Sport.pl

Bolt wygrywa, tańczy i bije rekord świata. Czy jeszcze ktoś nie wierzy?

Usain Bolt pokazał, kto rządzi. Po najsłynniejszym falstarcie w dziejach sportu Jamajczyk wygrał 200 m jak chciał, czyli tańcząco. Dzień później w sztafecie pobił rekord świata.
- Nie biegłem wściekły, biegłem ostro, żeby przeprosić fanów za falstart na 100 m - powiedział mistrz olimpijski, mistrz świata i rekordzista świata na 100 m i na 200 m. W sobotę wygrał w czasie 19,40 s. Walter Dix przybiegł 0,3 s za nim. Christophe Lameitre zdobył pierwszy medal dla Europy na tym dystansie od czasów Johna Regisa (1987 i 1993) i Pietro Mennei (1983). Ale strata Francuza - mimo że pobił rekord kraju - wynosiła niemal pół sekundy (19,80).

O tym, że zbliża się czas Bolta, wiadomo na 15 minut przed startem finału, kiedy zaczynają piszczeć sektory koreańskich kibiców w okolicach startu do biegu. Zaalarmowani tym fotoreporterzy biegną na łeb, na szyję, ale tylko z częścią sprzętu, bo kilkadziesiąt aparatów, sterczących w powietrze niczym baterie dział przeciwlotniczych zostawili godzinę wcześniej, aby odpalały zdjęcia automatycznie.

Bolt udaje, że napina łuk i wypuszcza z niego strzały, pląsa, dowcipkuje, głaszcze się po czuprynie.

Ale biega zupełnie serio. A kiedy dociera do mety, stadion znów zaczyna piszczeć.

Całkiem serio pobiegli w ostatniej konkurencji MŚ także jego koledzy. Jamajska sztafeta 4x100 m pomknęła po złoto z rekordem świata 37,04 s. Bez medalu zostali Amerykanie, którzy potknęli się i zgubili pałeczkę na czwartej zmianie. Tuż za podium, ze stratą 0,01 s, znaleźli się Polacy w składzie Paweł Stempel, Dariusz Kuć, Robert Kubaczyk i Kamil Kryński.

Więcej o: