Rezerwowy środkowy Orlando Magic zagrał w tym sezonie w 47 meczach - opuścił tylko jeden ze względu na grypę. Gortat jest zmiennikiem Dwighta Howarda - rzuca po 3,5 pkt, ma 3,8 zbiórki na mecz, ale gra średnio tylko po 13 min, co go nie zadowala. Polak nie ma jednak szans na zastąpienie Howarda w pierwszej piątce. Jedyną szansą na częstszą grę byłby transfer do innego klubu.
Łukasz Cegliński: 18 lutego kończy się w NBA okres transferowy - będą zmiany w Magic? Marcin Gortat: Nie zanosi się na żadne transfery, bo jesteśmy zespołem kompletnym. Potrzebujemy tylko czasu, żeby się zgrać, żeby nowi zawodnicy wpasowali się do naszego stylu gry.
Załóżmy, że Magic dążą jednak do wymiany z udziałem Gortata. Pan ma prawo weta i może zastopować w tym sezonie niechciany transfer. Użyłby go pan? - Szczerze mówiąc, to nie jestem pewny, czy mam takie prawo. Nie sprawdziłem dokładnie kontraktu, wie to na pewno mój agent. Nie byłoby mi łatwo odejść z Magic - zacząłem tu sezon i chciałbym dokończyć niezależnie od tego, czy wygrywamy, czy przegrywamy. Transfer z moim udziałem mógłby jednak przynieść korzyści dla obu stron - ja trafiłbym do zespołu, gdzie grałbym więcej, a Magic pozyskaliby zawodnika, który przydałby się drużynie.
Podpisał pan wielomilionowy kontrakt, ale teoretycznie jest niewolnikiem klubu - zmiennikiem Dwighta Howarda może być pan przez najbliższe pięć lat. - W pewnym sensie jestem uwięziony, ale mogę przecież walczyć o większą liczbę minut na boisku, mogę starać się przejść na pozycję wysokiego skrzydłowego. W tym sezonie będzie o to ciężko, ale myślę, że w późniejszym czasie szefowie klubu zrozumieją, że mnie blokują i dojdziemy do jakiegoś porozumienia. Teraz najważniejsze dla mnie, żeby Magic zdobyli mistrzostwo.
Kilka tygodni temu wspomniał pan, że chce porozmawiać z trenerem Stanem Van Gundym o swojej roli w zespole. - Ostatecznie do tego nie doszło. Moja sytuacja zmienia się z meczu na mecz, w kilku ostatnich spotkaniach zastępowałem Howarda na dłużej, ale zdarzają się jednak też takie mecze, w których on gra na bardzo wysokim poziomie, a ja wchodzę na kilka minut. Uważam jednak, że w kilku spotkaniach pokazałem swoje umiejętności. Wiem, czego oczekuje ode mnie trener, i staram się tę funkcję spełniać. Od poprzedniego sezonu nic się nie zmieniło - obrona, zbiórki, bieganie, walka. Rezerwowy Gortat jest od czarnej roboty.
Pański agent miał rozmawiać o pańskiej sytuacji z dyrektorem generalnym Magic Otisem Smithem. - Zabroniłem mu. To nie jest droga, którą powinniśmy podążać. O minuty na parkiecie będę sam walczył na boisku.
Wyobraża pan sobie, że wzorem np. Allena Iversona, odmawia pan gry w zespole i żąda transferu? - Nie ma o tym mowy. Niezależnie od sytuacji mojej czy klubu nigdy nie odmówię gry. Nie zostałem wychowany na koszykarza, który zachowuje się w ten sposób.
Na początku sezonu grał pan średnio po 20 min w meczu, ale nie był tak efektywny jak w poprzednich rozgrywkach. Dlaczego? - Byłem trochę zmęczony mentalnie, a graliśmy z drużynami, z którymi zawsze idzie mi ciężko. Nie szukam jednak wymówek, miałem mniej energii i byłem po prostu słabszy. Sezon jest bardzo długi - wzloty i upadki będą się zdarzać.
Traktuje pan ten nieudany początek w kategoriach niewykorzystanej szansy? - Nie, bo i tak było pewne, że kiedy Rashard Lewis wróci z zawieszenia, to zajmie swoją pozycję.
Finał NBA, treningi z dziećmi w Polsce, zgrupowanie kadry, EuroBasket, przygotowania do sezonu - miał pan w pewnym momencie dosyć koszykówki? - Miałem momenty, w których nie było mi łatwo. Wstawanie na treningi i mecze, ta cała rutyna - trochę mnie to dobijało, miałem dosyć. Zmieniałem sposób treningu, próbowałem robić inne rzeczy, aby się ożywić. Kto wie, może to miało wpływ na to, że słabiej prezentowałem się na boisku? Ten okres zmęczenia mentalnego już jednak minął.