Sport.pl

EuroBasket 2017. Mike Taylor: Nie jesteśmy uzależnieni od jednego koszykarza

- Chcielibyśmy mieć gwiazdy za każdym razem, ale dla nas priorytetem zawsze będzie zespół. Jeśli Marcin Gortat kiedykolwiek postanowi wrócić do kadry, co wydaje mi się nierealne, to zawsze będziemy na niego czekać - mówi Mike Taylor, trener reprezentacji koszykarzy.
Polscy koszykarze wygrali pięć z sześciu meczów w eliminacjach, wygrali grupę D i za rok zagrają w mistrzostwach Europy (31 sierpnia - 17 września), które zorganizują wspólnie Finlandia, Izrael, Rumunia i Turcja. 22 listopada odbędzie się losowanie, po którym poznamy rywali i miejsce rozgrywania meczów pierwszej rundy.

Michał Owczarek: Po udanych mistrzostwach Europy byliście faworytami grupy eliminacyjnej. Oczekiwano od was awansu bez porażki. To się nie udało.

Mike Taylor: Ten zespół uczył się w tym roku bycia faworytem. Nigdy nie byliśmy w takiej roli. Rzeczywiście zawiedliśmy w meczu z Białorusią w Toruniu, ale zareagowaliśmy jak na faworyta przystało w meczu o wszystko z Estonią, kompletnie zdominowaliśmy ten mecz i osiągnęliśmy nasze cele.

Wysoka porażka z Białorusią mogła was kosztować udział w ME. Dlaczego ten mecz przegraliście w tak fatalnym stylu?

- Zwyciężyliśmy w Mińsku różnicą 18 punktów, potem pokonaliśmy Estonię u siebie, wygraliśmy na wyjeździe z Portugalią bez Macieja Lampego i wydawało nam się, że stawimy czoła każdemu wyzwaniu. Zespół miał ogromną pewność siebie i wiarę w to, że wygra ten mecz. My nie byliśmy gotowi na to, żeby zapracować ciężko na wygraną. Koszykarze wierzyli w to, że się uda, byli pewni siebie, ale niestety nie byliśmy w stanie stworzyć sobie okazji do zdobywania łatwych punktów, jak we wcześniejszych meczach. Nie było ciężkiej pracy w obronie, przez co nie istniał nasz kontratak, w pierwszej połowie nie oddaliśmy żadnego rzutu wolnego, a to znaczy, że nie atakowaliśmy agresywnie w ataku. Pudłowaliśmy nawet spod kosza. A do tego doszły oczekiwania, które nagle zaczęły wytwarzać presję. Koszykarze chcieli w pojedynkę wygrać ten mecz. Każdy chciał z osobna, ale nie funkcjonowali jako zespół. Wzięliśmy odpowiedzialność za ten mecz, nie było szukania kozłów ofiarnych.

Najważniejsze jest to, jak zareagowaliśmy na tę sytuację i jak zagraliśmy w Estonii. Powtarzam chłopakom, że prawdziwą siłę pokazujesz wtedy, gdy masz przed sobą naprawdę wielkie wyzwanie. I my tak zrobiliśmy trzy razy z rzędu. Dwa lata temu przegraliśmy ważny mecz z Austrią, ale koszykarze odpowiedzieli świetną grą z Niemcami. Rok temu na ME przegraliśmy z Izraelem, by potem pokonać Finlandię. W tym roku było podobnie. Jestem pod wrażeniem tego, jak zespół poradził sobie w Estonii.

Mówi pan, że zespół w tym uczył się roli faworyta. Czy w takiej roli wystąpi na przyszłorocznych mistrzostwach Europy?

- W ME wiele zależy od tego, do której grupy trafimy (losowanie 22 listopada). Na pewno nie będziemy faworytem w meczach z takimi potęgami, jak Hiszpania czy Serbia i chyba każdy sobie z tego zdaje sprawę. To co jest dla nas istotne, to zbudowanie kultury wygrywania. To wymaga pracy nad sobą. Spędziliśmy razem trzy sezony, ludzie zaczynają rozumieć to, co próbujemy dokonać. Nie do nas należy porównywanie się z innymi, nam zależy, by być najlepszym zespołem na, jaki nas stać, ale zależy też nam na tym, by ludzie szanowali nas za to, że wygrywamy.

Nie porównuję Polski do żadnej innej drużyny poza Polską. Chcemy się poprawiać z roku na rok. Dwa lata temu stworzyliśmy fundamenty, które wykorzystujemy do dziś. Mamy szansę na to, żeby na ME 2017 zajść nawet dalej niż ostatnio. Wierzymy, jeśli nadal będziemy się tak rozwijać jak do tej pory, to będziemy się piąć w europejskiej koszykówce. Musimy skupić się na sobie, na swoim potencjale i wtedy zobaczymy, dokąd nas to zaprowadzi.

Koszykówka w Polsce kojarzy się z Marcinem Gortatem. On z gry w kadrze zrezygnował. Bardzo to zabolało?

- Naszym podstawowym celem zawsze było zbudowanie drużyny. Siłą polskiej koszykówki miała być zespołowość. Wcześniej budowaliście drużyny wokół gwiazd. Nawet gdy są z nami wielkie nazwiska, to muszą one zaakceptować naszą wizję drużyny. I w trudnych momentach zbieramy tego owoce. Nie jesteśmy uzależnieni od jednego koszykarza, jeśli przegrywamy to jako zespół.

Chciałbym mieć go do dyspozycji najlepszych graczy, chcielibyśmy go mieć teraz w zespole, ale w pracy trenera reprezentacji chodzi o to, żeby być przygotowanym na różne sytuacje. Szanujemy wybór Marcina, wiedzieliśmy o nim już wcześniej, podobnie było z Damianem Kuligiem czy Przemkiem Karnowskim. W ostatniej chwili dowiedzieliśmy się, że nie będzie z nami kontuzjowanego Aarona Cela. Mieliśmy czas, by dogadać się z Maciejem Lampe. Chcielibyśmy mieć gwiazdy za każdym razem, ale dla nas priorytetem zawsze będzie zespół. Jeśli Marcin kiedykolwiek postanowi wrócić do kadry, co wydaje mi się nierealne, to zawsze będziemy na niego czekać.

Trudno było przekonać Macieja Lampego do powrotu do kadry?

- Wiedziałem, że zależy mu na powrocie do reprezentacji. W szczerej rozmowie ze mną przyznał, że wiele rzeczy w relacjach z federacją czy zawodnikami zrobił źle, ale chciał dostać szansę, by to naprawić. Uwierzyłem mu i się nie zawiodłem. Maciej świetnie wpasował się w drużynę, nie mieliśmy do niego żadnych zastrzeżeń. To dobra osoba. W swojej karierze miał wiele momentów dobrych, ale i wiele złych. Te wszystkie doświadczenia pomogły mu dojrzeć.

Gra zespołowa i Maciej Lampe to nie są rzeczy, które od razu przychodzą do głowy. Jak przekonał go pan do swojej filozofii?

- To bardzo utalentowany koszykarz, który być może wcześniej nie zachowywał się najlepiej, ale w naszej drużynie zobaczyliśmy gościa, który chciał pomagać swoim kolegom. Czy to na parkiecie, czy dobry słowem na ławce. Dobrze odnalazł się w naszej drużynie. To od niego zależało, jak się będzie zachowywał i nie można powiedzieć o nim złego słowa.

Jest Pan pierwszym trenerem od ponad dekady, który z kadrą pracuje trzeci sezon z rzędu. To pomaga tej drużynie?

- Kluczem do każdego sukcesu jest kontynuacja. W Polsce brakuje szerszego spojrzenia. Trener czy zespół oceniany jest niemal natychmiast po zwycięstwie czy porażce. Gdy drużyna wygrywa, wszyscy już widzą mistrzów świata. Gdy przegrywa, to znaczy, że do niczego się nie nadaje. Ta negatywna i oceniająca postawa bywa problemem. W sporcie są zwycięstwa i porażki. Chodzi mi o to, żeby wstrzymać się z fundamentalnymi opiniami aż proces się zakończy. Ja jestem pozytywną osobą i zależało mi na wytworzeniu takiej atmosfery w zespole. Drugą rzeczą było stworzenie trzonu drużyny, praca nad relacjami z zawodnikami i trenerami. Ten trzon zmierza w dobrym kierunku. Każdy do tego coś wnosi. Jesteśmy prawdziwym zespołem.

Gdy zaczynał pan pracę, większość zawodników grała w polskiej lidze, teraz to międzynarodowa mieszanka. To gra w kadrze tak pchnęła ich kariery czy było na odwrót - ich rozwój popycha kadrę do przodu?

- To działa w obie strony, ale zawsze zawodnikom należy oddać to, że podejmują wyzwania w związku ze swoją karierą, że chcą więcej i więcej. Tak było z Adamem Waczyński, Damianem Kuligiem, Tomkiem Gielo czy Mateuszem Ponitką. Mamy zawodników, którzy wymagają od siebie wiele i chcą coś osiągnąć. To jest świetne dla rozwoju naszej reprezentacji. A zawodnikom pomaga to, że mogą sprawdzać się w meczach reprezentacyjnych z silnymi rywalami w meczach o stawkę.

Często w kadrze występują w nieco innej roli niż w klubie. Łatwo ich do tego przekonać?

- Każdy poświęca swoje osobiste ambicje, bo wie, że robi to dla dobra drużyny. Uwierzyli w to, że zespół jest najważniejszy. Staramy się, by koszykarze mieli ze sobą dobre relacje, dbamy o to, tworzymy pozytywne środowisko. To sprawia, że koszykarze ufają nam i robią to, co jest najlepsze dla drużyny. Rok temu Koszarek zaakceptował rolę rezerwowego, w tym roku o to samo poprosiliśmy A.J. Slaughtera. To jest sukces naszej drużyny. To dlatego w tak trudnych momentach jak w Estonii aż tylu graczy zagrało świetny mecz. Trzymają się razem, pomagają sobie.

Kadra spotyka się raz w roku. Jak dbacie o relacje z koszykarzami?

- Staram się spędzać z nimi jak najwięcej czasu. Odwiedzam na meczach, telefonują w trakcie sezonu, interesuje się ich życiem. Jestem tej pracy oddany w stu procentach. Oni to czują i dlatego, tak dobrze nam się pracuje. Kibice widzą obrazki z ławki czy szatni i myślą, że za wszystkim stoją te motywacyjne gadki. Po części to prawda, ale nie byłoby niczego bez naszych relacji.

Niemal na wszystkich pozycjach pojawiają się nowe twarze poza pozycją rozgrywającego. Czy jest plan na to, kto będzie dowodził grą kadry po Łukaszu Koszarku?

- Koszarkowi należy się ogromny szacunek za to, jak reprezentował Polskę przez te wszystkie lata. Bardzo doceniamy to, co zrobił dla reprezentacji Polski i mamy nadzieję, że będzie mógł grać w kadrze jeszcze przez kilka lat. Robert Skibniewski poświęcił się dla tego zespołu, było kilka nazwisk, które się pojawiały i pracujemy nad tym, by były też w przyszłości. Rzeczywiście to jest rzecz, na którą zwracamy naszą uwagę. Wiele czasu poświęciłem na ocenę różnych możliwości.

Sytuacja była na tyle poważna, że zdecydowaliśmy się na naturalizację koszykarza. A.J. Slaughter był strzałem w dziesiątkę, świetnie odnajduje się w drużynie. To nie jest typowy rozgrywający, ale takiego nie potrzebujemy. Chcieliśmy uniwersalnego gracza, a takich na wysokim poziomie jest niewielu. A.J. świetnie pasuje stylem gry, ale i wpasował się w zespół, zawodnicy go zaakceptowali, mówią do niego "Antek", w tym roku nawiązał bliższe relacje z kilkoma osobami.

Reprezentacja Polski nie dałaby sobie rady w eliminacjach bez naturalizowanego gracza?

- Takie są przepisy. Wolno mieć tylko jednego gracza naturalizowanego. Dlaczego mamy nie wykorzystać szansy, by mieć lepszy zespół? W Europie tylko Serbia, Litwa i Francja nie mają graczy naturalizowanych, a to drużyny z czołówki. Wszyscy inni pomagają sobie w ten sposób. Jeśli nie robisz wszystkiego, by twój zespół był najlepszy, rywale od razu to wykorzystają.

Wygrane w eliminacjach mistrzostw Europy nie przyszły nam łatwo. Oczekiwano od nas łatwych meczów z Białorusią, Estonią i Portugalią, ale konkurencja jest ogromna. Z każdym z rywali musieliśmy się natrudzić, by wygrać. Były momenty, że wychodziło nam wszystko i osiągaliśmy przewagę. Ale jeśli nie będziemy robić wszystkiego, by mieć najlepszy zespół z możliwych, to będzie to nasza wina. A.J. Slaughter grał świetnie tego lata, doskonale odnajduje się w zespole.

Zarzucano mu, że nic go z Polska nie łączy.

- A.J. przed przyjazdem do Polski nie miał z nią nic wspólnego, ale ciężko pracował na to, żeby się dopasować. Najważniejsze jest to, jak taki zawodnik odnajduje się w drużynie. Są gracze, którzy grali wcześniej w Polsce czy mają żonę z Polski, ale nie pasują do drużyny, źle czują się w tym środowisku. A.J. pasuje idealnie. Przez dwa lata dał nam to, czego potrzebowaliśmy. Bez niego nie byłoby tego sukcesu.

To był ostatni raz, kiedy kwalifikacje odbywały się w tej formule. Od 2017 roku będzie jak w piłce nożnej. To dobry kierunek?

- Zobaczymy, jak to wyjdzie. Obawiam się, że wiele gwiazd nie będzie mogło grać w reprezentacjach ze względu na NBA czy NCAA. Naszym celem jest poszerzenie puli zawodników, z których będziemy wybierać. To dlatego stworzyliśmy kadrę B, żeby mieć większe pole wyboru.

Mi podobało się to jak było do tej pory, ale to nie była idealna sytuacja, bo zawodnicy opuszczali część przygotowań do sezonu klubowego. Wyzwaniem na pewno będą terminy. W piłce nożnej ten format się sprawdza, ale to kompletnie inny sport. NBA zmienia wszystko, w piłce nożnej nie ma takiej ligi, która kontroluje wszystkich najlepszych graczy.

Przez ostatnie trzy lata pracowaliśmy według pewnego schematu. Teraz będziemy musieli zaadaptować się do nowej sytuacji. Mam nadzieję, że nowy terminarz będzie pozytywny dla rozwoju dyscypliny. Dobrą rzeczą jest to, że mecze będą w trakcie sezonu koszykarskiego, a nie w wakacje.

Będzie pan prosił o radę trenerów piłkarskich jak prowadzić zespół w takim formacie eliminacji?

- Będziemy próbować różnych możliwości. Jeśli piłkarscy trenerzy będą życzliwi i otwarci do tego, by dzielić się z nami swoją wiedzą i wnioskami, będziemy chcieli to wykorzystać. Poruszę każdy kamień, byśmy byli najlepiej przygotowani do takiej sytuacji.

W tym roku nie manifestuje pan swojej ekscytacji na każdym kroku. Coś się zmieniło?

- Wszyscy stali się nagle podekscytowani tym, że ja jestem taki podekscytowany, więc zacząłem tego sformułowani używać nieco ostrożniej. Jeśli chodzi o moje podejście, to nic się nie zmieniło. Jestem tak samo podekscytowany jak pierwszego dnia. Nie ma lepszego powodu do ekscytacji niż nasza wygrana w Tartu z Estonią i to co, razem tam osiągnęliśmy.

Jestem optymistyczny i szczery w tym co robię. Nie ukrywam swojej ekscytacji, ale niektórym chyba takie nastawienie przeszkadza, więc to troszkę stonowałem i zacząłem bardziej uważać na to, co mówię. Ale jeśli chodzi o moje serce, to nic się nie zmieniło. Jestem w pełni zaangażowany w reprezentację Polski. Nie przejmuje się tym, co mówią inni. Każdy ma prawo do swojej opinii, chcą sobie z tego żartować, niech żartują. Ja swojego entuzjazmu nie zamierzam zmieniać.

Najlepsze wsady z sezonu NBA i kilka innych, które też są super [WIDEO]


Więcej o:
Komentarze (6)
EuroBasket 2017. Mike Taylor: Nie jesteśmy uzależnieni od jednego koszykarza
Zaloguj się
  • Adam Sowa

    Oceniono 4 razy 4

    Szanuję Taylora. Jest to najlepszy trener jaki mógł przyjść do tej reprezentacji i robi co może, by wyniki były jak najlepsze.

  • zazwyczaj_nieomylny

    Oceniono 5 razy 3

    Reprezentacja gra lepiej bez Marcina. Być może dlatego, że Marcin przewyższa wszystkich poziomem i w związku z tym oczekiwania wobec niego były większe, być może dlatego, że drużyna grała słabiej sądząc, że wystarczy iż ma w składzie gracza z NBA.
    Tak czy siak, chłopaki grają coraz lepiej. Tak trzymać.

  • tomtg123

    Oceniono 2 razy 2

    Marcin Gortat dawał drużynie bardzo dużo, tylko że często kibice (i chyba niektórzy koledzy/trenerzy ) oczekiwali od niego rzeczy, których on za dobrze nie potrafi.
    To NIE JEST wielki zawodnik ofensywny. To nie jest lider ofensywny.
    To NIE jest gracz kreatywny.
    On ma ogromne zalety, ale nie takie.
    To jest światowej klasy zadaniowiec nastawiony raczej na defensywę.
    Z Gortatem Polacy rządzą pod własnym koszem , z kimkolwiek by nie grali.
    Ale to nie zawsze wystarcza.
    To nie jest zawodnik, który sam będzie wygrywał mecze, ale może bardzo pomóc.
    Tzn mógłby, gdyby wrócił. Ale czy wróci ? Nie sądze.

  • louisciffer

    Oceniono 3 razy -3

    byle nie ten kołek.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX