Sport.pl

NBA. Jeremy Lin władcą Madison Square Garden

borzech, Reuters, ESPN.com
11.02.2012 , aktualizacja: 14.02.2012 12:35
A A A Drukuj
NY Knicks - LA Lakers Fot. RAY STUBBLEBINE REUTERS NY Knicks - LA Lakers
Nowy Jork ma nowego bohatera - jest nim zaledwie 23-letni Jeremy Lin, którego jakiś czas temu nie chciał zatrudnić żaden z klubów NBA. Absolwent Harvardu trafił do Knicks zaledwie w grudniu, a ostatniej nocy poprowadził swoją drużynę do czwartego zwycięstwa z rzędu. 38 punktów rzucone Lakersom pozwoliło kibicom w Madison Square Garden zapomnieć o nieobecności dwóch wielkich gwiazd zespołu.
NY Knicks - LA Lakers
Fot. RAY STUBBLEBINE REUTERS
NY Knicks - LA Lakers
Jeremy Lin
Fot. RAY STUBBLEBINE REUTERS
Jeremy Lin
Jeremy Lin
Fot. RAY STUBBLEBINE REUTERS
Jeremy Lin
NY Knicks - LA Lakers
Fot. RAY STUBBLEBINE REUTERS
NY Knicks - LA Lakers
NY Knicks - LA Lakers
Fot. Frank Franklin II AP
NY Knicks - LA Lakers
SERWISY
Carmelo Anthony nie gra od kilku meczów z powodu kontuzji pachwiny, z kolei Amar'e Stoudemire zawiesił swoje występy, gdyż niedawno zmarł jego brat. Wydawałoby się, że bez swoich dwóch czołowych graczy Knicks będą skazani na pożarcie. Nic bardziej mylnego - od 4 lutego nowojorczycy kroczą od zwycięstwa do zwycięstwa, a eksplozję formy przeżywa ten, na którego chyba nikt w "Wielkim Jabłku" nie liczył.

W trzech kolejnych wygranych meczach Lin rzucił 25, 28 i 23 punkty jednak to, czego dokonał w spotkaniu z Lakers przejdzie do historii Knicks. 38 punktów rzuconych drużynie z LA pozwoliło młodemu zawodnikowi tajwańskiego pochodzenia przyćmić Kobe'ego Bryanta, który zaliczył punktów 34. Gospodarze wygrali 92:85 i już tylko jedno zwycięstwo dzieli ich od miejsca, które na koniec sezon dałoby im awans do play-off.

- 38 punktów! Jestem zszokowany - mówił po meczu trener Knicks Mike D'Antoni. - Przyszło mu to tak łatwo i wcale nie było efektem gry zespołowej. Byłem w szoku, gdy zobaczyłem ile punktów zgromadził - dodał szkoleniowiec.

Dzięki nieprawdopodobnej grze 23-latka Knicks prowadzili nawet 14-oma punktami. Lin trafiał za trzy, po obrotach i minięciu przeciwnika, a nawet skacząc tyłem do kosza. Jednak dzięki przebudzeniu Bryanta, gościom udało się zmniejszyć stratę w końcówce. W ostatnich minutach nowa gwiazda Knicks zachowała jednak zimną krew i pewnie zdobywała kolejne punkty.

Po meczu koszulka absolwenta Harvardu z numerem 17 została natychmiast wyprzedana z klubowego sklepu. Dyspozycji Lina nie mogli się nadziwić także rywale. Trener Lakers Mike Brown przyznał: - Nie pamiętam, by ktokolwiek trafiał do kosza tak często przeciwko nam, w sytuacjach gdy nie było tam jego żadnego partnera.

Z podziwu nie mógł wyjść także Kobe Bryant: - On był po prostu fenomenalny. To naprawdę świetna historia, jest dowodem na to, że wytrwałość i ciężka praca naprawdę się opłaca. Jest świetnym przykładem dla wszystkich dzieciaków - powiedział gracz Lakers.

Człowiek znikąd zapoczątkował "Dynastię Lin"

Amerykańskie media, które uwielbiają historie o "bohaterach znikąd" bardzo szeroko rozpisują się o wyczynach Lina. ESPN pisze o "Dynastii Lin" w Madison Square Garden i spełniającym się śnie imigranta z Tajwanu, którego synem jest Lin. To pierwszy gracz pochodzący z tego kraju w historii ligi.

Ojciec zawodnika od zawsze był wielkim fanem koszykówki i od najmłodszych lat na Tajwanie marzył o tym, by wyemigrować do USA. Chciał tam skończyć studia, ale także móc oglądać koszykówkę "na żywo". W 1977 roku Gie-Ming został przyjęty na Uniwersytet Purdue, gdzie zrobił doktorat z inżynierii komputerowej.

Najważniejsze jednak, że mógł w telewizji podziwiać swoich bohaterów jak Moses Malone, Julius "Dr. J" Erving, Kareem Abdul-Jabbar, Michael Jordan, Larry Bird i "Magic" Johnson.

- Mój ojciec jest prawdziwym koszykarskim świrem - mawia Jeremy. Gdy był dzieckiem godzinami grał z ojcem i dwoma braćmi w koszykówkę. Te gry z czasem przeradzały się w prawdziwe wojny, a chłopcy byli spragnieni koszykówki szukając często hali, gdzie można było potrenować.

Jeremy wyróżniał się jednak z rodzeństwa - tak samo jak ojciec, miał ogromne zacięcie do basketu, wewnętrzną motywację i był znacznie wyższy od rówieśników. Warunki rzutowe pozwalały mu grać zarówno na pozycji rozgrywającego jak i obrońcy. Wskazówki ojca, który był zafascynowany Juliusem Ervingiem i Kareemem Abdul-Jabbarem, pozwoliły mu także doskonale radzić sobie także pod koszem.

Już w liceum Lin wyróżniał się na parkiecie - grając w Palo Alto dwukrotnie został wybrany na najbardziej wartościowego gracza ligi. Mimo to było mu ciężej niż innym rówieśnikom, gdyż nikt nie traktował go poważnie. Ludziom nie mieściło się w głowie, że pochodzący z Tajwanu młodzieniec potrafi grać w koszykówkę. I na szacunek Lin musiał sobie zapracować na parkiecie.

Pochodzenie nie pomogło mu także w tym, by dostać się do prestiżowej sportowo uczelni. Ostatecznie trafił na Harvard, który nie oferuje stypendium sportowego, ale mógł tam grać w 1. dywizji. Mimo, ze był wyróżniającym się graczem NCAA, stereotypy wciąż przeszkadzały mu w znalezieniu uznania w oczach innych.

W drafcie do NBA, nie zdecydowała się na niego żadna drużyna. Musiał udowadniać swoją wartość podczas letnich campów i ostatecznie podpisał kontrakt w Golden State Warriors - klubie z Oakland, któremu zawsze kibicował. Mimo, że była to drużyna, której siedziba była bardzo blisko jego rodzinnej miejscowości, nie zagrzał tam długo miejsca. Na parkiecie pojawiał się rzadko i tuż przed początkiem obecnego sezonu został oddany do New York Knicks.

W Nowym Jorku też trafiał na parkiet sporadycznie, jednak od kiedy dwóch podstawowych zawodników wypadło ze składu, trener D'Antoni zaczął na niego stawiać. I jak widać nie pomylił się, gdyż to właśnie Lin może teraz stać się największą gwiazdą zespołu, a nie kreowani na "zbawców Nowego Jorku" Anthony i Stoudemire.

O "Linsanity" czytaj też na blogu Supergigant

"Dziś jest najgłośniejszym nazwiskiem w NBA. Bożyszczem Nowego Jorku i Azji, najczęściej tweetowanym, facebookowanym a jego imię i nazwisko jest najczęściej wpisywane w googla i odmieniane przez wszystkie przypadki. A jeszcze tydzień temu nikt o nim nie słyszał" - piszą autorzy bloga "Supergigant".

Specjalny serwis Sport.pl - wszystko o koszykówce »


Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1
  • 1

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (8)

  • rado85

    Oceniono 2 razy -2

    czy jak ktoś wpisze w google lina to tak jakby odmieniał przez przypadek Nazwisko tego koszykarza?

  • ndizi

    Oceniono 10 razy -8

    Lin zagrał świetny mecz. Chiny mają nowego bohatera.

    Pokaż starsze odpowiedzi (2)

    • cykor6

      Oceniono 1 raz -1

      @ndizi
      on jest amerykaninem tajwańskiego pochodzenia. Nie chińczykiem!

    • pandada

      0

      @Gość: Republika Chińska to nazwa nieuznawanego państwa leżącego na wyspie Tajwan. Kyrie elejson

    • laroslaw

      0

      @Gość: fes
      podstawowe pytanie to czy republikanin czy demokrata ;) i kto go przytuli przed wyborami.

  • Gość: df

    Oceniono 1 raz 1

    Rubio, Lin, ..., zaczyna robić się ciekawie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

NBA tabela

Dywizja/ZespółZw.Por.bilans
EASTERN CONFERENCE
ATLANTIC DIVISION
Boston39270.591
New York36300.545
Philadelphia35310.530
New Jersey22440.333
Toronto23430.348
CENTRAL DIVISION
Chicago50160.758
Indiana42240.636
Milwaukee31350.470
Detroit25410.379
Cleveland21450.318
SOUTHEAST DIVISION
Miami46200.697
Atlanta40260.606
Orlando37290.561
Washington20460.303
Charlotte7590.106
WESTERN CONFERENCE
NORTHWEST DIVISION
Oklahoma47190.712
Denver38280.576
Utah36300.545
Portland28380.424
Minnesota26400.394
PACIFIC DIVISION
LA Lakers41250.621
LA Clippers40260.606
Phoenix33330.500
Golden State23430.333
Sacramento22440.333
SOUTHWEST DIVISION
San Antonio50160.758
Memphis41250.621
Dallas36300.545
Houston34320.515
New Orleans21450.318