sprinter, miotacz, czy - jak w tym przypadku - maratonka.

Pamiętam rozmowę z dyrektorem sportowym PZLA przed mistrzostwami Europy w Barcelonie. Mówiliśmy o podwyższaniu w niektórych konkurencjach poprzeczki względem norm ustalonych przez władze światowe, czy w tamtym przypadku europejskie. Usłyszałem, że powodem takich decyzji jest wyeliminowanie w maksymalnym stopniu tak zwanych wyjazdów na wycieczkę. Wysyłanie na imprezy tylko takich sportowców, którzy mają realne szanse, by wystąpić w wąskich, czyli ośmioosobowych finałach.

Jestem za taką polityką związku i takim kryterium wysyłania zawodników na imprezy mistrzowskie, pod jednym warunkiem: że będzie to dotyczyło wszystkich bez wyjątku na takich samych zasadach. Nie może dochodzić do sytuacji, gdy np. w biegach sztafetowych występują zawodnicy, którym do osiągnięcia minimum brakuje sporo, a startują tylko dlatego, że tak ustala trener prowadzący lub działacze.

Minima są dla wszystkich równe i tylko traktowanie ich bez wyjątków pozwoli ustrzec się posądzeń o kumoterstwo czy kumplostwo. Niech przepustką na największe stadiony świata będzie wynik na stadionie, a nie ustalenia przy zielonych stolikach. Najlepszym przykładem jest tu reprezentacja USA. By wystąpić w jej barwach, konieczne jest zajęcie miejsca 1.-3. w mistrzostwach kraju. Nieważne jak utytułowanym zawodnikiem się jest, nieważne, że ma się niejednokrotnie najlepszy wynik na świecie bądź nawet rekord świata. Nie ma podium, nie ma wyjazdu. Kropka. To są jasno postawione zasady i nikt nie ma złudzeń, że może być inaczej.

Może polski sport to nie amerykański, ale zasady możemy mieć i się ich trzymać. Im mniej możliwości do naciągania przepisów, tym lepiej. Polak ma przecież w naturze, że nie zawsze czarne jest czarne, a białe jest białe.

* autor jest mistrzem olimpijskim z Sydney w rzucie młotem

Zobacz także
  • Maraton w Berlinie Londyn 2012. Iwona Lewandowska: Przeklęte 38 sekund
  • Daegu 2011. Usain Bolt po finale na 200 metrów Lekkoatletyka. Gdzie dobiegnie Usain Bolt
Komentarze (4)
Lekkoatletyka. Minima a sprawa ludzka
Zaloguj się
  • Gość: exportowiec

    Oceniono 1 raz 1

    Mało razy tak było, że zawodnik przygotowywał formę na określoną imprezę, a na wcześniejszych zawodach wyglądał słabo? Nie każdy jest w stanie osiągnąć dwa szczyty formy w sezonie, a terminy uzyskania minimów nie są wcale dowolne, także ich miejsca. Rozumiem, że każdy szuka sprawiedliwych kryteriów eliminacji olimpijskich - ale układy i ludzkie sympatie i antypatie to sprawa w końcu pozasportowa. Rozumiem, że konieczność wcześniejszego uzyskania minimum redukuje możliwość cichego i tajnego koksowania się, to dobry argument. Z drugiej strony oglądając zawodników przez cały sezon utrzymujących superformę nie bardzo wierzę, że uzyskali to bez koksu. Koniec końców widać, że sprawa jest dość złożona - ja bym nie uważał, że należy z żelazną konsekwencją trzymać się ustalonych minimów, tym bardziej, że są one, to znaczy krajowe, wyższe, niż olimpijskie. Inna sprawa, że jeśli są zawodnicy postulujący takie rozwiązanie, to musi być niezły bajzel w związkach sportowych i PKOl. ALe przecież szkodzenie sobie nawzajem to ulubione staropolskie zajęcie, więc nie ma się co dziwić ...

  • Gość: miszcz

    0

    To tak samo powinni robic z działaczami, którzy nic nie robią. Brak sukcesów to brak wypłaty. ;)

  • kj35

    0

    a w sztafetach sa osobne minima, a nie suma 4-6 wynikow najlepszych zawodnikow....!

  • kj35

    0

    z drugiej strony sport to nie matematyka!

    Felieton jest bez sensu! Minimum jest tylko 'wskaznikiem' ... a polskie sa wyzsze od miminum Iaaf. Oprocz takich krajow jak USAi Rosja prawie cala reszta postepuje podobnie i 'zaostrzaja' albo 'rozluzniaja' nominacje na najwieksze imprezy, a te kraje ktore 'zaostrzaja' przewaznie na tym traca! ...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje