Sport.pl

Lekkoatletyczne MŚ. Paweł Wojciechowski: Nic na to nie poradzę, po prostu lubię jeść

- Człowieku, jak ja się cieszyłem, kiedy mogłem po tym finale kupić sobie pięć twixów i je wszystkie jednego dnia wciągnąć! - mówi Paweł Wojciechowski, nasz złoty medalista mistrzostw świata w skoku o tyczce. Relacja Zczuba i na żywo z 6. dnia Lekkoatletycznych MŚ na Sport.pl od godziny 12:10.
Radosław Leniarski: Skok o tyczce to dziwny sport. Przychodzi decydujący moment w najważniejszym konkursie w życiu, ostatnia próba, a zawodnik musi wziąć do ręki zupełnie nową tyczkę, o najwyższym stopniu twardości i użyć jej po raz pierwszy. Tak było w czasie złotego konkursu.

Paweł Wojciechowski: Chciałem spróbować, bo kiedy, jak nie tutaj? Nie codziennie zdarza się taki konkurs, takie emocje, taka wysokość, która pozwala na spróbowanie tak twardej tyczki. Skończyło się słabo [strąceniem na 5,95 m], ale skok oddałem. To może zaprocentować. Żyłkę sportowego zacięcia może mam, owszem, ale kiedyś chyba byłem większym dzikusem. Teraz musiałem zrobić jak zrobiłem, przyjechałem tu, by walczyć. Mam cel - igrzyska w Londynie - i będę do niego dążył. Kładę się nieraz spać z myślą, kiedy będę mógł wziąć na trening dłuższe i twardsze tyczki. Teraz chcę zmienić z długości 510 cm na 520 cm, trener jest przeciwny, ale mam swoje sposoby.

Oglądasz czasem mistrzów z lat 70.?

- Bardzo często, nie tylko ich. Na YouTubie. Każdy z nich miał wyjątkową technikę. Na przykład my skaczemy ekonomicznie, a Francuzi, jak zdobyć największą górkę. Bubka był czystą perfekcją. W każdym elemencie. Biegał 10,4 s na setkę, skakał w dal ponad 8 m. Ja na setkę nie biegałem, a w dal nie wiem, czy siedem metrów bym osiągnął.

Oglądałem Moskwę, oczywiście. Pan Władysław Kozakiewicz wykonywał taki specyficzny ruch nogami, trener chciał, żebym i ja spróbował, ale nie da się.

Masz teraz szansę im dorównać - Kozakiewiczowi, Ślusarskiemu, Buciarskiemu. Ale mało brakowało, żebyś zakończył przedwcześnie karierę z powodu bólu pleców, a jak się później okazało - pęknięcia w kręgach kręgosłupa.

- Nigdy nie wątpiłem, że wrócę do skakania. Ból był rzeczywiście wielki.

Okazało się, że to nie tyle kontuzja, co genetyczna choroba Scheiermanna. Kręgi są za blisko siebie. Nie do wyleczenia.

Jeden lekarz powiedział mi, że zaraz wyląduję na wózku inwalidzkim. Drugi, że nie może podjąć decyzji, czy mogę trenować. Trzeci, żebym poczekał trzy-cztery miesiące, muszę obudować kręgosłup mięśniami i nie powinno być problemu z powrotem do sportu. Wybrałem tego trzeciego. Okazuje się, że kłopoty mogą się w pełnym krasie pokazać, jak będę około pięćdziesiątki. Idę w to.

Przez trzy-cztery miesiące nic nie robiłem. Kompletnie nic. Dostawałem w głowę, świrowałem, bo nie umiem nic nie robić.

No i musiałem zacząć od nowa skok o tyczce, z dwóch poziomów niżej.

A do tego, jak mówi delikatnie trener Włodzimierz Michalski, skład ciała ci się zmienił. Że niby zbyt dużo tłuszczu było.

- Nic na to nie poradzę, po prostu lubię jeść.

Przez to jeszcze w tym roku ważyłem 91 kg. Teraz 82. Ale nawet jak ważyłem 87, skoczyłem 5,50 m.

Jak zapach pizzy się rozniesie... Najbardziej lubię takie z prosciutto, rukolą i parmezanem w płatkach. Kebaby też uwielbiam.

Jest taka budka z kebabami 300 metrów od mojego domu. Jak nikogo oprócz mnie nie ma w domu, a chce mi się jeść, odpalam auto i jadę.

Jak kebab nie starczy, to dokupuję hamburgera.

No i czekoladki. Też mam słabość.

Sprzątanie w aucie zawsze było straszne, kiedy trzeba było wynieść te wszystkie butelki, papierki po snickersach i czekoladach. Strasznie milkę lubię.

Ale jak to się stało, że dopiero teraz wyszedł ten problem z wagą?

- Nie wiem. Zawsze dużo jadłem i nic. Po dłuższej przerwie wszedłem na wagę. I wtedy przestałem jeść. A już wcześniej dostałem do zrozumienia nie tylko od trenera. Przychodzili i inni trenerzy do mnie na zawodach, mówili: "Paweł, zrób coś z sobą, bo słabo wyglądasz". Za pierwszym razem to się uśmiałem, ale jak ktoś tak powiedział za trzecim... Zacząłem się zdrowiej odżywiać. Mniej coli - bo też wjeżdżała na stół często zamiast herbaty - mniej kebabów...

Chyba nas nie wkręcasz, żeby zdobyć sponsora.

- Nie, naprawdę jestem niesamowitym łakomczuchem. Człowieku, jak ja się cieszyłem, kiedy mogłem po tym finale kupić sobie pięć twixów i je wszystkie jednego dnia wciągnąć! W takim jednym dużym pudełku zapakowanych...

Teraz może nie jem samej sałaty, ale przynajmniej jem regularnie. Nawet nie szukałem dietetyka, bo stwierdziłem, że wystarczy rzucić snickersy i kebaby.

To ty masz przed sobą jakąś ogromną przestrzeń, a nie margines rozwoju...

- Pewnie tak. Prawdę mówiąc, nasz trening też nie jest jakiś przeraźliwy. Ćwiczymy raz dziennie. Na obozach czasem dwa razy, ale na obozy prawie nie wyjeżdżamy. Byliśmy raz na Lanzarote i odbiło się czkawką. Przez miesiąc dochodziliśmy do skoków na 5,40.

Ja w ogóle źle znoszę wyjazdy zagraniczne. Męczę się. Męczę się psychicznie, co odbija się na treningach. Jestem domatorem, lubię trenować na Zawiszy. Na przykład byłem w Rio na wojskowych mistrzostwach i potem wszyscy się dziwili, dlaczego nie poszedłem na Copacabanę. Dlaczego Jezusa nie widziałem. Cóż, taki sam jak w Świebodzinie. Tego widziałem. W Rio bałem się wyjść, bo co chwila na ulicy ktoś ginie albo mu coś kradną. To siedziałem w wiosce.

Zawsze dla mnie było zagadką, co można robić na takich obozach. Trenowanie i nic więcej. Każde wyjście to problem, który się odbija na treningach. W Bydgoszczy mogę iść do kina, mogę zrobić to, co chcę, i jednocześnie trenować. W Spale? Jeden sklep i żubr. Z nim można pogadać.

Rozumiem, w Bydgoszczy możesz też pojechać na ryby, bo jesteś zapalonym wędkarzem. Jaka jest twoja ryba marzeń?

- No tak, nie ma nic lepszego na świecie jak wyciągnąć się na trawie i obserwować, czy szczytówki drgają.

Ryba marzeń to chyba sum. Są w Noteci, w gazecie czytałem. Chciałbym się zmierzyć z taką dużą rybą. Nie wiem nawet, jak to się robi, nie wiem też, jak postępować z węgorzem. Ale zawsze można nad wodą kogoś spotkać, kto podpowie. Ojciec i dziadek - oni mi zaszczepili wędkarstwo - zostali jednak z tyłu, wciąż wychodzą z jednym kijem. Ja się trochę sprofesjonalizowałem. Wyciągnąłem dziko żyjącego 1,5-kilogramowego lina, który miał 46 cm. Nie był gruby, ale długi.

Przyjechałeś tutaj jako lider światowych rankingów i wygrałeś, to chyba jesteś dziś faworytem do złota w Londynie.

- Przyjechałem jako lider, ale tutaj na miejscu walka z bólem pleców była straszna. Nie mogłem odpuścić, bo przyjechałem tu, aby walczyć. Marzę, by wygrać w Londynie, i będę nad tym pracował. Ale tak jak teraz, bez nagłych przyspieszeń.

"Potwornie się wynudziłem" - Tomasz Majewski o MŚ w Daegu »


Więcej o:
Najczęściej czytane