Sport.pl

Donaldas Kairys: Gdybym raz jeszcze trafił do Spurs, skupiłbym się na pracy trenerów

- W San Antonio nauczyłem się przede wszystkim tego, jak funkcjonuje organizacja profesjonalnego klubu, jak wielką uwagę można i trzeba przywiązywać do szczegółów. Nie koncentrowałem się wówczas na aspektach szkoleniowych, po prostu nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę trenerem - mówi Donaldas Kairys, litewski trener Energi Czarnych Słupsk.
Łukasz Cegliński: Jest pan gadułą, lubi pan rozmawiać?

Donaldas Kairys: Chyba tak...

Pytam, bo pańscy zawodnicy mówią, że na każdym kroku podkreśla pan, jak ważne jest rozmawianie na boisku.

- Bo koszykówka to gra drużynowa, by osiągać dobre wyniki, trzeba tworzyć jedność. A tej jedności nie da się osiągnąć bez rozmowy, komunikacji. Nie potrafimy porozumiewać się telepatycznie, więc musimy do siebie mówić.

Podobno to właśnie na komunikację położył pan nacisk, gdy zaczął pan pracę z Czarnymi w poprzednim sezonie. Był z tym problem?

- Nie tyle problem, co był to element, który w dość prosty sposób można było nadrobić, by doprowadzić do przewagi nad rywalami. Kiedy zawodnicy dobrze się ze sobą komunikują, zespół zaczyna grać szybciej. Lepiej rozumiesz, co się dzieje na boisku, odczytujesz to, co robią rywale.

Obserwując grę z boku wydaje się, że drużynie łatwiej komunikować się w defensywie - zawodnicy mogą informować się o ruchach rywali, krzyczeć, by przesunęli się w dane miejsce. Jak komunikować się w ataku, bo przecież nie chodzi o to, by skrzydłowy krzyczał do rozgrywającego, jaką akcję zagrać?

- Większość trenerów, zawodników rzeczywiście zwraca uwagę przede wszystkim na komunikację w obronie, ale ja uważam, że zawodnicy muszą być ze sobą w kontakcie także w ataku. Gdy ćwiczymy na treningach, nawet samą taktykę, bez przeciwnika, chcę, by moi gracze mówili do siebie, krzyczeli, gdzie biegną, co robią. A jeśli chodzi o defensywę, to w komunikacji nie chodzi tylko o krzyknięcie do kolegi, by przejął atakującego po zasłonie. Ona musi być stała i ciągła. Sytuacja na boisku zmienia się co sekundę, swoją pozycję zmieniają rywale, gdzie indziej jest piłka. Broniąc, musisz informować swoich kolegów o tym, co widzisz, jak odczytujesz sytuację.

Czy jako trener może pan o sobie powiedzieć, że jest zorientowany na obronę lub atak?

- Poprawną odpowiedzią jest stwierdzenie, że obrona i atak są tak samo ważne. Ale jako trener czuję, że moja drużyna lepiej kontroluje grę wtedy, kiedy jest w stanie zatrzymać ataki rywali. Dlatego na naszych treningach w Czarnych więcej czasu poświęcamy na defensywę - po prostu tego potrzebujemy. Zdarza się, że na konieczne ćwiczenia dotyczące obrony poświęcamy czas, w którym mieliśmy pracować nad atakiem.

Jeśli spojrzeć na zaawansowane statystyki, to Czarni są najbardziej ofensywnym zespołem ligi. Najwyższe tempo gry, druga efektywność ataku, miejsca w czołówce pod względem skuteczności. Tak ma być, to pana pomysł na zespół?

- Mamy w zespole ruchliwych, dynamicznych, szybkich graczy. I ta szybkość nie dotyczy tylko obwodowych, podkoszowi też mogą tak grać. Przyspieszanie gry jest naszym atutem, możemy biegać od kosza do kosza. Nasze akcje w ataku są raczej proste, nigdy nie trwają za długo. Czasem może i chcielibyśmy zagrać nieco dłużej, ale zwykle wykorzystujemy pierwszą okazję do rzutu. Wystarczy nam jedna dobra akcja z zasłoną, jedno podanie i rzucamy. Nie nakazuję koszykarzom rozgrywania szybkich akcji, ale chcę, by wykorzystywali okazje, które wypracują. Jeśli udaje się to już po kilku sekundach - w porządku. Ale powtórzę - to wszystko ma znaczenie przy założeniu, że zatrzymujemy przeciwników pod swoim koszem.

Grał pan w koszykówkę, ale kariery nie zrobił. Dlaczego?

- Pochodzę z Szyłokarczmy, miejscowości położonej niedaleko Kłajpedy, gdzie zacząłem trenować wcześnie, w wieku sześciu czy siedmiu lat - mój tata był trenerem koszykówki, więc było to oczywiste. Grałem u niego w drużynie przez 10 lat, osiągaliśmy niewielkie sukcesy w tym sensie, że rywalizowaliśmy momentami jak równi z drużynami z Wilna lub Kowna. Gdy miałem 16 lat wyjechałem do USA, do szkoły średniej. Zaliczyłem dwie - jedną w Woodlands pod Nowym Jorkiem, drugą niedaleko San Francisco, w Alameda.

Pana ojciec, Steponas, właśnie wtedy zaczął się zajmować wysyłaniem młodych litewskich koszykarzy do USA?

- Tak, ja byłem jednym z pierwszych, którzy wyjechali. Mój ojciec miał okazję wyjechać do USA w 1991 roku. Zaobserwował wiele pozytywnych rzeczy, jeśli chodzi o koszykarski rozwój, zdobył kontakty. Po powrocie na Litwę zaczął pomagać młodym sportowcom w wyjazdach - zaczynał powoli, od pięciu, może sześciu graczy rocznie, w sumie wysłał ich już kilkuset.

Sarunasa Jasikeviciusa do Maryland także?

- Tak, Sarunas był jednym z pierwszych. Ja zresztą wyjechałem w tym samym roku, co on. Oczywiście, Sarunas był czołowym młodym koszykarzem kraju, nadzieją Litwy. A ja byłem po prostu synem Steponasa.

Będąc w stanach, na uniwersytecie Warren Wilson, myślał pan jeszcze poważnie o karierze zawodniczej?

- Dostałem stypendium, niewielkie i nawet nie sportowe. Nie takie, jakie mają najlepsi koszykarze, choć dostałem je dzięki temu, że grałem w koszykówkę. Można powiedzieć, że ona mi pomogła. Studiowałem, grałem w drużynie, ale miałem świadomość, że nie zrobię porządnej zawodowej kariery. Po powrocie rozegrałem jeszcze część sezonu w drugiej lidze litewskiej, ale na tym występy zakończyłem i zacząłem szukać nowej drogi w koszykówce. Pracowałem na Uniwersytecie Missouri, gdzie zajmowałem się programem dla graczy z zagranicy, głównie z Europy. Zbierałem informacje na ich temat, utrzymywałem z nimi kontakty, przy czym korzystałem też z pomocy ojca. Byłem trochę skautem, a trochę rekruterem, który próbuje przekonać młodych graczy, by wybrali akurat tę uczelnię. Pracowałem tam przez dwa lata.

A w 2003 roku trafił pan do San Antonio Spurs. Jak?

- W Missouri pracowałem dla trenera Quina Snydera, który obecnie prowadzi Utah Jazz. To on pomógł mi skontaktować się ze Spurs, z ich menedżerem R.C. Buffordem. Udało mi się dostać do tego klubu na rok, akurat w momencie, gdy zdobywali mistrzostwo NBA. To był marzec 2003 roku, końcówka sezonu. Miałem szczęście być świadkiem tych wydarzeń, tytuł świętowałem z zespołem w szatni. Czym się zajmowałem w klubie? Różnymi rzeczami - brałem udział w treningach, gdzie podawałem piłki po rzutach, ale pracowałem też w komórce, która zajmowała się analizami wideo oraz odpowiadałem za zbieranie informacji o koszykarzach spoza NBA, którymi interesował się klub. Odpowiadałem bezpośrednio przez szefem skautów Spurs.

Pewnie nie miał pan wówczas świadomości, że z bliska obserwuje początki drużyny wybitnej, jednej z najlepszych w historii NBA. Jak się panu wydaje z perspektywy czasu, czego się pan w San Antonio nauczył?

- Przede wszystkim tego, jak funkcjonuje organizacja profesjonalnego klubu, jak wielką uwagę można i trzeba przywiązywać do szczegółów. Nie koncentrowałem się wówczas na aspektach szkoleniowych, po prostu nie wyobrażałem sobie, że kiedyś będę trenerem. Nie rozumiałem zbyt wiele z tego, co działo się na boisku. Obserwowałem głównie to, jak profesjonalny klub działa od strony biura. Gdybym mógł przepracować rok w San Antonio raz jeszcze, oczywiście skoncentrowałbym się nad analizowaniem pracy trenerów, Gregga Popovicha, próbowałbym poznać jego strategię.

Potem wrócił pan do Europy i pracował w silnych klubach rosyjskich i litewskich.

- Najpierw dostałem ofertę pracy w Chimkach Moskwa, które były wtedy rosnącym, ambitnym klubem. Zatrudniono tam wówczas amerykańskiego asystenta trenera, Russella Bergmanna, i poszukiwano dla niego tłumacza. Dostałem tę pracę, a Bergmann stał się moim nauczycielem koszykówki. Wtedy zacząłem rozumieć grę - zagrywki, kąty stawiania zasłon, sposób poruszania się koszykarzy po boisku. Można też powiedzieć, że byłem członkiem sztabu szkoleniowego, którego zadaniem było także przygotowywanie analiz wideo dla zespołu. Wkręciłem się w to, zainteresowałem się analizami, szybko się uczyłem. Potem wykonywałem tę pracę w Lietuvos Rytas, CSKA Moskwa, a także, przez kilka lat, w reprezentacji Litwy

Czy fakt, że pracę trenerską zaczynał pan od analiz wideo, ukształtował pana jako szkoleniowca?

- Zdecydowanie. Jako zawodnik nie grałem na wysokim poziomie, nie miałem wystarczającej wiedzy boiskowej, nie widziałem, na co powinno się zwracać uwagę koszykarzom. Uczyłem się tego oglądając mecze, akcje, ich sekwencje. To były setki, tysiące godzin oglądania. Im więcej oglądałem, tym szybciej odczytywałem to, co dzieje się na boisku. To pomogło mi zostać trenerem i gdyby jakiś młody kandydat na szkoleniowca zapytał mnie o radę, to powiedziałbym mu, by analizował grę. Izolował pojedyncze akcje, potem zauważał podobieństwa i warianty ich rozegrania, grupował je w tendencje. Tak wyglądała moja ścieżka.

W Słupsku mówią, że nie mieli w Czarnych wielu trenerów z tak dużą teoretyczną wiedzą o koszykówce. Pamięta się tam za to byłych cenionych graczy, którzy zostali dobrymi trenerami - np. Dainiusa Adomaitisa czy Igora Griszczuka. Uznajmy ich w uproszczeniu za praktyków, a pana za teoretyka. Czy ktoś tu ma z tego względu przewagę?

- Trudne pytanie, nie wiem, jak to porównać. Ale proszę zauważyć, że jeden z moich nauczycieli, Ettore Messina, z którym pracowałem w CSKA, nigdy nie był zawodnikiem. Miał 17 lat, gdy zaczął być trenerem, w wieku 31 lat był najlepszym szkoleniowcem we Włoszech. Można dojść do trenerskiej wielkości nie będąc zawodnikiem, co nie oznacza, że bycie dobrym zawodnikiem w tym nie pomaga. Wtedy na starcie ma się to boiskowe doświadczenie. Żałuję, że nie byłem dobrym koszykarzem, bo wówczas ten zapach boiska mógłbym połączyć z analitycznym podejściem.

Czym jest dla pana praca w Czarnych? Początkiem trenerskiej drogi, czy już kolejnym jej etapem?

- To mój czwarty klub, który prowadzę jako pierwszy trener, ale wciąż czuję, że wykonuję pierwsze kroki w zawodzie. Nie uważam, że już gdzieś doszedłem. Wciąż czekam na zakończenie jednego pełnego sezonu z zespołem, dotychczas albo zaczynałem pracę w trakcie rozgrywek, albo byłem zwalniany przed ich zakończeniem. Mam nadzieję, że ten sezon będzie dla Czarnych dobry, że skończymy go dobrym wynikiem i udowodnimy, że brązowy medal z poprzednich rozgrywek nie był przypadkiem. W tej chwili nie gramy jeszcze naszej najlepszej koszykówki, ale mamy potencjał i odpowiednich graczy, by walczyć o dobry wynik. Rywale - Stelmet, Rosa, Toruń, Anwil - są silni, mają bardzo dużo atutów i dobrych trenerów. Ale jeśli będziemy zdrowi i wzniesiemy się na wyżyny naszych możliwości, możemy z nimi walczyć. Po kontuzjach i zmianach w składzie najbardziej brakuje nam jednak spokojnej pracy całej drużyny.

Jak się panu pracuje z Jerelem Blassingamem? To weteran, ulubieniec kibiców w Słupsku, ktoś więcej niż tylko dobry rozgrywający. Można powiedzieć, że funkcjonuje w klubie na specjalnych prawach.

- Praca z nim to dla mnie duże wyzwanie. Jerel zmusza mnie, bym był kreatywny. Dzięki niemu rozwijam się jako trener. Wiem, jakie ma atuty, wiem, ile wnosi do zespołu, staram się radzić z jego słabszymi stronami. Nad dyscypliną, na boisku i poza nim, pracujemy nie tylko z Jerelem, ale z całym zespołem. To gracz wyjątkowy, ale dla nas bardzo ważny. W dużym stopniu jesteśmy od niego zależy. Chcę, by Jerel koncentrował się na tym, jak sprawić, by koledzy obok niego byli lepsi. Na boisku musi być trenerem, moim przedłużeniem.

Więcej o: