Jacek Wszoła o olimpijskim złocie w Montrealu i porażce w Moskwie. "Chrzanić Gerda Wessiga"

Uliczny konkurs skoku o tyczce na pl. Lotników. Jacek Wszoła i Irena Szewińska

Uliczny konkurs skoku o tyczce na pl. Lotników. Jacek Wszoła i Irena Szewińska (Fot. Artur Kubasik / Agencja Gazeta)

- Czy nie miałem podejrzeń, że w Moskwie on był na dopingu? Wtedy nie za bardzo. Ale nieoczekiwanie natknąłem się na niego w 1999 roku podczas zlotu złotych medalistów w Cancun. Pinacolada bardzo rozwiązała nam języki. Sam powiedział: "Pewnie wiesz albo się domyślasz. Gdybym tego nie zrobił, gdybym się nie zgodził, nie znalazłbym się nawet w kadrze juniorów NRD" - mówi Jacek Wszoła.
Radosław Leniarski: W 1976 roku w Montrealu podbił pan Polskę i chyba sporą część świata. Rozchełstany młodzieniec, żywioł w czystej postaci, niewidzianej w PRL, wygrał olimpijski turniej skoku wzwyż, zwyciężył w najważniejszym wydarzeniu dnia...

Jacek Wszoła: Dzięki młodości i braku wyrachowania. Mimo 19 lat nie byłem jednak nowicjuszem, startowałem wcześniej w kilku zawodach najwyższej rangi - oczywiście najwyższej w tamtych czasach. Diamentowej Ligi nie było przecież.

Chodzi mi o to, że główny aktor - przybysz zza żelaznej kurtyny - w finale trzyma zawadiacko trawkę w zębach. Między dziennikarzami krążyła wówczas plotka, że między skokami palił pan papierosy, coś, co można uznać za młodzieńczą dezynwolturę.

- Całe szczęście, że krążyła tylko między dziennikarzami, bo wielu purystów wówczas miałoby mi to za złe.

Czyli to prawda?

- Niestety, tak.

W olimpijskim finale?!

- Niestety, tak. Konkurs trwał strasznie długo, około czterech godzin, i co jakiś czas chowałem się w bramie stadionu i paliłem między skokami. Wzbudzałem tym sensację okolicznych trybun i sędziów, bo Amerykanie i Kanadyjczycy mają w sobie wzorzec czystego sportu, który burzył im obraz palącego fajki finalisty olimpijskiego konkursu. Żaden inny sportowiec oczywiście tego nie robił, spotkałem w bramie Siergieja Budałowa z ZSRR [czwarty w konkursie], ale ani on nie pytał, co ja tam robię, ani ja jego.

Nie jestem z tego dumny, ale rozumiem to tak: natura predestynuje do sukcesów charaktery niepokorne. Luz ma każdy, kto czuje się komfortowo ze sobą. Ja się tak wtedy czułem. W mojej karierze wszystko się układało. 1976 rok zaczął się od matury, nominację olimpijską zapewniłem sobie wcześniej. Była świetna forma, trzykrotnie poprawiony rekord Polski. Nie byłem bardzo wysoko na liście światowej, ale blisko najlepszych. Ówczesny rekordzista świata Dwight Stones skoczył 2,31 m, potem było kilku innych, i ja z 2,26 m. Oprócz Stonesa byłem jednym z niewielu, którym szło do góry. Jest dobrze, nie może być gorzej - to było tego rodzaju poczucie.

Padał deszcz. Dla skoczka nie są to dobre warunki.

- Ale mogą być. Przed igrzyskami w Montrealu było słoneczne, upalne lato i mój ojciec [Roman Wszoła przejął trenowanie syna w technikum łączności] z powodu braku deszczu polewał w Spale rozbieg wodą, aby imitować trudne warunki. "Żebyś wiedział, jak to jest, tak na wszelki wypadek - mówił. - To nic, że kolce się rozpadną z wilgoci, warto!". To był trik. W Kanadzie śledziłem prognozę pogody w amerykańskich i kanadyjskich biurach meteo. Gdy się okazało, że zbiera się na deszcz, byłem szczęśliwy. Skoczyłem 2,14 m w pierwszej próbie i spadły pierwsze krople. Poczułem, że nie tylko mam formę, ale i los mi sprzyja, że tego dnia może się zdarzyć wszystko, o czym marzyłem. Nie, że dotknął mnie palec boży, bo Bóg ma ważniejsze sprawy niż rozdawać medale na igrzyskach, ale siłą rzeczy każdy się do czegoś odwołuje w trzeciej próbie.

Takie rzeczy się zdarzają albo nie. Miałem kilkanaście konkursów, w których wszystko mi się udało, ten był jednym z nich. Wtedy tego tak nie analizowałem, bo rządziła mną młodość, wszystko było proste. Zacząłem analizować, gdy spojrzałem w lustro i zauważyłem, że mam 25 lat.

Największym przeciwnikiem w finale był jednak nie Amerykanin Dwight Stones i Kanadyjczyk Greg Joy, ale właśnie ten, którego spotkałem w bramie - Budałow.

Ale to był przecież człowiek z poprzedniej epoki, skaczący zabytkowym stylem przerzutowym.

- To, że teraz wszyscy skaczą stylem Fosbury'ego, nie znaczy, że technika przerzutowa nie dawała możliwości. Władymir Jaszczenko bił rekordy świata stylem przerzutowym jeszcze w 1978 roku. Nie zarzucono go jako metody archaicznej, ale jako zbyt trudną, a przez to ograniczającą liczbę skoczków. Wymagała wspaniałych warunków fizycznych.

Dzięki mojemu przyjacielowi Dickowi Fosbury'emu i dzięki sile odśrodkowej na rozbiegu, jaką skoczek mógł w tym stylu wykorzystać, mniej liczyła się siła wyskoku, bardziej szybkość na rozbiegu. Największą krzywdę w karierze zrobił mi 173-centymetrowy Amerykanin Franklin Jacobs, który dwa razy ze mną wygrał. W hali skoczył 2,32 cm. Jaką drogę w jego przypadku pokonał środek ciężkości będący o jakieś 25 cm niżej od mojego?! Nie wiem, jak on to robił. Jakąś dziką sprawnością, orientacją w przestrzeni. Na tym polega dowcip w sporcie - wykorzystać najlepiej to, co się ma.

Ja na początku próbowałem stylu przerzutowego dla zabawy. Jako syn mojego ojca bywałem na obozach sportowych i skakałem jak wszyscy - stylem naturalnym. Ale w 1969 i 1970 roku wszyscy już próbowali tej nowinki, która bardzo poruszyła sportowe środowisko [Dick Fosbury zdobył złoto olimpijskie nowym stylem w Meksyku w 1968 roku]. W Szkole Podstawowej nr 55 w Warszawie już skakałem techniką Fosbury'ego.

Podobno przyjaźnił się pan z Dwightem Stonesem. To też było dla PRL nowe. Amerykanin i Polak gadają ze sobą.

- Dwight był wielką postacią. Na Skrze w Warszawie patrzyłem na niego jak na UFO, bo wtedy ledwo przeskoczyłem 2 m, a on był rekordzistą świata. Podczas tych zawodów skakał do wysokości 2,16 m stylem przerzutowym, bo nie miał z kim walczyć. Ale w Montrealu bardziej zakumplowany byłem z moim rówieśnikiem Joyem.

Dwight się strasznie naraził Kanadyjczykom. Tuż przed igrzyskami, mieszkając w wiosce olimpijskiej, przeczytałem wywiad w biuletynie olimpijskim, w którym skrytykował strasznie to, co dzieje się w wiosce. Przywitali go jak króla, a on im wypalił, że na windę trzeba czekać, że do kibla się czeka itd. Następnie spakował się i wyjechał z Montrealu.

Artykuł z biuletynu przedrukowała miejscowa prasa.

Jako prekursor zawodowej części lekkoatletyki, Stones objechał cały świat. Był lekkoatletycznym bogiem, gwiazdą największego, światowego formatu, skakał coraz wyżej, nie przegrywał. Jego głos się liczył. Rozczarowanie publiczności krytyką było więc gigantyczne. Podczas konkursu nie dali mu żyć. Gdy w eliminacjach pojawiało się jego nazwisko na tablicy, cały stadion buczał i tupał z całych sił aż do następnego skoczka. Jak jest ogólny hałas, da się wytrzymać taką akcję, ale jak ma się świadomość, że to wszystko przeciwko mnie, to trudno o spokój - wtedy pojawia się myśl: "Pieprzę was, pokażę wam, kto tu rządzi", co nie zawsze daje pożądany efekt. Więc na finał Dwight przyszedł ubrany w białą koszulkę z czerwonymi rękawami. Wyglądał jak kanadyjska flaga. Na piersiach miał napis "I love French-Canadiens". Trochę ugłaskał trybuny, ale był trzeci.

Panu też się zdarzył podobny przypadek jak Stonesowi. Pojechał pan do Moskwy na igrzyska 1980 roku jako rekordzista świata i też pan przegrał - z Gerdem Wessigiem z NRD.

- Byłem w identycznej sytuacji, co Stones w Montrealu. Nie miało znaczenia, że w Moskwie drugie pół świata, nawet lepsze pół świata, zostało w domu. Na Łużnikach stoczyłem potworną walkę z trzema Niemcami, która zakończyła się pobiciem rekordu świata - po raz pierwszy na igrzyskach olimpijskich - przez Wessiga.

Zawsze mnie nakręcało, aby obronić złoto olimpijskie, więc zdobywając srebro, przeżyłem ogromne rozczarowanie.

Ten konkurs był męką. Znałem tych trzech enerdowców: Henry Lauterbach, Joerg Freimuth i Wessig. Nie miałem na stadionie nikogo, do kogo mógłbym się odezwać, kto by mi doradził, poprawił, poklepał po plecach. Mój przyjaciel Janusz Trzepizur odpadł wcześniej i musiał opuścić stadion. Marudził, zbierał te swoje buty długo, ale sędziowie byli bezwzględni, pomogli mu i odprowadzili do szatni. Nie mogłem patrzeć w trybuny, sędziowie obserwowali każdego zawodnika i za cielęce spojrzenie w stronę publiczności mógłbym dostać ostrzeżenie. Podpowiedzi były w tamtym czasie zabronione.

Wessig zaledwie dwa tygodnie przed igrzyskami został włączony do kadry NRD. Nie podejrzewał pan wtedy, że się szprycuje?

- Czy nie miałem podejrzeń? Wtedy nie za bardzo.

Teraz jego doping jest udowodniony. Nazwisko znajduje się na liście osób poddanych programowi państwowego dopingu w NRD, co wyszło na jaw, gdy tylko Lech Wałęsa zmienił porządek w Europie. Nikt nie boi się grzebać w tajnych dokumentach dotyczących sportowców - to łatwe i nie grozi śmiercią lub kalectwem jak w przypadkach polityków.

Nieoczekiwanie zderzyliśmy się z sobą w 1999 roku podczas zlotu złotych medalistów olimpijskich w Meksyku, w Cancun.

Natknąłem się na niego w hotelu. Siedzieliśmy na pięknej, białej plaży z palmami, na leżakach, i piliśmy pinacoladę, która, jak mi się zdaje, bardzo rozwiązała nam języki.

Unikałem tematu dopingu jak ognia. Sam to poruszył.

Powiedział: "Pewnie wiesz albo się domyślasz. Ale gdybym tego nie zrobił, gdybym się nie zgodził, nie znalazłbym się nawet w kadrze juniorów NRD. Odcięto by mnie od wszystkiego".

Co pan mu odpowiedział?

- Chrzanię to.

Myśl o igrzyskach nakręcała pana przez cztery lata. Byłby pan jedynym dwukrotnym mistrzem olimpijskim w skokach.

- Nie zmienię tego. Wszystkie próbki dopingowe z Moskwy zniszczono, ale - z przyczyn politycznych - uznano je za czyste jak kryształ, co ogłoszono wszem i wobec. Więc nie ma dowodu, że Wessig był na dopingu w tym dniu, a to wymóg prawny, gdy chodzi o doping. Sprawa jest nie do wygrania przed żadnym trybunałem. Jeśli ktoś ma w tym grzebać, to PKOl.

Rozmowa z Wessigiem była czyszcząca.

Rozumiem ją tak: żeby istnieć w takim niszczącym systemie, trzeba mieć żelazne jaja. Można się taką postawą wykazać, gdy cię przypalają żywym ogniem albo łamią kołem. Wtedy powiedzieć: "Pieprzę was. I tak już nie żyję". Ale tu latami psuto człowieka, trwało permanentne zatruwanie, kropla po kropli. Wszystko wokół było zatrute. Wyobrażam sobie rozmowę z nastoletnim chłopakiem albo lepiej jego trenerem, który już przez lata siedział w tym procederze po uszy: "Dajemy mu kilka kroplówek, bo musi skakać jak nawiedzony". I on się sprzeciwi?

Przypuszczam, że mechanizm obronny każe myśleć zawodnikowi, trenerowi, każdemu: Skoro system nie widzi w tym nic złego, to ja też nie widzę.

System skrzywdził również polskich sportowców. Mówię o bojkocie igrzysk w Los Angeles w 1984...

- Ten bojkot mnie bardziej zabolał niż porażka z Wessigiem. W Los Angeles mogłem zdobyć trzeci medal - jako jedyny skoczek.

Nie wiem, może gdybym był Niemcem, Szwedem, Francuzem, skończyłbym karierę w 1976 roku, przywieziono by mnie z Montrealu do domu w złotej lektyce, zostawiono by ją w moim garażu, a ja raz na miesiąc odłupywałbym kawałek złota na życie. Ale mnie napędzała chęć zrobienia czegoś wyjątkowego i stąd życiowe rozczarowanie.

W dniu finału olimpijskiego w skoku wzwyż w Los Angeles jechałem upiorną drogą z Olsztyna do Sopotu na spotkanie z szefem GKKFiS Marianem Renkem, bo zostałem wezwany.

Tuż przed wyjazdem z obozu skoczyłem z miejsca 1,80 m. Przed obiadem z Renkem zrobiłem trening na stadionie leśnym w Sopocie i z jednego kroku skoczyłem 2 m, z trzech 2,25 m. Ojciec zabrał mi wtedy poprzeczkę i zaniósł do magazynu, żebym więcej nie skakał.

Następnego dnia - to z powodu różnicy czasu z Kalifornią - okazało się, że medal dał na igrzyskach w Los Angeles wynik 2,31 m.

Nic pan nie powiedział wtedy Renkemu?

- Pan oszalał? Wtedy się wyłącznie słuchało.

Nic nie chlapnąłem.

No i - co za farsa! - za chwilę były Zawody Przyjaźni, cukierek na osłodę.

Na Łużnikach wystartowała całkiem mocna paczka skoczków. Był Walery Sereda, młody Javier Sotomayor. Nagle wchodzi na stadion jakaś kawalkada. Najpierw myślałem, że odbędą się występy artystyczne peruwiańskich albo kolumbijskich Indian. Część bowiem miała na sobie poncha. Fajne chłopaki, ale karakany. Patrzę, a oni skręcają na skocznię prowadzeni przez sędziego. W jednej chwili zawody profesjonalistów zamieniły się w ideologiczny sierp i młot, bo trzeba było zamaskować międzynarodowy bojkot sztuczną frekwencją. Najlepszy z nich skoczył 180 cm.

Do tego lunęło potężnie...

- Zgadza się. Woda nie odparowała ze skoczni. Ktoś przede mną złamał obojczyk, ramię i żebro. Złamanie otwarte, przerażenie sędziów. I zaraz karetka przyjechała po raz drugi - po mnie. Wyłożyłem się bowiem przed poprzeczką. Patrzę w niebo: jakie piękne, jest tęcza i niech tak zostanie.

Nic mi nie było, ale przesiedziałem do końca w karetce, aby nie powiedzieli później tak jak Kozakiewiczowi, który nabił Polsce rekordów świata - że nie zasłużył na wyjazd na mityngi, na które stos zaproszeń leży w siedzibie PZLA.

Wolałem tęczę oglądać.

Bojkoty były ciosem i ogromną krzywdą dla sportowców. Wielu wspaniałych ludzi nie miało szansy na start olimpijski lub zdobyć medal. Zdzisław Hoffman (mistrz świata w trójskoku w 1983 roku) nigdy nie wystartował na igrzyskach! On i Bogusław Mamiński (lider 3 km z przeszkodami) mogli zdobyć wszystko w Los Angeles. Zapaśnicy, wioślarze mieli tylko na olimpiadzie szansę na zaistnienie, a także na zapewnienie sobie bezpiecznej przyszłości [dzięki państwowej emeryturze]. Często nie pozwalano im na naukę: "Pan mówi sesja? Jaka sesja, tu liga, panie. Trzeba startować!" - mówili im działacze.

Pamiętam odprawę w klubie: "No, chopy, do roboty! Wy się starajta, a my wam za to damy, wy się nie bójta!".

Pan też poświęcił się skokom, ale szło panu wyjątkowo łatwo. Zaczął pan treningi w 1971 roku, a już trzy lata później był pan mistrzem Polski. Konkurencja była słaba czy pan genialny?

- Kto wie, czy dziś nie starałbym się bardziej w sporcie. Wtedy próbowałem studiować, ale chciałem być wielkim sportowcem. Wszedłem w system mityngów. W 1981 roku straciłem kilkanaście miesięcy po kontuzji, gdy w Poznaniu źle przytwierdzono tartan i zerwałem ścięgna i więzadła stawu skokowego. Wróciłem, ale już nie skakałem tak dobrze.

Jakbym powiedział, że byłem wyjątkowy, nie zostałoby nic dla czytelników.

Ulrike Meyfarth zwyciężyła w Monachium jako 16-latka i powtórzyła sukces w Los Angeles 12 lat później [jest najmłodszą mistrzynią olimpijską w skoku wzwyż, a w chwili zdobycia złota w Los Angeles również najstarszą]. To jest czad. Wśród mężczyzn kogoś takiego nie było.

Byłem piąty w klasie technikum łączności na mistrzostwach szkoły w swojej koronnej konkurencji i nie wyróżniałem się warunkami fizycznymi.

Piąty w klasie? To co się stało z tymi czterema?

- Nie zrobili kariery. Dość szybko ich wyprzedziłem. Zainteresowały ich inne rzeczy.

W moim przypadku późniejszy efekt dały geny i hormony. Ale o tym trudno było wtedy wiedzieć. W wieku 14-15 lat nie jesteśmy w stanie oszacować, kto nadaje się do jakiego sportu bez bardzo precyzyjnych i szalenie kosztownych badań. Próbowano wykonywać je w ZSRR i NRD. Lepiej zostawić to przypadkowi i zaprząc do sportu wielką rzeszę młodych ludzi. Raz, że mamy dzięki temu zdrową młodzież, dwa, że mamy podstawę selekcji do najwyższego wyczynu.

Jak 10 tys. młodych ludzi będzie ćwiczyć pod okiem trenerów, prawdopodobnie znajdzie się wśród nich kilku na poziomie międzynarodowym. Oczywiście bez gwarancji sukcesu. O tym decyduje najczęściej jedna chwila, jeden dzień, który czasem nie następuje nigdy, a czasem wali seriami, i wtedy można się poczuć wyjątkowo.

Może być i tak, że z grupki uczniów technikum łączności wyskoczy mistrz olimpijski.

W 1982 roku wybuchła afera. Odmówił pan skakania w butach zamówionych przez związek lekkoatletyczny. To był szok na całą Polskę - w samym środku stanu wojennego, gdy w związkach sportowych rządzili wojskowi.

- Skakałem w butach Asics od 1977 roku. Miałem od nich nieograniczoną ilość sprzętu, na miarę, zmiany technologiczne były konsultowane ze mną. Modele moich butów służyły przez lata różnym zawodnikom. Można się zżymać na dresy, że nieładne i nosić je z niesmakiem, ale buty dla skoczka wzwyż mają kolosalne znaczenie, nie powinno być kompromisów.

Związek czy jakiś pułkownik z GKKFiS zawarł żenującą umowę i wbrew przepisom międzynarodowym zmuszał mnie do użycia złych butów.

15-miesięczna walka o powrót do skoków po kontuzji zakończyła się odesłaniem mnie z mistrzostw Europy po eliminacjach, nie pomogło zaklejanie logo plastrami. Mistrzostwa były w Atenach. Był to konkurs marzenie: 12 skoczków, czyli nie za dużo, nie za mało, ja jako ostatni, więc wszystko kontroluję, pogoda idealna, forma i zdrowie wreszcie są, pełnia szczęścia. Marzyłem o czymś takim całe sportowe życie. Tymczasem rozpętało się piekło. Powiedziano mi, że jak nie będę skakał w adidasach, to "wypad" z Aten. Nie zgodziłem się, choć powinienem powiedzieć OK i zrobić swoje. Ale ja tak nie umiem.

Przyszedł jeden taki rano w dniu finału i powiedział: "Masz samolot o 18 z minutami".

Koniec. Pamiętajmy - trwał reżim. Zgodę na każdy wyjazd musiałem wychodzić ze stertą żenujących papierów, telefaksów, że organizator mnie zaprasza, zapewnia hotel i wyżywienie. Szedłem do szafy pancernej w COS-ie i tam pani mówiła: "Pan usiądzie i poczeka". Po godzinie wychodziła i mówiła: "Pan przyjdzie jutro".

Mogłeś mieć 27 medali na szyi i zawsze na końcu stawałeś oko w oko z upokorzeniem.

Tego najbardziej zazdroszczę dzisiejszym młodym ludziom, że są w Unii, że nie ma dla nich granic.

Gdy wręczali mi paszport służbowy, mój przyjaciel Marek Łuczyński, szef wyszkolenia PZLA mówił: "Tylko nie wariuj i nie wracaj za szybko". Więc robiłem objazd po Europie - 17 zawodów w 21 dni. Zdarzały się zawody dzień po dniu, a raz jednego dnia miałem dwa konkursy.

Średnia z całego tournée - 2,27 m! Mam to w moim dzienniczku treningowym.

Łuczyński był człowiekiem, który rozumiał, że sportowcy - jak Irena Szewińska, Grażyna Rabsztyn, Władysław Komar, Władysław Kozakiewicz i ja - są skarbem narodowym i trzeba im pomagać. Dlatego gdy zmarł w tym roku, postanowiliśmy zorganizować memoriał ku jego pamięci.

Nawet pański mailowy adres jest związany ze skokiem wzwyż. Dziś w szkole podstawowej nie uczą skoku wzwyż. Wyobraża sobie pan teraz takie zajęcia w podstawówce?

- Dziś nie uczy się w szkole niczego. Jeśli zaczynamy akceptować przyniesienie 2 września zwolnienia z WF na cały rok, to coś jest nie tak. Rodzice i szkoła ponoszą w takim momencie winę za to, że w wieku 20 lat młody człowiek będzie - oby tylko - otyły, niesprawny, niedostosowany do rywalizacji. Nie mówiąc o wieku późniejszym. Ograniczają mu tym rozwój i odcinają mu tym prostym cięciem wielką, piękną sferę życia człowieka. I przez to w niedalekiej przyszłości całe społeczeństwo znajdzie się w ciemnej dupie.

Początek problemu w tej sferze miał miejsce w końcu lat 80., kiedy dogorywała komuna i nie miała pieniędzy, aby finansować dodatkowe zajęcia szkolne nauczycielom i uczniom.

Teraz dzieci tych dzieci, które zostały wtedy odcięte od "prądu", nic nie mogą przekazać. To samo jest z nauczycielami i trenerami. Ludzie przystosowali się - nie ma wymagań, to po co walić głową w mur.

Efekt jest taki, że dziś w Polsce nie interesujemy się kulturą fizyczną, a tylko jej wąskim wycinkiem - sportem wyczynowym. Zajmuje nas sport w chwili najważniejszych zawodów w sezonie, a i to wtedy, gdy bohaterem jest lub może być Polak. Działamy pod wpływem sponsorów, mediów. Siadamy w fotelu i na peryferiach telewizyjnych platform satelitarnych obserwujemy, jak ktoś zdejmuje wisienkę z tortu, czyli bije rekord świata, zdobywa złoty medal. Ale jak do tego doszło, nie interesuje nas.

Nie tylko David Haye - ośmiu sportowców, którzy przedwcześnie kończyli kariery&nnbsp»


Zobacz także
  • Dwain Chambers Londyn 2012. Maurice Greene: Dwain Chambers nie powinien biegać na igrzyskach
  • Anna Rogowska Najlepsza polska tyczkarka Anna Rogowska: Będę startować aż do 2016 roku!
  • Maratończycy Lekkoatletyka. Maratończyk pojechał na metę busem
Skomentuj:
Jacek Wszoła o olimpijskim złocie w Montrealu i porażce w Moskwie. "Chrzanić Gerda Wessiga"
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane

Najnowsze informacje