Sport.pl

NBA. Marcin Gortat dla Sport.pl: Ja ciągle nie mam dosyć

Rozmawiał Łukasz Cegliński
13.02.2011 , aktualizacja: 13.02.2011 23:36
A A A Drukuj
Marcin Gortat

Marcin Gortat (Fot. Ben Margot AP)

Od razu wybrał pan czwórkę?

- Nie, była z tym cała historia. Oczywiście zapytałem o nr 13, czy mogę odkupić go od Nasha. Rzuciłem sumę 50 tys. dol., ale usłyszałem, że mam o tym zapomnieć. Potem chciałem nr 7, bo z takim grał w Manchesterze United David Beckham, ale Suns mają ten numer zastrzeżony na cześć Kevina Johnsona. Pomyślałem więc o nr. 8, bo taki nosił w Kolonii jeden z moich mentorów Zoran Kukić, ale ten był zajęty przez Channinga Frye'a. Obstawiliśmy więc nr 4 na cześć Obradovicia, ale teraz twierdzę, że to nie był dobry wybór. Dzisiaj wziąłbym nr 57 - z takim zostałem wybrany w drafcie przez Suns, nikt z takim numerem jeszcze nie grał. Może zrobię zmianę w przyszłym sezonie.

A jak się wchodzi do szatni nowej drużyny?

- Dziwne uczucie, bo miałem już wyrobioną opinię na temat większości zawodników - kto wygląda na gwiazdeczkę, kto jest boiskowym chamem itp. Nie da się też ukryć, że wszedłem tam odebrać komuś część jego pracy. Powiedziałem sobie jednak, że zmieniam podejście, że chcę się naprawdę wyrwać z klatki rezerwowego, w której byłem w Orlando. Samo wejście do szatni okazało się zupełnie naturalne - przedstawiałem się chłopakom, choć znałem już wcześniej nieźle Hakima Warricka i Hilla. Najszybciej skumplowałem się z Goranem Dragiciem, a potem z Frye'em, który siedzi obok mnie w szatni. Atmosfera w drużynie jest super. Czuję się w niej bardzo dobrze.

Po jednym z pierwszych meczów w Suns zaczął pan głośno narzekać na grę drużyny w obronie, porównywał pan ją do Magic, sugerował, że może pomóc nowym kolegom w zrozumieniu różnych rzeczy. Czy nie za wcześnie wyszedł pan przed szereg?

- Myślę, że nie. Nie było tak, że rzucałem nazwiskami. Po jakimś czasie jeden z menedżerów powiedział mi, że dobrze, że ktoś wreszcie głośno powiedział o problemach drużyny, szkoda tylko, że byłem to ja, nowy koszykarz, bo to mogło obniżyć u niektórych moje notowania. Ale stawiam sprawę jasno - przyszedłem tu, żeby pomóc Suns w lepszej grze. I nie lubię sztucznego gadania - jeśli wchodzę do szatni po meczu, w którym zostaliśmy stłamszeni przez słaby zespół na własnym boisku, to co mam mówić? Że znów brakowało nam energii i zagraliśmy słaby mecz? Może inni tak potrafią, ale ja nie. Byliśmy tragiczni i powiedziałem to wprost. Gdy ja zagram słabo, to też szczerze powiem, że zostałem zniszczony przez rywala.

Po kilku tygodniach przestał pan mówić, zaczął pan grać. To trochę tak, jak na początku eliminacji do mistrzostw Europy, kiedy wziął się pan do roboty po porażce z Gruzją.

- Denerwowało mnie wtedy w kadrze wiele rzeczy, ale niepotrzebnie martwiłem się o rzeczy niezwiązane wprost z graniem, które były w sumie poza mną. Potem skoncentrowałem się jednak na sobie i było lepiej. W Phoenix, przyznaję, przespałem pierwsze tygodnie, kiedy dostałem szansę gry po 30 minut. Nie wykorzystałem jej, ale znów skupiłem się na sobie i na każdym kolejnym meczu.

Adrenalina i akcje ze Steve'em

Jaki jest pana największy atut na boisku?

- Atletyzm i przygotowanie fizyczne. Moim zdaniem nie ma w NBA wielu środkowych, którzy mogą mi dorównać pod względem szybkości, dynamiki, skoczności i wytrzymałości. W pojedynczych aspektach tak, ale w połączonych już niekoniecznie.

Znakiem rozpoznawczym w ataku obok Nasha jest jednak tzw. pick and roll, czyli akcja, w której wysoki stawia zasłonę rozgrywającemu, a potem odwraca się w kierunku kosza, oczekując na podanie. Gdzie się pan tego nauczył?

- W kosza zacząłem grać późno, miałem braki w technice, a to było jedno z najłatwiejszych zagrań do nauczenia się przez żółtodzioba. Trenerzy w Niemczech kazali mi stawiać zasłony, a potem odwracać się do podania.

Zagranie niby proste, ale nie każdy środkowy w NBA gra je tak skutecznie i widowiskowo. Proszę rozłożyć pick and rolla na czynniki pierwsze.

- Środkowy, najlepiej szybki i zwinny, musi zablokować rozgrywającego rywali, tak by ten nie mógł upilnować Nasha. Nasz rozgrywający musi być agresywny i dobrze rzucać - tak, jak Steve. Rzut jest ważny, bo wtedy pilnujący mnie obrońca musi na chwilę przejąć rozgrywającego, aby nie dopuścić do rzutu z czystej pozycji. Wtedy ja się odwracam do kosza i rozgrywający musi mieć wyczucie rytmu, świetnie panować nad piłką, żeby wykonać precyzyjne podanie, a jednocześnie zachować cierpliwość. Steve jest w tym mistrzem, potrafi wyskoczyć z piłką, teoretycznie mieć zamkniętą drogę do podania, a mimo to rzucić ją w ostatniej chwili nad obręcz.

Czyli więcej zależy od rozgrywającego?

- Pół na pół, bo bez środkowego, bez dobrej zasłony nie byłoby takiej akcji. Zasłona jest bardzo ważna - muszę zdecydowanie stanąć na drodze rozgrywającego rywali i uniemożliwić mu chwyty poniżej pasa. Niektórzy zahaczają ręką o moją nogę, żebym nie mógł się szybko odwrócić, inni próbują uderzyć w genitalia. Kiedy już wyczujesz przeciwnika i się odwracasz, też musisz pamiętać o cierpliwości. Od szybkości bardziej liczy się wyczucie czasu i stworzenie korytarza, którym rozgrywający może ci podać piłkę. Ja do perfekcji w tej akcji nie doszedłem, ale myślę, że potrafimy ze Steve'em rozegrać ją bardzo ładnie.

Gra pan po 30 minut, więc pojawia się zmęczenie, którego w Orlando pan nie doświadczał.

- To dla mnie coś nowego. Musiałem poważnie zmienić sposób przygotowywania się do meczu - dłużej się rozciągam, a tuż przed meczem bardzo mocno rozgrzewam na boisku - robię wsady, skaczę wysoko, oddaję dużo rzutów. Taki intensywny minitrening. Do tego dochodzi adrenalina, która mnie bardzo napędza. Bywam zmęczony, ale na meczu daję 110 proc. Wiem też, jak regenerować ciało po spotkaniu. Wiem, czego potrzebuję. To też cenne doświadczenie.

Gdyby utrzymał pan poziom z końca stycznia przez kilka miesięcy, byłby pan kandydatem do występu w Meczu Gwiazd, który odbędzie się za tydzień.

- Nie myślę o tym, zresztą jeszcze na to za wcześnie. Chciałbym zagrać w Meczu Gwiazd, ale za dwa, może trzy lata. Bliżej końca kontraktu, żeby się wypromować.

  • 9

NBA tabela

Dywizja/ZespółZw.Por.bilans
EASTERN CONFERENCE
ATLANTIC DIVISION
New York54280.659
Brooklyn49330.598
Boston41400.506
Philadelphia34480.415
Toronto34480.415
CENTRAL DIVISION
Indiana49320.605
Chicago45370.549
Milwaukee38440.463
Detroit29530.354
Cleveland24580.293
SOUTHEAST DIVISION
Miami65160.805
Atlanta44380.537
Washington29530.354
Charlotte21610.256
Orlando20620.244
WESTERN CONFERENCE
NORTHWEST DIVISION
Oklahoma60220.732
Denver57250.695
Utah43390.524
Portland33490.402
Minnesota31510.378
PACIFIC DIVISION
LA Clippers56260.683
Golden State47350.573
LA Lakers45370.549
Sacramento28540.341
Phoenix25570.305
SOUTHWEST DIVISION
San Antonio58240.707
Memphis56260.683
Houston45370.549
Dallas41410.500
New Orleans27550.329