Sport.pl

Gortat - Od "drewna" do gwiazdy NBA

Gdy zaczynał grać w koszykówkę w wieku 18 lat, nawet kozłowanie mu średnio wychodziło. No dobra, nazywajmy rzeczy po imieniu: w ogóle nie umiał kozłować. Nawet trener nie pozwalał mu tego robić w trakcie meczu - opowiada, śmiejąc się asystent Marcina Gortata, polskiej gwiazdy NBA.
EuroBasket 2009: Turcy rozbili polską husarię

Rozmowa z Michałem Micielskim*

Szymon Bujalski: Bycie asystentem Marcina Gortata jest w ostatnim czasie chyba trudniejsze niż bycie samym Gortatem...

Michał Micielski: Aż tak ciężko nie jest (śmiech). Wyręczam Marcina w codziennych obowiązkach. Staram się robić wszystko, by mógł się skupić tylko na koszykówce.

Czyli na przykład?

Moim zadaniem jest kontakt z mediami, więc jeśli ktoś chce umówić się na wywiad lub zorganizować sesję zdjęciową, tego typu sprawy przechodzą właśnie przeze mnie.

Trwają mistrzostwa Europy, a co za tym idzie - Marcin na dłużej zawitał do Polski. Większego natłoku pracy już chyba być nie może.

- Jest szaleństwo i tego ukryć się nie da. A w trakcie ważniejszych imprez, jak obecne mistrzostwa Europy, jest ono odczuwalne jeszcze bardziej. Zwłaszcza że Marcin jest czołową postacią naszej reprezentacji. Zainteresowanie ze strony mediów jest bardzo duże. Ale nie tylko mediów, bo kibice również z pewnością to dostrzegają. Wystarczy spojrzeć na ulice Łodzi - Marcin Gortat na przystankach autobusowych, na plakatach, na billboardach, a nawet na graffiti. Musimy sobie z tym radzić (śmiech).

I radzicie sobie?

- Radzimy. Marcin nie jest człowiekiem, który chciałaby mieć święty spokój. Wręcz przeciwnie - lubi być zaczepiany i lubi, kiedy ludzie się nim interesują. Wiadomo, że kiedyś może mu się to znudzić, ale póki co się na to nie zanosi (śmiech).

Jak to jest możliwe, że po dziesiątkach wywiadów i tysiącach rozdanych autografów Marcin wciąż ma siłę, by z uśmiechem na ustach odpowiadać na te wszystkie pytania?

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale myślę, że można na to odpowiedzieć jednym zdaniem: Marcin jest po prostu odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Sam zdążyłem już nieraz odczuć, że zaraża innych swoją energią. I to nie tylko fanów koszykówki, ale również dzieci i rodziców, czego najlepszym przykładem były niedawne Campy [cykl jednodniowych imprez dla dzieci w siedmiu miastach-gospodarzach mistrzostw Europy - przyp. red.]. Teraz postawił sobie za cel promocję koszykówki w naszym kraju. Widać, że sława go nie męczy. Od początku swojej kariery chciał osiągnąć sukces w koszykówce i to mu się udało. Chociaż on sam uważa inaczej, bo - jak mówi - musi jeszcze zdobyć pierścień za wygranie NBA (śmiech). Pewnie niejednemu człowiekowi po takim sukcesie woda sodowa uderzyłaby do głowy, ale nie Marcinowi. W tym całym zamieszaniu wciąż pozostaje sobą.

Mówi Pan, że woda sodowa Marcinowi do głowy nie uderzyła. Jest pewność, że nie uderzy?

- Do tej pory nie było takich oznak i wątpię, by miało to się zmienić. Aczkolwiek jeśli kiedyś coś takiego zaczęłoby się dziać, to są obok niego bliskie osoby, jak ja czy Filip Kenig [menedżer i dobry kolega Gortata - przyp. red.]. Marcin powtarzał mi wiele razy, że jeśli zauważę oznaki "sodówki", to mam go od razu sprowadzić na ziemię.

Jak został Pan asystentem Marcina?

- Grałem w ŁKS-ie, kiedy on do niego dołączył. Polubiliśmy się od pierwszego treningu i na każde kolejne jeździliśmy już razem. Często spotykaliśmy się poza boiskiem i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Marcin po roku wyjechał grać do Niemiec, ale nasz kontakt się nie urwał. Dzwonił do mnie ze wszystkimi problemami, a ja odwiedzałem go w Niemczech. Myślę, że w Stanach bardziej niż asystenta potrzebował kogoś bliskiego.

Długo się Pan zastanawiał nad wyjazdem?

- Nie było tak, że skakałem w górę po usłyszeniu tej propozycji. Dwa lata temu straciłem ojca, a gdy Marcin zaproponował mi wyjazd, to była jeszcze bardzo świeża sprawa. Moja mama zostałaby sama i zastanawiałem się, czy da sobie radę. Tak naprawdę całą decyzję o wyjeździe zostawiłem więc jej. Powiedziała, żebym wyjechał i tak zrobiłem. Jadąc do Stanów, chciałem również z góry wiedzieć, jakie będą moje obowiązki. Nie widziało mi się siedzieć w Orlando i nic nie robić. A ciężko mi było uwierzyć w to wszystko, co mówił Marcin. Gdy wyjeżdżałem, nie był przecież jeszcze żadną gwiazdą, więc kiedy powiedział mi, że będę kontaktował się z mediami, myślałem, że porozmawiam z kimś raz na miesiąc i tyle. Cóż, teraz już tak nie myślę (śmiech).

Czym zajmował się Pan na początku?

- Musiałem "połapać" kontakty ze wszystkimi mediami i powoli zapoznawać się z tym światem. Zdarzało się również, że dzwoniłem po taksówkę i zajmowałem się wieloma innymi drobnymi rzeczami. Ale to nie działa na zasadzie "pan każe, sługa musi". Przede wszystkim jesteśmy przyjaciółmi.

Niektórzy mogą uznać, że to jest właśnie oznaka "sodówki". Ludzie pomyślą sobie "proszę, proszę, taka gwiazda, że już nawet po taksówkę nie może zadzwonić".

- Tego typu drobnostki robię dlatego, że chcę Marcinowi pomagać, a nie dlatego, że muszę. Zdarza się, że Marcin prosi mnie, bym coś za niego zrobił, a ja jestem zajęty innymi sprawami i wtedy musi radzić sobie sam. Nie ma tak, że Marcin ma od wszystkiego ludzi. Tak jak powiedziałem na początku - wyręczam go w wielu rzeczach, np. jeżdżę do banku, by załatwić jakieś formalności, a gdy popsuje się samochód, odpowiadam za jego naprawę. Marcin skupia się na graniu w koszykówkę, a ja dbam, by wszystko inne miał zapewnione.

Czyli warto było wyjechać do Orlando?

- Jasne, że warto. Poznaję dużo ludzi związanych z koszykówką i nie tylko. Moim marzeniem kiedyś było zobaczyć mecz NBA - teraz to dla mnie codzienność. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Marcina na wakacje, byłem zachwycony, że mogłem uścisnąć rękę Patrickowi Ewingowi czy Vince'owi Carterowi [była i obecna gwiazda NBA - przyp. red.]. Ci ludzie są teraz moimi znajomymi. Żaden inny Polak nie ma takiej pracy, to coś pięknego.

Niektórzy mogą powiedzieć, że chce się Pan wypromować na Marcinie.

- Nie mam parcia na szkło, nigdzie się nie pcham. Chciałbym zawsze być krok za Marcinem. Nie chciałbym, żeby ktoś myślał, że jestem przyjacielem sukcesu Marcina. Tak nie jest i tak nigdy nie będzie. Marcin śmiał się nawet ze mnie, że za bardzo wczułem się w rolę asystenta i żebym nie traktował tego zbyt poważnie. Bo on mnie potrzebuje również jako przyjaciela. Ale wiadomo, że taka jest moja praca i chcę się wywiązywać z niej jak najlepiej.

Marcin z ŁKS-u w porównaniu do Marcina z Orlando bardzo się zmienił?

- W ŁKS-ie był jeszcze młody i niedojrzały. Teraz stał się bardziej odpowiedzialny i bardzo rozsądny. Zawsze zwraca uwagę na to, co robi i mówi. Zdaje sobie sprawę, kim jest i jaka wiążę się z tym odpowiedzialność.

Dwight Howard jest jedną z największych gwiazd NBA i głównym rywalem Marcina w walce o wyjściową "piątkę" Orlando. Mimo to często podkreśla, jak pozytywne relacje ich łączą. Naprawdę aż tak się lubią?

- Jasne, że tak. W NBA przyjęło się, że każdy pierwszoroczniak dostaje w klubie swojego opiekuna. Opiekunem Gortata był właśnie Howard. Na samym początku jego pobytu w Orlando Dwight zaprosił go do domu. Zostawił Marcina w ogromnej garderobie i powiedział, by wyniósł tyle garniturów, ile zdoła. Było ich naprawdę sporo. Tak dużo, że o pomoc w ich noszeniu musiał poprosić ochroniarzy Howarda (śmiech). Później wysyłał Marcinowi również pudła ze sportowymi ciuchami. Marcin zawdzięcza mu bardzo wiele, także jeśli chodzi o samą aklimatyzację.

Sześć lat temu pierwszy trener Marcina nazywał go "drewnem". Teraz jest wschodzącą gwiazdą NBA. Jak to możliwe?

- Nie będę cukrował i opowiadał o jego niesamowitym talencie, o tym, jak to w sześć lat z niczego doszedł do NBA. Bo nie do końca tak to wyglądało. Marcin zawsze miał atut wzrostu. Od młodych lat trenował jednak lekkoatletykę, a później piłkę nożną. Każdy taki trening wiele mu dawał. Dzięki lekkoatletyce jest jednym ze sprawniejszych centrów w NBA. Gdy zaczynał grać w koszykówkę w wieku 18 lat, to nawet kozłowanie mu średnio wychodziło... no dobra, nazywajmy rzeczy po imieniu: w ogóle nie umiał kozłować (śmiech). Nawet trener nie pozwalał mu tego robić w trakcie meczu (śmiech). Ale przyszedł do nas już jako ukształtowany sportowiec, który zaczął trenować inną dyscyplinę. Zakochał się w koszykówce i wtedy znać dały o sobie jego cechy: upartość i dążenie do celu. W tych kwestiach jest wręcz niesamowity. Ciężkie treningi, poranne wstawanie, zero alkoholu i jakichkolwiek używek - to dla niego codzienność. Marcin to urodzony człowiek sukcesu. Jeśli nie grałby w koszykówkę, to odniósłby sukces w czymś innym.

* Michał Micielski ma 25 lat. Jest asystentem i przyjacielem Marcina Gortata.



NBA tabela

Dywizja/ZespółZw.Por.bilans
EASTERN CONFERENCE
SOUTHEAST
Miami1660.727
Orlando11110.500
Charlotte9150.375
Washington7140.333
Atlanta5170.227
ATLANTIC DIVISION
Boston1650.762
Toronto1560.714
Philadelphia1670.696
Brooklyn13100.565
New York4190.174
CENTRAL
Milwaukee2030.870
Indiana1580.652
Detroit9140.391
Chicago8150.348
Cleveland5170.227
WESTERN CONFERENCE
SOUTHWEST
Dallas1660.727
Houston1570.682
San Antonio9140.391
Memphis6160.273
New Orleans6170.261
PACIFIC
L.A. Lakers2030.870
L.A. Clippers1670.696
Phoenix10120.455
Sacramento8130.381
Golden State5190.208
NORTHWEST
Denver1470.667
Utah13100.565
Minnesota10110.476
Oklahoma City9120.429
Portland9140.391