W niedzielę Gortat rozegrał jeden z najlepszych meczów w karierze - z San Antonio Spurs, grając przeciwko blaknącej, ale jednak gwieździe
NBA Timowi Duncanowi, zdobył 24 punkty i miał 15 zbiórek. Schodząc z boiska pozdrowił wielkiego rywala wyciągniętą ręką, Duncan odpowiedział mu skierowanym ku górze kciukiem.
Duncan, który też zdobył 24 punkty trafiając aż 10 z 14 rzutów i kilkakrotnie ogrywając Gortata, mógł być zadowolony - blisko 35-letni gracz rozegrał najlepszy mecz w sezonie, a jego zespół wygrał 102:91. Ale Duncan docenił też grę Polaka, który bywał dla niego za szybki i na różne sposoby trafił 11 z 20 rzutów.
- To było dla mnie wyzwanie, choć nie zdołałem utrzymać koncentracji - mówił o rywalizacji z Duncanem Gortat. - Kilka razy nabrał mnie na zwody i go sfaulowałem. Ale miałem gorsze dni przeciwko niemu. Teraz starałem się grać agresywnie, kozłować i wchodzić pod kosz, bo wiedziałem, że już nie dotrzyma mmi kroku. Próbowałem go zmęczyć - tłumaczył Gortat.
Zadowolony mógł być jednak tylko częściowo - Polak imponował, kiedy Suns próbowali gonić rywali w drugiej połowie, ale nie poprowadził drużyny do nieoczekiwanego zwycięstwa. Zespół z Phoenix przegrał czwarty mecz z rzędu i z bilansem 4-8 zajmuje dopiero 11. miejsce na Zachodzie. Jego jedynym jasnym punktem jest ostatnio Gortat.
Polak staje się liderem, którym dotychczas bywał tylko w reprezentacji Polski. W siedmiu ostatnich spotkaniach, w których grał już bez specjalnego usztywniacza chroniącego złamany tuż przed sezonem kciuk, rzucał średnio po 18 punktów i miał po 10,2 zbiórki. 63 proc. skuteczności w rzutach z gry daje mu pierwsze miejsce nie tylko w zespole, ale w całej NBA!
Świetne statystyki Gortata w ostatnich meczach nie są efektem zaskakującej eksplozji formy - tę Polak miał rok temu, kiedy zadomowił się w Phoenix po transferze z Orlando Magic, gdzie był tylko żelaznym rezerwowym. W tym sezonie Gortat, tak, jak zresztą robi to od początku kariery, po prostu dołożył do swojej gry kolejny element - w wakacje pracował u słynnego Hakeema Olajuwona nad wykańczaniem akcji w ataku, widać, że dużo czasu poświęcił też na rzucanie z półdystansu. Teraz zaczyna zbierać tego
owoce.
Ale najlepszym strzelcem drużyny Gortat jest także dlatego, że Suns to zespół słabszy niż rok temu. 38-letniemu Steve'owi Nashowi i niemal dwa lata starszemu Grantowi Hillowi coraz trudniej utrzymać formę, szczególnie, że skrócony z powodu lokautu sezon jest bardzo intensywny. Suns nie przeprowadzili też wartościowych transferów, nowi gracze mają problemy z wkomponowaniem się w zespół. Grą wciąż kieruje Nash, w szatni liczy się zdanie Hilla, ale na boisku coraz częściej szuka się Gortata.
Polak się tego spodziewał: - Po sezonie spotkałem się ze wszystkimi najważniejszymi ludźmi w klubie i wiem jedno - dużo ode mnie oczekują. Mam być jednym z liderów drużyny, mam ją ciągnąć w górę - mówi w kwietniu.
- Moja pasja i emocje, które pokazuję na boisku, zaraziły w Phoenix wiele osób - tłumaczył Gortat. - Pokazałem wszystkim, że ciężką pracą można wiele osiągnąć. W klubie chcą, żebym rozwinął się koszykarsko - bardziej atakował tablicę, więcej zbierał, grał tyłem do kosza, ale też mam być kimś, kto krzyknie na boisku, zbierze zespół do kupy w trudnej chwili.
Ta chwila nieuchronnie nadchodzi, bo Suns zmierzają ku nizinom tabeli Konferencji Zachodniej, a w skróconym sezonie może być im ciężko wykaraskać się z kłopotów. Sęk w tym, że w najbliższych dniach drużyna z Phoenix zagra kolejno w
Chicago, Nowym Jorku, Bostonie i Dallas z drużynami silnymi lub bardzo silnymi. Czy Gortat utrzyma świetną formę? Czy pójdzie krok dalej i poprowadzi gorszy zespół do nieoczekiwanych zwycięstw?
To, że Polak aspiruje do roli lidera słabej drużyny, ma dla niego znaczenie. Z jednej strony Gortatowi jest łatwiej, bo w gronie słabszych graczy łatwiej jest się wyróżnić. Z drugiej strony - trudniej, bo w NBA za prawdziwego lidera, za gwiazdę uznaje się kogoś, kto prowadzi swój zespół do zwycięstw.
A tego Polak nie robi. Jeszcze?