W niedzielę
Polska na własne życzenie przegrała w Belgii 67:70 mecz decydujący o bezpośrednim awansie na przyszłoroczne finały na Litwie. Ostatnia szansa będzie za rok w sierpniowym barażu - z 10 drużyn na ME awansuje jednak zaledwie jedna. Będzie to o wiele trudniejsze niż wygranie grupy z Belgią, Bułgarią, Gruzją i Portugalią, w której Polska zajęła dopiero czwarte miejsce.
Łukasz Cegliński: Dlaczego Polska przegrała? Marcin Gortat: Nie wykorzystaliśmy potencjału, nie potrafiliśmy uczyć się na własnych błędach i zmarnowaliśmy szansę, którą dali nam rywale. Kontuzje kilku podstawowych zawodników nas zraniły, wyrwanych ogniw nie udało się zastąpić, ale nawet mimo to powinniśmy byli awansować.
Za zmarnowanie potencjału odpowiada trener Igor Griszczuk, który popełnił wiele błędów. - Dostał szansę prowadzenia reprezentacji i nie dziwię się, że chciał ją wykorzystać. Nie udało mu się, ale to nie on jest jedynym winowajcą naszej porażki.
Przed eliminacjami mówił pan, że Griszczuk to w porównaniu z poprzednim selekcjonerem Mulim Katzurinem duży skok jakościowy. Co pan powie teraz? - Gryzę się w język. Popełniłem błąd, za szybko oceniając Griszczuka, co nie znaczy, że jest słabym trenerem.
Widzi pan Griszczuka w roli trenera w przyszłym roku? - Będzie ciężko. To miły człowiek i otwarty trener, w porównaniu z Katzurinem umie słuchać i przyjmuje uwagi zawodników.
Po porażce z Portugalią powiedział pan jednak w obecności trenera, że przegraliście przez niego. - Uważam, że trener nie może sobie pozwolić na popełnienie faulu technicznego w zaciętym meczu, co jednopunktową przewagę zamienia w trzy punkty straty. Ale ja też w Portugalii popełniałem błędy - miałem aż sześć strat, które miały znaczenie.
Czego w tych eliminacjach zabrakło przede wszystkim? - Drugiego rozgrywającego, który zastąpiłby kontuzjowanego Krzyśka Szubargę. Szczególnie w wyjazdowych meczach w Portugalii i w niedzielę w Belgii.
W Polsce jest zaledwie kilku rozgrywających, którzy mogą próbować grać na europejskim poziomie. - Chodzi o gracza, który umie kozłować prawą i lewą ręką, i potrafiłby przynajmniej przeprowadzić piłkę przez połowę. Robert Skibniewski, Iwo Kitzinger czy Tomasz Śnieg takimi zawodnikami są i z tej trójki można było kogoś wziąć. To, że do roli kozłującego przesunięto Thomasa Kelatiego, który rozgrywającym nie jest, było jednym z największych błędów trenera. Nic nie zyskaliśmy, a straciliśmy Thomasa w roli świetnego obwodowego, który rozciągał grę.
Ale na niektóre rzeczy trener nie miał wpływu - po kontuzji Michała Chylińskiego dzwoniono po Pawła Kikowskiego, ale odmówił, tłumacząc się wakacjami, choć wiedział, że jest w rezerwie. Ktoś powinien wyciągnąć wobec niego konsekwencje.
W poprzednich latach zdarzało się jednak, że pan i Maciej Lampe też omijaliście kadrę. Czy nie jest tak, że reprezentacja, która gra tylko w wakacje, jest dla koszykarzy kulą u nogi? - Powinni w niej grać najlepsi, choć grający w silnych ligach zagranicznych nie nauczą się w kadrze niczego, czego nie widzieliby w klubie. Dla koszykarzy z ligi polskiej, którzy w europejskich pucharach grają sporadycznie, kadra powinna być szansą na pożyteczne treningi, naukę, postęp i promowanie się w obserwowanych rozgrywkach. Muszą być jednak spełnione warunki najlepsze z możliwych, a tak nie jest, bo np. przed najważniejszymi meczami eliminacji zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami jeden z asystentów trenera jedzie przygotowywać swój klub do sezonu. Po pierwszym meczu z Gruzją odsyła się do domu trenera przygotowania fizycznego, argumentując to zmianą systemu trenowania, a po kilku dniach zaprasza się go z powrotem.
Czyja to była decyzja? - Nie wiem, ale to nieporozumienie. Podobnie jak nasze podróże do Gruzji i Portugalii. 30 godzin bez snu, podczas których przygotowujemy się do spotkania, gramy mecz, wracamy do hotelu, podróżujemy kilka godzin autokarem, a potem samolotem, kolejne godziny spędzamy na lotnisku, czekając na przesiadkę, a na koniec - już w Polsce - podróżujemy autokarem z lotniska do miasta, gdzie mamy bazę. To niedopuszczalne. Podobnie jak zakwaterowanie w bułgarskim hotelu, a raczej motelu, i problemy z jedzeniem i pralnią w Gruzji. To szczegóły, na które nie chcę zwalać winy za porażki, ale pewne standardy obowiązują. W związku nikt się jednak tą sprawą nie zajął.
Prezes PZKosz Roman Ludwiczuk mówi, że związek nie ma pieniędzy na wygodniejsze podróże i lepszego trenera. - Nie rozumiem filozofii ściągania na eliminacje najlepszych zawodników przy jednoczesnym braku zapewnienia im jak najlepszych warunków do gry - szkoleniowych, logistycznych, każdych. Pojechaliśmy do Bułgarii po zwycięstwo, w trzeciej kwarcie prowadzimy 14 punktami, wyglądamy na drużynę, która musi wygrać. Przegrywamy jednak w końcówce i widzę, że rywale grają mądrze, wykorzystują potencjał drużyny. Coś jest nie tak... Po meczu stoję zdenerwowany przy szatni i spotykam Svetislava Pesicia [jeden z najlepszych trenerów w Europie], który jest koordynatorem w reprezentacji Bułgarii. Rozmawiam z nim i myślę: "Zaraz, zaraz - to ich stać na zatrudnienie Pesicia, a nas nie stać na komplet asystentów?!". Pytam Pesicia: "Trenerze, nie wolałby pan prowadzić Polski?". A on mruga okiem i mówi: "Marcin, zastanów się...". Mamy w Polsce zawodników, którzy są lub byli w
NBA, mamy takich, którzy występują w silnych klubach europejskich, ale Pesić nie chciał pracować u nas, bo to nauczyciel, który chce wychowywać długofalowo, a nie trenować reprezentację przez jedną trzymiesięczną akcję. Tylko tyle proponowano mu w Polsce.
Co pana w tych eliminacjach najbardziej zdenerwowało? - Brak profesjonalizmu mediów, które po pierwszych porażkach informowały, że Gortat pompuje balony. Co miałem mówić przed eliminacjach - że przegramy pięć meczów z rzędu?
Przypomnę pana słowa: "Jeśli nie wygramy z takimi zespołami, to może powinniśmy dać sobie spokój z koszykówką". Jak się pan do tego odniesie teraz? - Znów ugryzę się w język i będę ostrożniejszy w mówieniu o tym, czego kontrolować nie mogę. Zajmę się wyłącznie swoją grą, ale ja zawsze wierzę, że można wygrać mecz czy eliminacje. Po to tu przyjeżdżam.
Zespół też w to wierzył? - Nie wiem. Czasami miałem wrażenie, że brakowało koncentracji, choć w poszczególnych meczach każdy z nas wykonał kawał dobrej roboty. Ja kompletnie zawaliłem pierwszy mecz z Gruzją, ale postanowiłem skoncentrować się na swojej robocie i myślę, że czyny mówiły za mnie lepiej niż słowa. Uważam, że rozegrałem życiowy sezon w reprezentacji, bardzo poprawiłem grę w ataku. Media zaczęły jednak szukać nowego lidera i wybrały Maćka Lampego, bo rzucał najwięcej punktów.
Po porażce w Gruzji to on najgłośniej mówił o tym, że musicie się wziąć do roboty. - Maciek dorósł i zrobił duży postępy - jest silniejszy fizycznie, lepiej zbiera i gra w ataku. Ale nie jestem pewny, czy on może już dźwigać ciężar bycia liderem.
Spędził pan w Polsce dwa miesiące - jesteśmy krajem z solidnymi koszykarskimi podstawami czy zaściankiem niezdolnym do wygrywania? - Brakuje nam autorytetów w związku i w reprezentacji.
Charyzmatycznych prezesa i trenera? - Dokładnie. Mamy zawodników niezbędnych do stworzenia silnego zespołu. Ja, Maciek i Thomas gramy w dobrych klubach najsilniejszych lig na świecie, jesteśmy tam szanowani. Postępy robi Prokom, który ostatnio świetnie zagrał w Eurolidze, mamy 17-letnich wicemistrzów świata. Nie jesteśmy Ukrainą, Szwajcarią czy Finlandią - mamy perspektywy i możemy coś osiągnąć. Nie mamy jednak liderów poza boiskiem i dlatego walimy głową w ścianę.
Za rok w barażach będziemy w nią bezskutecznie walić dalej czy awansujemy do mistrzostw Europy? - Wszystko będzie zależeć od ludzi, którzy kierują koszykówką. Przecież co roku nie można popełniać tych samych błędów. Zawodnicy i media powinni nalegać, żeby i związkiem, i reprezentacją kierowały osoby z pasją i kwalifikacjami. Takie, które wiedzą, jak osiągnąć sukces.
Chce pan zagrać w kadrze za rok? - Obiecać, że przyjadę, nie mogę, bo to zależy także od moich pracodawców w NBA, ale chciałbym znów zagrać w reprezentacji, choć to, co wydarzyło się w tym sezonie, trochę mnie zraziło i zmniejszyło motywację.
Thomas Kelati po porażce w Belgii osobiście przeprosił każdego z zawodników. - Thomas to bardzo koleżeński i inteligentny człowiek. Zabrakło go w kilku meczach w jego roli - to jego rozgrywanie było niepotrzebne. Ma o wiele większe atuty. Nie wykorzystaliśmy go tak, jak mogliśmy. Ale on chce grać w kadrze. Zresztą zapowiedziałem mu, że jak ucieknie z polskim paszportem, i tak go znajdę.
Co się panu w kadrze podobało? - Dardan Berisha i Adam Hrycaniuk. To wielkie odkrycia sezonu. Dardan jest niepokorny, nie lubi słuchać starszych i to może go kiedyś w karierze zranić, ale ma ogromny talent. Jest odważny, pracowity i jest urodzonym strzelcem. A Hrycaniuk jest w takiej samej sytuacji jak ja w Orlando - gdyby nie Dwight Howard, grałbym dużo. Gdyby nie Gortat w kadrze, Hrycaniuk byłby podstawowym zawodnikiem. Warto zwrócić też uwagę na Łukasza Majewskiego, który miał wkład w zwycięstwa i powinien grać w kadrze w kolejnych latach. Cieszę się też, że kibice nas dopingowali do końca. Mimo słabych wyników czuć, że zainteresowanie koszykówką jest spore.
Gortat najlepszy Środkowy reprezentacji zaczął eliminacje od słabiutkiego meczu w Gruzji (10 punktów, trzy zbiórki), ale w pozostałych siedmiu spotkaniach grał bardzo dobrze. Przeciwko Belgii w
Łodzi ustanowił swój punktowy rekord kariery (29), z silną pod koszem Gruzją miał cztery bloki. W ośmiu meczach grał średnio po 34 minuty i zdobywał po 18 punktów, 8,9 zbiórki oraz 2,3 bloku. Trafił 65 proc. rzutów z gry i 81 proc. z wolnych.
Drugim strzelcem reprezentacji był Maciej Lampe (16,6 punktu), a trzecim Thomas Kelati (12,8).