Sport.pl

TBL. Turów uciszył AZS Koszalin [OBSERWACJE PO HICIE]

PGE Turów Zgorzelec wygrał w Koszalinie z AZS 89:78 w ostatnim meczu 11. kolejki, hicie Tauron Basket Ligi. Mistrzowie Polski mają bilans 11-0 i mają już o dwie wygrane więcej od zespołów z grupy pościgowej, w której jest AZS. Obserwacjami z niedzielnego spotkania dzieli się Łukasz Cegliński ze Sport.pl.
Tak miało być?

Turów uciszył w niedzielę trzeci zespół z szerokiej czołówki. AZS - tak jak wcześniej Śląsk i Rosa - z większością rywali radzi sobie bardzo dobrze, ale na tle drużyny trenera Miodraga Rajkovicia wyglądał... W zasadzie tak, jak może - powinien? - wyglądać zbudowany cztery miesiące temu zespół w rywalizacji z mądrze konstruowanym od dwóch lat Turowem. Bilans 9-1, kilka bardzo dobrych spotkań i rosnący entuzjazm w Koszalinie pozwalały wierzyć, że AZS powalczy z mistrzem o zwycięstwo, ale dystans między tymi zespołami jest w tej chwili wielki.

I nie wynika on tylko z różnicy w budżetach, co lubią podkreślać trenerzy, ale właśnie z ciągłości pracy, realizacji koncepcji, właściwego doboru zawodników. Turów, jak na warunki TBL, ma zespół kompletny. Są gwiazdy na obwodzie, są gwiazdy pod koszem, są gracze młodzi, są doświadczeni. I, co bardzo ważne, większość z nich jest bardzo wszechstronna. A na dodatek duża część zespołu jest ze sobą zgrana i styl gry narzucony przez Rajkovicia realizuje od dwóch sezonów. Dzięki grze w Eurolidze zdobywa doświadczenie, które już zaczyna wykorzystywać w lidze.

Dlatego w Koszalinie nie powinni się smucić. Owszem, mogą - powinni! - czuć niezadowolenie, złość z porażki u siebie, ale nie ma absolutnie żadnej potrzeby, by się załamywać. Z przegranej z mistrzem należy wyciągnąć wnioski i walczyć dalej. AZS to zespół, który stać na awans do półfinału play-off, na walkę o miejsce w finale. W finale, w którym ostrożnie, bo sezon jeszcze młody, ale jednak można rezerwować miejsce dla Turowa.



Dwa wymiary defensywy

Turów wygrał w Koszalinie obroną. Zgorzelczanie wytrącili gospodarzom z rąk ich dwa największe atuty - indywidualne, skuteczne w poprzednich meczach akcje Qyntela Woodsa oraz rzuty z dystansu. Woods w 30 minut zdobył co prawda 15 punktów, ale trafił tylko cztery z 11 rzutów z gry, miał trzy straty i, czego statystyki nie pokazują, często walił głową w zgorzelecki mur. Trójki? Najlepiej rzucający z dystansu zespół w lidze we własnej hali trafił tylko siedem z 20 prób. W sumie koszalinianie uzbierali ledwie 78 punktów, co jest ich drugim najgorszym wynikiem w sezonie.

Defensywa Turowa miała dwa wymiary - indywidualny i zespołowy. Chris Wright, ale także Mardy Collins przez większość meczu byli blisko Woodsa - naciskali na niego, przeszkadzali mu, wypychali spod kosza, blokowali rzuty (aż trzykrotnie, Woods dostał tyle "czap", co w dziewięciu poprzednich meczach łącznie). Ale kiedy Woods próbował ich mijać, to Michał Chyliński lub Nemanja Jaramaz robili krok w jego kierunku, spod kosza wysuwali się nagle Damian Kulig lub Filip Dylewicz. Lider AZS zamiast autostrady do kosza, którą widział np. w Toruniu, widział las czarnych koszulek.

Obrona na obwodzie? Turów po prostu nie pozwalał na oddawanie łatwych rzutów. Szymon Szewczyk i Devon Austin, którzy trafiają w tym sezonie po blisko 70 proc. trójek każdy, w niedzielę mieli razem 3/9 z dystansu.

AZS ograniczył się sam

Turów wygrał obroną, ale AZS, mam wrażenie, trochę mu w tym pomógł.

Trener Igor Milicić chciał zaskoczyć rywali zmienioną piątką, w której zabrakło Dante Swansona i Szymona Szewczyka, a pojawili się Krzysztof Szubarga i Garrick Sherman. Z zadaniami defensywnymi - pierwszy miał agresywnie, niemal na całym boisku pilnować Tony'ego Taylora, drugi miał utrudniać grę Ivanowi Zigeranoviciowi i w pewnym sensie oszczędzić, uchronić przed faulami na Serbie Szewczyka.

Pomysł zupełnie nie wypalił. Szubarga, ambitny jak zwykle, w dopiero drugim meczu po długiej przerwie najzwyczajniej nie był w stanie w jakikolwiek sposób zatrzymać Taylora, który jest motorem napędowym Turowa - Amerykanin ogrywał go łatwo. Sherman przeciwko Zigeranoviciowi? To zupełnie nie miało znaczenia. Taylor robił przewagę na obwodzie, Turów zaczął szybko, jego środkowy na początku nie dostawał piłek do gry jeden na jednego.

Manewr Milicicia korzyści defensywne przyniósł, ale Turowowi - AZS pozbawiony na początku lidera na obwodzie i najgroźniejszego podkoszowego nie miał czym straszyć gości. Najlepszy pod względem ataku zespół ligi wyszedł na mecz z mistrzem z dopiero wracającym do formy Szubargą oraz kanciastym Shermanem, o którym można mówić wiele poza tym, że jest na boisku groźny w jakimś elemencie. Turów w obronie grał oczywiście świetnie, ale AZS ograniczył się trochę sam.

NBA przyciąga wzrok

Woodsem nie można było się w tym meczu zachwycać, ale błyszczeli dwaj inni gracze z przeszłością w NBA - Wright i Collins. Pierwszy przyzwyczaił nas już do efektownych wsadów z trzeciego piętra i kilka takich wyszło mu w Koszalinie, ale do takich akcji dodał wspomnianą aktywną obronę przy Woodsie. Wright jest dynamiczny, szybki, nie uznaje zbiórek, których nie może zaliczyć, nie uznaje rzutów, których nie można zablokować. Amerykanin nadaje Turowowi dodatkowy wymiar gry, który dla większości zawodników TBL jest nieosiągalny. W Koszalinie zdobył dziewięć punktów, miał sześć zbiórek i dwa bloki, ale jego wpływ na mecz - przez obronę na Woodsie i aktywność w każdym miejscu boiska - był większy, niż sugerują statystyki.

Natomiast Collins to siła spokoju. Doświadczony, wysoki i wszechstronny rozgrywający rzucił tylko sześć punktów, ale za to jakich! To były dwie trójki - równo z końcową syreną na koniec trzeciej kwarty i na początku czwartej, która ponownie uciszyła kibiców z Koszalina. Do tych sześciu punktów w 19 minut Collins dodał też sześć asyst - m.in. dwie bliźniacze do Damiana Kuliga po perfekcyjnie, cierpliwie i z wyczuciem rozegranych akcjach z zasłoną. Amerykanin z Filadelfii, który kończył tę samą szkołę średnią co Aaron McKie i Rasheed Wallace, jest efektowny inaczej - nie robi wsadów, nie gra na trzecim piętrze, ale jego inteligentna gra wzrok przyciąga.

Chyliński - gwiazda ligi

Z polskich graczy najlepiej zaprezentowali się w niedzielę Artur Mielczarek i Szymon Szewczyk z AZS oraz Michał Chyliński i Damian Kulig z Turowa. Ten pierwszy zdobył 12 punktów, miał dwie zbiórki, dwie asysty i dwa przechwyty w 26 minut, i był najlepszym zawodnikiem AZS. Był aktywny i w obronie, gdzie momentami skutecznie walczył z Vladem Moldoveanu czy Filipem Dylewiczem, i w ataku. Mam wrażenie, że Mielczarkowi, kapitanowi AZS, najbardziej chciało się walczyć z Turowem. I takiej czystej werwy, ambicji, złości - tego, co pokazał Mielczarek - zabrakło mi u pozostałych koszykarzy z Koszalina.

Szewczyk był Mielczarkowi najbliższy, choć akurat on stracił na tym, że nie wyszedł w pierwszej piątce. A jak pojawił się na boisku, to dość szybko popełnił dwa niepotrzebne przewinienia z dala od obręczy. Ale mimo że kiepsko rzucało mu się z dystansu, to porcję 15 punktów w 24 minuty uzbierał.

Chyliński? Gwiazda ligi. Wiem, że dla wielu kibiców, którzy interesują się polską koszykówką takie stwierdzenie może wywołać uśmiech na twarzy, ale Michał Chyliński jest w tym sezonie gwiazdą ligi. I kropka. Można przejrzeć sobie jego statystyki (średnio 17,1 punktu w sezonie, 19 w Koszalinie), ale można też popatrzeć na jego grę. Chyliński nie tylko jest skuteczny - jest pewny, szybki, zdecydowany, dynamiczny, a przy tym inteligentny. Owszem, na pewno łatwo mu się gra w Turowie, kiedy uwaga rywali rozłożona jest na cały zespół, inne gwiazdy. Ale Chyliński i tak nią jest.

Tak jak Kulig. 12 punktów w 17 minut to nie są statystyki wybitne, ale kilka takich akcji podkoszowego Turowa widzieliśmy - choćby w obronie przeciwko Szewczykowi (Kulig miał w sumie trzy bloki), choćby kilka dynamicznych wejść pod kosz, kiedy dostrzegali go koledzy (5/7 z gry).

Więcej o: