EuroBasket 2009: Turcy rozbili polską husarię Rozmowa z Michałem Micielskim*
Szymon Bujalski: Bycie asystentem Marcina Gortata jest w ostatnim czasie chyba trudniejsze niż bycie samym Gortatem... Michał Micielski: Aż tak ciężko nie jest (śmiech). Wyręczam Marcina w codziennych obowiązkach. Staram się robić wszystko, by mógł się skupić tylko na koszykówce.
Czyli na przykład? Moim zadaniem jest kontakt z mediami, więc jeśli ktoś chce umówić się na wywiad lub zorganizować sesję zdjęciową, tego typu sprawy przechodzą właśnie przeze mnie.
Trwają mistrzostwa Europy, a co za tym idzie - Marcin na dłużej zawitał do Polski. Większego natłoku pracy już chyba być nie może. - Jest szaleństwo i tego ukryć się nie da. A w trakcie ważniejszych imprez, jak obecne mistrzostwa Europy, jest ono odczuwalne jeszcze bardziej. Zwłaszcza że Marcin jest czołową postacią naszej reprezentacji. Zainteresowanie ze strony mediów jest bardzo duże. Ale nie tylko mediów, bo kibice również z pewnością to dostrzegają. Wystarczy spojrzeć na ulice Łodzi -
Marcin Gortat na przystankach autobusowych, na plakatach, na billboardach, a nawet na graffiti. Musimy sobie z tym radzić (śmiech).
I radzicie sobie? - Radzimy. Marcin nie jest człowiekiem, który chciałaby mieć święty spokój. Wręcz przeciwnie - lubi być zaczepiany i lubi, kiedy ludzie się nim interesują. Wiadomo, że kiedyś może mu się to znudzić, ale póki co się na to nie zanosi (śmiech).
Jak to jest możliwe, że po dziesiątkach wywiadów i tysiącach rozdanych autografów Marcin wciąż ma siłę, by z uśmiechem na ustach odpowiadać na te wszystkie pytania? - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale myślę, że można na to odpowiedzieć jednym zdaniem: Marcin jest po prostu odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Sam zdążyłem już nieraz odczuć, że zaraża innych swoją energią. I to nie tylko fanów koszykówki, ale również dzieci i rodziców, czego najlepszym przykładem były niedawne Campy [cykl jednodniowych imprez dla dzieci w siedmiu miastach-gospodarzach mistrzostw Europy - przyp. red.]. Teraz postawił sobie za cel promocję koszykówki w naszym kraju. Widać, że sława go nie męczy. Od początku swojej kariery chciał osiągnąć sukces w koszykówce i to mu się udało. Chociaż on sam uważa inaczej, bo - jak mówi - musi jeszcze zdobyć pierścień za wygranie
NBA (śmiech). Pewnie niejednemu człowiekowi po takim sukcesie woda sodowa uderzyłaby do głowy, ale nie Marcinowi. W tym całym zamieszaniu wciąż pozostaje sobą.
Mówi Pan, że woda sodowa Marcinowi do głowy nie uderzyła. Jest pewność, że nie uderzy? - Do tej pory nie było takich oznak i wątpię, by miało to się zmienić. Aczkolwiek jeśli kiedyś coś takiego zaczęłoby się dziać, to są obok niego bliskie osoby, jak ja czy Filip Kenig [menedżer i dobry kolega Gortata - przyp. red.]. Marcin powtarzał mi wiele razy, że jeśli zauważę oznaki "sodówki", to mam go od razu sprowadzić na ziemię.
Jak został Pan asystentem Marcina? - Grałem w ŁKS-ie, kiedy on do niego dołączył. Polubiliśmy się od pierwszego treningu i na każde kolejne jeździliśmy już razem. Często spotykaliśmy się poza boiskiem i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Marcin po roku wyjechał grać do Niemiec, ale nasz kontakt się nie urwał. Dzwonił do mnie ze wszystkimi problemami, a ja odwiedzałem go w Niemczech. Myślę, że w Stanach bardziej niż asystenta potrzebował kogoś bliskiego.
Długo się Pan zastanawiał nad wyjazdem? - Nie było tak, że skakałem w górę po usłyszeniu tej propozycji. Dwa lata temu straciłem ojca, a gdy Marcin zaproponował mi wyjazd, to była jeszcze bardzo świeża sprawa. Moja mama zostałaby sama i zastanawiałem się, czy da sobie radę. Tak naprawdę całą decyzję o wyjeździe zostawiłem więc jej. Powiedziała, żebym wyjechał i tak zrobiłem. Jadąc do Stanów, chciałem również z góry wiedzieć, jakie będą moje obowiązki. Nie widziało mi się siedzieć w Orlando i nic nie robić. A ciężko mi było uwierzyć w to wszystko, co mówił Marcin. Gdy wyjeżdżałem, nie był przecież jeszcze żadną gwiazdą, więc kiedy powiedział mi, że będę kontaktował się z mediami, myślałem, że porozmawiam z kimś raz na miesiąc i tyle. Cóż, teraz już tak nie myślę (śmiech).
Czym zajmował się Pan na początku? - Musiałem "połapać" kontakty ze wszystkimi mediami i powoli zapoznawać się z tym światem. Zdarzało się również, że dzwoniłem po taksówkę i zajmowałem się wieloma innymi drobnymi rzeczami. Ale to nie działa na zasadzie "pan każe, sługa musi". Przede wszystkim jesteśmy przyjaciółmi.