Koszykówka. Tomasz, syn Kelatiego: Jestem szczęśliwy, że mogę być Polakiem

Thomas Kelati

Thomas Kelati (Fot. Ma3gorzata Kujawka / Agencja Gazeta???????)

28-letni Thomas Kelati w piątek odebrał polski paszport i zagra w reprezentacji Polski w sierpniowych eliminacjach do mistrzostw Europy. - Reprezentowanie 40 mln Polaków jest dla mnie czymś wyjątkowym. Chcę być częścią układanki, która pomoże reprezentacji zwyciężać. To ważne, bo wiem, że Polska to kraj bardzo doświadczony przez historię. Przeżyliście jako naród wiele tragedii - mówi Kelati, rozmówca znakomity.
Polska rozgromiła słabiutką Słowację »

Nowy skrzydłowy reprezentacji Polski Thomas Kelati w latach 2006-08 grał w Zgorzelcu, gdzie poznał swoją obecną żonę. Ma z nią dwie córki, zaczyna mówić po polsku. Przychodzi mu to jeszcze z trudem, ale w swoim ojczystym języku Kelati potrafi opowiadać długo i ciekawie. O wszystkim - Erytrei, historii Polski, pieniądzach, pechu do NBA i, oczywiście, o koszykówce.

Łukasz Cegliński: Jest pan Amerykaninem, ale pańscy rodzice pochodzą z Erytrei. Jakie dokładnie są pańskie korzenie?

Thomas Kelati: W Erytrei jest dziewięć różnych plemion czy grup etnicznych, których nazwy ciężko jest mi w ogóle wymówić. Nie wiem dokładnie, do której należeli moi rodzice. W Erytrei byłem tylko raz, kiedy miałem 15 lat. Moja mama pochodzi ze stolicy kraju Asmary, ojciec wywodzi się z wioski oddalonej o dwie godziny drogi. Poznałem dużą rodzinę, ale to była moja jedyna wizyta. Ja i moje dwie siostry urodziliśmy się w USA.

Szukałem znaczenia słowa Kelati i w słowniku, gdzie niespotykane słowa wyjaśniają internauci, znalazłem, że pańskie nazwisko w języku Tigryjczyków z Erytrei oznacza cud albo jest opisem pewnego typu mężczyzny: "Najbardziej niesamowitego, jakiego można poznać. Kelati to dżentelmen - mężczyzna opanowany, rozsądny, miły i sympatyczny, choć czasem nieśmiały".

- Naprawdę? Nie znałem tego znaczenia. Kelati to imię mojego taty, a w naszej tradycji dziecko przejmuje imię ojca za nazwisko - chcę to kontynuować i moje urodzone w Polsce córki mają na nazwisko Thomas. Pierwszą chcieliśmy nazwać Lily, bo takie imię bardzo podobało się mojej mamie, ale pragnęliśmy także dodać polski człon - Anna. Wyszło z tego jedno imię Liliana, ale i tak używamy zdrobnienia Lily. Młodsza córka nazywa się Maja, a drugie imię ma po mamie, która zmarła rok temu - Azeb. Lily ma teraz dwa lata i trzy miesiące, Maja ma siedem miesięcy. Wracając do mojego nazwiska - zgadza się, jestem miły i trochę nieśmiały Nie wiem czy jestem Tigryjczykiem, ale wiem, jak ciężka była sytuacja moich rodziców w Erytrei i jak z powodu wojny w tym kraju musieli uciekać do USA. W Erytrei groziła im śmierć. To smutne.

Obywatel Kelati zagra dla Polski »

"Czuję się w Polsce szczęśliwy"

Czuje się pan Erytrejczykiem, Amerykaninem czy Polakiem?

- Jestem dumny z tego, że jestem obywatelem tych trzech krajów. Płynie we mnie erytreańska krew, ale urodziłem się USA i jestem Amerykaninem. Jestem wdzięczny temu krajowi, bo moi rodzice dostali tam szansę na ułożenie sobie życia od nowa. Teraz moja rodzina jest jednak także w Polsce. Każdy z tych krajów jest dla mnie ważny i sprawia, że moje życie jest interesująco zróżnicowane. Nie zapomnę o erytreańskich korzeniach, jestem dumnym Amerykaninem, ale także szczęśliwy, że mogę być Polakiem i poznawać tą kulturę.

Czym jest dla pana ten polski paszport? Wiadomo, że amerykańskim koszykarzom unijne obywatelstwo bardzo ułatwia grę w europejskich ligach.

- Zgadza się, wystarczy spojrzeć na przykład Davida Logana, który w Polsce, a teraz w Hiszpanii traktowany jest jak Europejczyk i nie zabiera miejsca graczom z USA. Dla mnie nie jest to jednak interes pomagający w karierze - Unicaja, Olympiakos i Chimki, które teraz proponowały mi kontrakt, nie stawiały przede mną takich wymagań. Nie musiały albo nie chciały. Ja - z racji tego, że ożeniłem się z Polką - prędzej czy później i tak zostałbym Polakiem. Cieszę się, że to stało się szybko, bo chciałem także w ten sposób okazać żonie moje przywiązanie do rodziny. Polska jest dla mnie dobra, czuję się tu szczęśliwy. Mogę grać w reprezentacji, co jest dla mnie zaszczytem - to nie klub, to coś więcej.

Słuchając pana słów pamiętamy to jak Loganowi rok temu wyrwało się, że dla niego nie ma znaczenia to, dla jakiej drużyny zdobywa punkty i że mógłby to robić nawet dla Afganistanu. Mamy wrażenie, że on już dla Polski nie zagra.

- Nie rozmawiałem z Davidem o grze w reprezentacji Polski. Nie jesteśmy przyjaciółmi, ale to fajny gość, mamy dobre relacje. Nie chcę oceniać jego podejścia do reprezentacji - on ma swoje, a ja swoje. Dla mnie bycie na boisku przedstawicielem 40 mln Polaków jest czymś wyjątkowym. Chcę dla Polski wygrywać i nie interesują mnie moje statystyki. Chcę być częścią układanki, która pomoże reprezentacji zwyciężać. To ważne, bo wiem, że Polska to kraj bardzo doświadczony przez historię. Przeżyliście jako naród wiele tragedii.

Zna pan historię Polski?

- Uczyłem się o tym, co wydarzyło się w drugiej wojnie światowej. Po agresji Niemców Polska była w najgorszej sytuacji, bo dostała pierwsze uderzenie. Wiem także o tym, co wydarzyło się tam, gdzie ostatnio rozbił się samolot. Jest o tym znany film...

"Katyń".

- Właśnie. Planuję go obejrzeć.10 kwietnia byłem akurat w USA, ale jak dowiedzieliśmy się, co się stało, byliśmy wstrząśnięci. Dzwoniliśmy do rodziców mojej żony. Polska jest krajem, który pnie się w górę i myślę, że mam z nią coś wspólnego - rok temu straciłem mamę, która zmarła po chorobie. To było dla mnie smutne doświadczenie, a one albo cię dołują, albo wzmacniają. Ja i Polska jesteśmy coraz mocniejsi.

Gdzie ma pan dom?

- W tej chwili w Seattle, ale planuję kupno domu w Zgorzelcu. Oglądaliśmy już kilka z żoną, jeden nam się szczególnie podoba. Myślę o nim poważnie.

Koszykarz przez Jordana

Urodził się pan na północnym zachodzie USA w miejscowości Walla Walla. To ponoć takie ładne miejsce...

- ...że nazwano je dwukrotnie. Tak, coś w tym jest. Niewiele osób wie, że w tym mieście swoje posiadłości mają znani ludzie - np. Jay Leno, który prowadzi znany talk-show. Walla Walla to małe, ale piękne miasto. Można tam odpoczywać na emeryturze, ale także spokojnie wychowywać dzieci.

Walla Walla znane jest przede wszystkim z trzech rzeczy - słodkich cebul, które są tam hodowane, winnic, gdzie wytwarzane są świetne wina i największego więzienia w stanie Waszyngton.

- Zgadza się. W tym więzieniu pracuje teraz - jako nauczyciel - mój tata. Wina w ostatnich latach rzeczywiście zaczęto tam produkować wyśmienite, a słodkie cebule to chyba największy znak rozpoznawczy mojego miasta.

Czy pańskie siostry też zajmują się sportem?

- Cała moja rodzina jest związana ze sportem - mój ojciec był biegaczem i piłkarzem, potem trenerem. Dorastaliśmy uprawiając biegi długodystansowe i grając w piłkę. Przestałem biegać, kiedy miałem 17 lat, piłkę odstawiłem rok wcześniej.

A kiedy zaczął pan grać w koszykówkę?

- Miałem siedem lat, kiedy zacząłem oglądać w telewizji Michaela Jordana i grać w koszykówkę, ale interesowałem się każdym sportem. Grywałem też w baseball i futbol amerykański, uprawiałem lekkoatletykę. Byłem całkiem niezły we wszystkim, ale naprawdę kochałem tylko koszykówkę.

Studiował pan na stanowym uniwersytecie - jaki kierunek pan skończył?

- Zarządzanie, choć zaczynałem od informatyki. Szybko jednak zorientowałem się, że poza koszykówką i nauką nie będę miał na nic czasu. Informatyka była dla mnie zbyt wymagającym kierunkiem.

Strzelec, który był ceniony za obronę

Wasza drużyna Washington State grała w bardzo mocnej uczelnianej lidze Pac-10.

- Nie wygrywaliśmy wielu meczów i to było przygnębiające uczucie. Zdarzały się dni, że nie miałem ochoty pokazywać się na kampusie. Rywali mieliśmy szalenie mocnych - UCLA miał jedną z najlepszych szkół w kraju, grali w nim koszykarze, którzy później trafili do NBA. Oni, Arizona i inne zespoły lały nas czasem różnicą 30 punktów. To bolało, ale z drugiej strony te przykre doświadczenia - szczególnie w dwóch pierwszych sezonach - pomogły mi wzmocnić się mentalnie. Potem doszło do zmiany trenera i w dwóch ostatnich latach rozwinąłem się koszykarsko.

Nowy trener Dick Bennett rozpoczął proces odbudowy drużyny - nastawił was przede wszystkim na grę w obronie, a pana uczynił jednym z liderów zespołu.

- Zanim trener Bennett podjął decyzję o przejściu do Washington State, spotkał się ze mną na rozmowę. Powiedział, że chce, abym był najważniejszym graczem w ataku, liderem. O obronie nie mówił, bo znany byłem z tego, że jestem dobrym defensorem. Trener chciał, żebym wziął zespół na swoje barki, za co mu podziękowałem i obiecałem, że to zrobię. Mieliśmy świetny kontakt, a ja bardzo polubiłem jego syna Tony'ego, który - zanim też został trenerem - był jednym z najlepszych strzelców za trzy punkty w uniwersyteckiej NCAA i grał także w NBA. To dzięki niemu tak bardzo poprawiłem swój rzut.

Wcześniej był pan ceniony głównie za obronę?

- Tak, bo zawsze starałem się grać dla drużyny, a nie dla siebie. Żeby trafić do NBA trzeba być czasem bardzo samolubnym na boisku - Michael Jordan i Kobe Bryant kochają zdobywać punkty i dlatego są tam, gdzie są. Ja nigdy nie chciałem być takim strzelcem, lubiłem podawać, bronić.

Tomek Kelati, czyli przeciwieństwo Dawida Logana »

Koszykówka wg Kelatiego

Trener reprezentacji Igor Griszczuk powiedział po turnieju towarzyskim we Florencji, że gra pan bardzo dobrze, ale za dużo podaje.

- Pierwszy mecz we Włoszech z Bułgarią był bardzo dobry. Przed przyjazdem do Polski za dużo nie trenowałem, w ogóle nie byłem w formie. Ale z rozpędu wyszło mi świetne spotkanie, zdobyłem 25 punktów. Potem - w meczach z Włochami i Macedonią - byłem jednak wyczerpany. Wiem, że trener chce, abym był w kadrze strzelcem i spokojnie, to przyjdzie.

W ostatnich dwóch latach na uczelni był pan liderem w ataku, ale my znamy pana raczej jako zawodnika biegającego po zasłonach i szukającego pozycji niż biorącego piłkę i decydującego o wyniku indywidualnymi akcjami.

- Umiem grać i tak, i tak. Wolę biegać po zasłonach, bo to wywołuje ruch w ataku pozycyjnym i stwarza szansę na znalezienie pozycji dla innych zawodników. Nie chcę grać tak, że ja kozłuję i szukam okazji to rzutu, a reszta kolegów tylko patrzy. Koszykówka polega na ruchu i szukaniu pozycji dla wszystkich, co jednocześnie męczy obronę. A jedna z moich zalet - jako byłego długodystansowca - jest taka, że biegać mogę nieustannie. Mogę grać 40 minut i zdarzały się przypadki, że obrońcy mówili do mnie, żebym przynajmniej na chwilę przestał się ruszać.

Pytam o grę z piłką lub bez, bo - czy tego pan chce czy nie - będzie pan porównywany do Davida Logana. On w polskich klubach, a także w reprezentacji, grał głównie z piłką i sam kreował akcje rzutowe.

- David to typowy amerykański zawodnik, który łączy w sobie rozgrywającego ze strzelcem. On potrzebuje piłki i rzucania, aby wejść w mecz. Ma tak mocną mentalność, że może spudłować 10 rzutów z rzędu, a w kolejnych akcjach i tak będzie próbował. Mi zależy na tym, żeby wciągnąć w grę kolegów z drużyny - ja pomagam im, oni pomagają mi.

Wyobraźmy sobie, że w eliminacyjnym meczu na wyjeździe z Gruzją na 10 sekund przed końcem przegrywacie punktem. Czy piłka trafi do Thomasa Kelatiego, który będzie chciał wykreować sobie pozycję do rzutu?

- Chcę piłki w takich sytuacjach. Oddawałem ważne rzuty na uczelni, a także w Turowie. Dobrze czuję się w sytuacji, kiedy w ostatnich sekundach mam piłkę i mogę decydować o wyniku. Naprawdę dobrze gram jeden na jeden, bo staram się to robić po każdym treningu - rzadko zdarza się, żeby ktoś mnie w takiej gierce pokonał.

NBA, czyli pech

Po ostatnim roku na uczelni został pan wybrany do najlepszej drużyny ligi Pac-10 obok m.in. Ike Diogu, Nate'a Robinsona czy Channinga Frye'a, którzy potem trafili do NBA.

- To było dla mnie duże wyróżnienie. Zwykle jest tak, że jeśli trafiasz do tego zespołu, to potem jesteś wybierany w drafcie do NBA.

To dlaczego pan nie został wybrany?

- Miałem ogromnego pecha. Draft z 2005 roku, do którego się zgłosiłem, był ostatnim, w którym kluby mogły wybierać zawodników ze szkół średnich - liga zmieniała zasady, bo chciała podnieść minimalny wiek zawodników. Wiele klubów uznało, że w związku z tym musi skorzystać z ostatniej szansy i wziąć zawodnika ze szkoły średniej. Ja byłem wstępnie dogadany z Los Angeles Clippers, którzy planowali mnie wybrać, ale ostatecznie się rozmyślili. Zagrałem dla nich w lidze letnie w Las Vegas, oni potem zadzwonili i powiedzieli, że wciąż są mną zainteresowani, że zapraszają mnie na obóz treningowy. Wtedy podjąłem jedną z najważniejszych decyzji w życiu - wiedziałem, że na obozie będę miał szansę przebić się do NBA, ale zależało mi na pewnych pieniądzach i wybrałem kontrakt w Belgii. Nie miałem wtedy pojęcia o europejskiej koszykówce i nie wiedziałem, że odrzucając kilka miesięcy wcześniej ofertę z Hiszpanii, skazuję się w efekcie na słabą ligę belgijską, zamiast najlepszej na kontynencie. Kiedy miałem jednak propozycję z Hiszpanii, byłem pewny, że trafię do NBA.

Kogo wybrali wówczas Clippers w drafcie zamiast pana?

- Daniela Ewinga, z numerem 31. Wiedziałem, że to możliwe, bo trenerem Clippers był wówczas Mike Dunleavy, którego syn studiował wcześniej w Duke. Ewing też kończył tą uczelnię... NBA to także polityka.

Ewing gra teraz w Asseco Prokomie Gdynia. Rozmawiał pan z nim kiedyś o tej sytuacji?

- Nie. Graliśmy razem w lidze letniej w Clippers, ale nie poruszaliśmy tego tematu. Potem trzymałem za niego kciuki.

Polskie odrodzenie

Dlaczego trafił pan akurat do Belgii, do Dexia Mons-Hainaut?

- Dlatego, że... Sam nie wiem. Mój agent zarekomendował mi tą ligę mówiąc, że to dobre miejsce dla Amerykanina na rozpoczęcie kariery w Europie. Ja wówczas nie miałem pojęcia o europejskiej koszykówce i tutejszej hierarchii lig. Podpisałem dwuletni kontrakt, z czego drugi sezon był dla mnie opcjonalny.

Postarał się pan wówczas także o paszport Erytrei.

- Dexia miała już zawodników z USA, a obywatelstwo Erytrei umożliwiało mi grę na innych zasadach obok nich. Ważność erytrejskiego paszportu wygasa niebawem, dokładnie 14 sierpnia. Przez moment będę miał trzy - ten, amerykański i polski.

Jakie ma pan wspomnienia z Belgii?

- W sezonie zasadniczym nie grałem wiele, ale dostałem szansę w pucharze. W finałowym meczu, który wygraliśmy, zostałem nawet wybrany MVP obok Omara Cooka, z którym grałem potem w Hiszpanii. Nie byłem jednak zadowolony z gry w Dexii i zrezygnowałem z drugiego roku umowy.

Jak trafił pan do Turowa Zgorzelec?

- W play-off w Belgii grałem nieźle i zainteresował się mną lepszy klub belgijski, który miał serbskiego trenera - on znał się dobrze z Saso Filipovskim, który właśnie objął Turów. Opowiedział mu o mnie i kiedy dowiedziałem się, że ten belgijski klub chce zrobić ze mnie rezerwowego, a Filipovski widzi mnie w pierwszym składzie, wybrałem Zgorzelec.

Wygląda na to, że liga polska była dla pana drugim początkiem w Europie.

- I właśnie dlatego jestem Polsce tak wdzięczny. Moje życie zaczęło się tu od nowa - zacząłem grać, poznałem żonę, założyłem rodzinę.

"Śpiewanie hymnu? Dajcie spokój..."

Pamięta pan pierwsze wrażenia z Polski?

- Pierwszą styczność z Polską miałem już w Washington State University, gdzie grał Paweł Stasiak z Warszawy. Był pierwszym Polakiem na tej uczelni, więc trochę się z niego podśmiewaliśmy - "Gdzie jest ta Polska? Skąd ty jesteś?", a on uczył nas polskich słów - stąd już przed przyjazdem znałem już np. kilka przekleństw. Było dużo śmiechu i docinek, a tu nagle, trzy tygodnie temu, spotykamy się w Warszawie i Paweł mówi do mnie: "Zobacz człowieku - jesteś teraz Polakiem, masz tu żonę, rodzinę..." To rzeczywiście niesamowita historia.

Jak postrzegał pan Zgorzelec?

- Kiedy tam przyjechałem, byłem zadowolony. W tym mieście nie było nic, co oderwałoby mnie od koszykówki i to była dla mnie świetna sytuacja. Chciałem spędzać jak najwięcej czasu na hali, która jest stara, ale ma swój klimat. Poczułem, że w Zgorzelcu mogę zrobić postęp, zacząć karierę od nowa. Kiedy trener dawał nam dzień wolnego, nie miałem co robić, więc szedłem na halę rzucać. Ludzie byli mili, ale na początku tylko się na mnie gapili. Rozumiałem to, bo byłem wysokim czarnym facetem w małym mieście, ale czasem wkurzało mnie, że na mój widok stawali na ulicy i tylko się patrzyli. Przyzwyczaiłem się jednak, a oni zaczęli ze mną rozmawiać. Podchodził człowiek i mówił, mówił, mówił. Po 10 minutach rozkładałem ręce i mówiłem po polsku, że nie rozumiem, ale oni dalej opowiadali swoje historie.

Mówi pan teraz po polsku?

- Ja rozumiem lepiej [Kelati powiedział to po polsku]. Śmieję się, że jestem z polskim na poziomie dwulatka, bo uczy mnie córka. Jest mądra i czasem się wkurzam, że jej nie rozumiem. Proszę żonę, żeby mi tłumaczyła słowa Lily, ale obiecuję sobie, że się polskiego nauczę. Na razie staram się wyłapywać coś z rozmów, z filmów, ale chyba rozpocznę normalne lekcje.

Będzie pan śpiewał polski hymn przed meczami?

- Dajcie spokój... Na razie ledwo rozpoznaję melodię.

"Straciłem szacunek do Gurovicia"

Z Turowem dwukrotnie grał pan w finale ligi i dwukrotnie przegrywał z Prokomem. Jak pan wspomina tą rywalizację?

- Pierwszy finał w 2007 roku był ciężki [Turów przegrał 1:4]. Wiedzieliśmy, że Prokom jest zdecydowanym faworytem i że można się spodziewać, że pomogą mu trochę sędziowie. Ale ten drugi sezon... Mieliśmy ich w garści. Po zwycięstwie w meczu nr 6 w Sopocie był remis 3:3 i mieliśmy ostatni mecz we własnej hali. O takich spotkaniach się marzy. Byłem przekonany, że wygramy, ale...

Ale Prokom miał Milana Gurovicia.

- Po absencji w finale wrócił na ostatnie mecze w wielkiej formie. To też mnie wkurzyło.

Pewnie dlatego, że w meczu nr 5 doszło do bójki i potężnego zamieszania na boisku, które zaczęło się od Gurovicia i pana. O co wtedy poszło?

- Spytajcie Gurovicia. Ja jestem bardzo spokojnym człowiekiem i koszykarzem - pierwsze przewinienie techniczne w całej karierze dostałem w poprzednim sezonie w Hiszpanii. W bójce nie uczestniczyłem nigdy, na parkiecie nie rozmawiam, nie prowokuję rywali. W tamtym meczu zdobyłem w pewnym momencie 11 punktów z rzędu, a Gurović grał przeciwko mnie w obronie. W kolejnej akcji miałem piłkę, on stał przede mną i machał mi ręką przed samym nosem. Raz, drugi, w końcu dotknął mojej brody - spojrzałem na sędziego, który stał blisko, ale on nie reagował. Zacząłem kozłowanie i wiedząc, że Gurović mnie sfauluje, po koźle ustawiłem się bokiem w stosunku do niego i zasłoniłem piłkę ramieniem i barkiem. No i się zaczęło. Gurović chciał się bić, ale osaczyli nas sędziowie. Odciągnęli nas od siebie, ale Iwo Kitzinger podszedł do niego i go pchnął - to Gurovicia rozwścieczyło, rzucił się w moim kierunku i wyprowadził cios. Nie trafił mnie mocno, przejechał palcami po brodzie, ale byłem wkurzony podwójnie, bo mnie ciągle trzymał sędzia i nawet nie mogłem się bronić. Gurović był ponoć w tym sezonie bardzo sfrustrowany, w trakcie rozgrywek chciał wyjechać z Sopotu, więc może w tej sytuacji złość się w nim skumulowała.

Rozmawialiście potem o tym starciu?

- Nie. Ja straciłem do niego szacunek. Nie za bójkę, bo takie rzeczy czasem się zdarzają. Ktoś mi jednak przeczytał to, co Gurović powiedział dziennikarzom - że go prowokowałem, że coś do niego mówiłem. A ja nigdy tego nie robię.

Rekordzista Euroligi

W lidze polskiej pana punktowy rekord to 30, w Eurolidze zdobył pan 33. Jaki jest pana absolutny rekord kariery?

- Rzucałem kilka razy po 29-30 punktów, ale najlepsze spotkanie rozegrałem po ukończeniu szkoły średniej, kiedy koszykarze na specjalnych turniejach prezentują się przed skautami z uczelni. Zdobyłem wtedy 42 punkty, ale statystyk z tych spotkań nigdy się nie ujawnia. Ja mam je jednak w domu.

W takim razie niech pan opowie o tym niesamowitym meczu z Lottomatiką Rzym w Eurolidze. Jako zawodnik Unicaji Malaga zdobył pan 33 punkty trafiając dziewięć razy za trzy - to wyrównany rekord Euroligi.

- W pierwszej kwarcie trafiłem sześć z siedmiu prób, ale w drugiej trener wpuścił mnie na boisko dopiero na ostatnie 30 sekund. Po trzech kwartach miałem 9/12 z dystansu - nie wiedziałem, że jak trafię 10. rzut, to pobiję rekord Euroligi, ale chciałem to osiągnąć, bo byłby to mój osobisty rekord. Mogłem wybierać - starać się o 10 trójkę czy próbować zdobyć 50 punktów. Myślę, że byłoby to możliwe, bo rywale już nie bronili i mogłem spokojnie rzucać spod kosza. Wolałem jednak trójki, ale w czwartej kwarcie spudłowałem wszystkie siedem.

I zatrzymał się na pan dziewięciu trójkach.

- No tak... Może powinienem jednak porozmawiać wtedy z jednym z sędziów, bo w jednej z akcji miałem przed sobą wysokiego gracza i trafiłem mu sprzed nosa minimalnie stając na linii. Trybuny oszalały z radości, ale sędzia pokazał, że zalicza dwa punkty. Ale w porządku - miał rację, bo nastąpiłem na linię.

Thomas Kelati w Chimki Moskwa »

Obóz z Lakers, ale miliony w Rosji

Dlaczego podpisał pan kontrakt z rosyjskim BC Chimki, a nie z hiszpańską Unicają lub greckim Olympiakosem?

- Dzień przed terminem podjęcia decyzji zadzwonił do mnie trener Chimek Sergio Scariolo. Odbyliśmy bardzo fajną rozmowę, spodobało mi się to, jak trener widzi moją rolę w drużynie - chce, żebym grał w pierwszej piątce jako niski skrzydłowy. Trener twierdzi, że będę miał przewagę szybkości w grze przeciwko wyższym obrońcom. Mi się to podoba, a na dodatek doceniam fakt, że Scariolo przyjechał na turniej do Florencji, gdzie debiutowałem w reprezentacji. Oglądał mnie w tych meczach, dobrze wie, jak gram. Z Olympiakosem miałem pewne nieporozumienia już rok temu i obawiałem się, że coś może być nie tak. Hiszpania jest piękna, Unicaja bardzo mnie chciała, ale klub nieco zmniejszył budżet i oferta z Rosji była po prostu lepsza.

Media podają, że zarobi pan milion euro rocznie. Rozmawia pan o pieniądzach?

- Pewnie, przecież rosyjski klub i tak ogłosił warunki kontraktu w tamtejszej prasie. W ciągu dwóch lat zarobię w Chimkach 2,5 mln dolarów - za pierwszy rok 1,2 mln, za drugi 1,3 mln.

Występuje pan w reprezentacji Polski, podpisał umowę w Rosji, a rok temu uczestniczył pan w przygotowaniach Los Angeles Lakers.

- To było wielkie przeżycie. Obcowałem z Philem Jacksonem, Kobe Bryantem, Pau Gasolem i historią wielkiego klubu, jakim są Lakers. Byłem tam półtora miesiąca - pod koniec przygotowań generalny menedżer klubu Mitch Kuptchak i Jackson wezwali mnie na spotkanie. Powiedzieli, że ich zdaniem jestem zawodnikiem dla tego zespołu, ale klub już wyraźnie przekroczył budżet dla zawodników, a na mojej pozycji ma dwóch graczy, którzy zarabiają duże pieniądze. Dodali też, że zwykle podpisują kontrakty z 15 graczami na sezon, ale akurat w tym roku względy ekonomiczne ograniczają ich do 13.

Rzeczywiście ma pan pecha do NBA.

- Najgorszego. Po powrocie do Europy, do Walencji, byłem w dołku. Wiedziałem, że na obozie Lakers prezentowałem się naprawdę nieźle, ale nie dostałem się do drużyny. Do formy w lidze hiszpańskiej dochodziłem stopniowo.

Za dwa lata, kiedy wypełni pan kontrakt z Chimkami, będzie miał pan 30 lat. Wtedy pomyśli pan jeszcze o NBA?

- Trudno powiedzieć. Niedawno dostałem telefon od znanego amerykańskiego agenta, który powiedział mi, że może załatwić mi kontrakt w NBA - nie gwarancję gry, ale umowę za minimum w zespole, w którym mógłbym walczyć o miejsce w składzie. To było dla mnie ryzyko - nie wiedziałbym, czy będę grał, a zarobiłbym 475 tys. dolarów brutto. Mam już na utrzymaniu rodzinę, więc postawiłem na pieniądze i gwarancję gry. Co będzie za dwa lata? Pewnie zaryzykuję i znów powalczę o NBA.



Zobacz także
  • Koszykówka. Wierzbowski szuka sponsorów dla PZKosz
  • Marcin Gortat Koszykówka. Polska po raz drugi pokonała Słowację
  • Marcin Gortat i Maciej Lampe Koszykówka. Polska rozgromiła słabiutką Słowację

Energa Basket Liga 2018/19

lp. Drużyna M Pkt Bilans Zw. Por.
1 Stelmet Zielona Góra 16 29 1470:1251 13 3
2 Polski Cukier Toruń 16 29 1428:1247 13 3
3 Anwil Włocławek 15 27 1363:1240 12 3
4 BM Slam Stal Ostrów Wlkp. 15 25 1300:1173 10 5
5 Arka Gdynia 14 25 1234:1179 11 3
6 MKS Dąbrowa Górnicza 16 25 1359:1334 9 7
7 Polpharma Starogard Gd. 15 24 1429:1388 9 6
8 Legia Warszawa 15 23 1155:1184 8 7
9 TBV Start Lublin 15 22 1220:1228 7 8
10 King Szczecin 15 21 1303:1294 6 9
11 GTK Gliwice 15 20 1252:1347 5 10
12 AZS Koszalin 16 20 1270:1399 4 12
13 Rosa Radom 15 20 1153:1285 5 10
14 Trefl Sopot 15 18 1229:1311 3 12
15 Miasto Szkła Krosno 15 18 1184:1334 3 12
16 Spójnia Stargard 14 17 1042:1197 3 11

  • Awans do play-off