Blog Łukasza Ceglińskiego: Obrona mistrzów, czyli Magic bezradni Polski środkowy zaliczył epizody w każdej kwarcie - ich efektem były dwie zbiórki w obronie, przechwyt i dwa faule. Gortat nie oddał żadnego rzutu, choć raz po podaniu Hedo Turkoglu powinien skończyć akcję lewym półhakiem. Piłkę wybił mu jednak Paul Pierce.
Gortat kilka razy pozwolił na zbiórki w ataku aktywnym pod tablicą Kendrickowi Perkinsowi i Glenowi Davisowi. Takie wpadki zdarzały się także słabszemu niż zwykle Dwightowi Howardowi.
Celtics w lepszym rytmie Do spotkania na szczycie
NBA oba zespoły podchodziły w innym rytmie - Celtics, po kiepskim momencie, w którym przegrali aż 7 z 9 meczów, doszli do siebie i zwyciężyli w sześciu kolejnych spotkaniach. W Orlando zagrali z marszu, bo dzień wcześniej mieli spotkanie w Miami (pewna wygrana 98:83).
Z kolei Magic, po siedmiu zwycięstwach z rzędu, po znakomitym tournee po zachodzie
USA (wygrane z San Antonio, Sacramento, LA Lakers i Denver), mieli aż cztery dni przerwy. Byli nieco rozluźnieni, bo trener Stan van Gundy zmodyfikował plan treningowy tak, aby lider zespołu Dwight Howard mógł uczestniczyć w Waszyngtonie w zaprzysiężeniu Baracka Obamy.
Czy ten inny rytm gry w ostatnich dniach miał kluczowe znaczenie dla gry obu drużyn? Wydaje się, że tak, bo Magic prezentowali się zupełnie inaczej niż w poprzednich spotkaniach.
Przede wszystkim - pudłowali z dystansu. Koszykarze, którzy w całej lidze najlepiej trafiają za trzy punkty, w pierwszej połowie wykorzystali tylko 3 z 14 prób, a w sumie - 7 z 22. Regularnie udawało się to tylko wysokiemu Turkoglu - pozostałym strzelcom trudno było trafiać rzuty pod presją. Drużyna, która w czterech ostatnich wyjazdowych meczach wykorzystała aż 60 ze 113 prób, straciła wielki atut.
Wydajni mistrzowie Straciła, bo Celtics bardzo dobrze bronili. Mistrzowie NBA są najlepsi w lidze pod względem "wydajności defensywnej" - na 100 posiadań piłki rywala pozwalają mu zdobyć 96,7 punktu. Magic w porównaniu z poprzednim sezonem zrobili w defensywie ogromny postęp i w tej klasyfikacji są na trzeciej pozycji (97,5), ale w czwartek to goście robili z obrony lepszy użytek.
W ataku Celtics - inaczej niż w spotkaniu z Miami - w ogóle nie próbowali rzucać z dystansu. Taktyka Magic nie wymuszała na nich wykorzystywania miejsca na obwodzie, więc goście w całym meczu oddali zaledwie sześć rzutów za trzy.
Koszykarze z Bostonu często punktowali za to z półdystansu lub kilku metrów - w pierwszej połowie trafiał szczególnie Pierce (w sumie 27 punktów), swoje zrobił też Rajon Rondo, który w pojedynku rozgrywających przyćmił na początku meczu Jameera Nelsona. Goście prowadzili od początku meczu. W drugiej połowie ich przewaga sięgała kilkunastu punktów.
Magic jak z Pistons Celtics, w porównaniu z tym, czego doświadczali Magic, w ataku grało się dość łatwo. Akcja w połowie trzeciej kwarty, kiedy Pierce minął Turkoglu i wobec braku pomocy z łatwością wsadził piłkę do kosza, była najbardziej wymownym przykładem defensywnego rozkładu Magic w tym meczu.
Gospodarze nie przeforsowali swojego stylu gry w ataku, który polega na odciążeniu obwodu "za pomocą" Howarda. Sam środkowy Magic w ataku grał słabo (11 punktów, 4/10 z gry, 4 straty), a na dodatek łapał niepotrzebne przewinienia.
Momentami gra Magic przypominała szamotanie się w zeszłorocznej przegranej serii play-off przeciwko Detroit Pistons. Bezproduktywny Howard, Rashard Lewis wyłączony na obwodzie i zmuszony do nielubianej przez siebie gry bliżej kosza. Robiący furorę w ostatnich tygodniach Nelson przez trzy kwarty był zupełnie niewidoczny.
Davis lepszy niż Howard Koszykarze z Orlando straty zmniejszali przeważnie po trójkach Turkoglu. Ale w takich momentach geniusz pokazywali Pierce albo Ray
Allen i Magic nie mogli dojść naprawdę blisko Celtics.
Testem ostatecznym miała być końcówka - na wyjazdach przeciwko Spurs i Lakers właśnie w ostatnich kwartach Magic wyrywali wygraną. Jednak w czwartek zamiast pogoni gospodarzy doszło do popisu rezerwowego środkowego Celtics Glena Davisa.