Sport.pl

Julian Alaphilippe. Ostatnia nadzieja Francuzów

Stracił żółtą koszulkę na La Planche des Belles Filles, ale stało się to po takiej bitwie, że Francuzi nie stracili nadziei: być może wreszcie mają kolarza, który już nie dopuści, by Tour de France jechał bez francuskiego lidera przez 99 etapów. Mają Juliana Alaphilippe.

Nazywają go z powodu zawadiackiej bródki D’Artagnanem. Styl na rowerze też ma zawadiacki, mówią o nim, że jest kolarzem z dawnych czasów: nie wpatruje się cały czas w ekranik ze wskaźnikami mocy, lubi zdać się na instynkt. Jeździł kiedyś z Michałem Kwiatkowskim w Omega Pharma-Quick Step i bywają porównywani do siebie. Obaj zmierzają w podobnym kierunku: od specjalizacji w wyścigach klasycznych do coraz ważniejszej roli w etapówkach i Wielkich Tourach. Ale w tym podobnym kierunku zmierzają jednak innymi drogami. Kwiatkowski postawił na żmudny rozwój w niemal klasztornej regule zespołu Ineos (do niedawna Sky). A Julian Alaphilippe dostał od Patricka Lefevere’a w Deceuninck-Quick Step wolną rękę w poszukiwaniu rozwiązań możliwie najbardziej kreatywnych. Jego sukces polega na podejmowaniu nieustannych prób ataków w okolicznościach, które dla innych wiązałyby się ze zbyt dużym ryzykiem. Szczególnie upodobał sobie zjazdy, które coraz częściej okazują się kluczowe dla przebiegu rywalizacji.

Bardzo często do walki motywuje Francuza gniew. Zdobył żółtą koszulkę na trzecim etapie, został pierwszym francuskim liderem Touru od Tony’ego Gallopina w 2014 roku, ale wcześniej przeżył rozczarowanie. Ekipa Deceuninck – Quick Step liczyła na sięgnięcie po żółtą koszulkę już na drugim etapie, drużynowej jazdy na czas. Plan się nie powiódł, bo wszystkich rywali zdemolował rozpędzony pociąg Jumbo-Visma. Po przegranej drużynówce Alaphilippe napisał wiadomość do swojego bliskiego przyjaciela i partnera z drużyny, Boba Jungelsa: „Jestem wściekły! Jutro spróbuję wygrać, bracie. Jutro sięgnę po koszulkę”.

Jak postanowił, tak uczynił. 15 kilometrów przed metą 3. etapu w Èpernay znajdował się niewielki, 900-metrowy podjazd na Cote de Mutigny. Alaphilippe zaatakował tuż przed jego szczytem, a potem złożył się na rowerze i rzucił w szalony zjazd. Żaden z kolarzy, którzy poważnie myślą o wygraniu wyścigu, nie zdecydował się na podjęcie takiego ryzyka. Alaphilippe to wiedział i dzięki temu wygrał.

Na przeklętym szczycie La planche des Belles Filles stracił żółtą koszulkę, podobnie jak przed pięcioma laty Tony Gallopin. Ale na mecie wczorajszego etapu Julian Alaphilippe wzbudził podziw nieustępliwością. Na jednym z najtrudniejszych wzniesień 106. edycji Wielkiej Pętli, kończącym się potwornym podjazdem (24 % nachylenia), walczył ramię w ramię z najlepszymi góralami. Niewielu było takich, którzy spodziewali się widoku Alaphilippe, wjeżdżającego na szczyt u Pięknych Panien tuż za kołem Gerainta Thomasa i Thibauta Pinot, a przed Quintaną, Bernalem, Yatesem, Porte i wieloma innymi wyśmienitymi góralami.

Julian Alaphilippe przegrał walkę o żółtą koszulkę z Giulio Ciccone, który wyprzedził go dokładnie o tyle, ile wynosi bonus za zdobycie drugiego miejsca. Alaphilippe na mecie był wściekły. A wściekły Alaphilippe to zapowiedź kapitalnej walki na kolejnych etapach, rozgrywanych w terenie, w którym D’Artagnan czuje się najlepiej.

Francuzi mają nowego bohatera i coraz mocniej niesie się szept, że może to właśnie Julian Alaphilippe jest tym, który przyniesie im nową nadzieję, nadwątloną w ostatnich latach przez nieobecność Thibauta Pinota i kompletnie zawodzącego Romaina Bardeta. Problem tylko w tym, że od wielu już lat Tour de France nie da się wygrać w pojedynkę, a Alaphilippe nie ma w tym wyścigu drużyny, która mogłaby mu w tym pomóc. Choć znając już jego nieustępliwość, waleczność i szaloną fantazję, nie można wykluczyć, że przynajmniej podejmie próbę spełnienia romantycznego snu o samotnym kolarzu, który rzuca wyzwanie zastępom rywali. Kolarstwo kocha takich pozytywnych szaleńców.

Z tłumu młodych kandydatów do ścigania się w kolarskich wyścigach wyłowił go Patrick Lefevere – charyzmatyczny menedżer drużyny Deceuninck – Quick Step (wówczas występującej jako Omega Pharma – Quick Step). Drogę do czołówki światowego peletonu Julian Alaphilippe rozpoczął w 2013 roku od terminowania w czeskim zespole Etixx-iHNed, stanowiącym młodzieżową przybudówkę pierwszej drużyny Lefevere. I już po roku znalazł się w składzie ekipy worldtourowej, obok takich nazwisk jak Alessandro Petacchi, Mark Cavendish, Tom Boonen, czy Kwiatkowski, który w tym samym roku sięgnął po tytuł mistrza świata.

Pierwszym większym sukcesem było zwycięstwo etapowego wyścigu Tour of California w 2016 roku. Ale amerykański wyścig, wówczas jeszcze nie zaliczany do kalendarza World Touru i niezbyt popularny w Europie, tylko rozbudził ambicje Alaphilippe. Jego celem nr 1 było zwycięstwo w Walońskiej Strzale, słynnym wiosennym klasyku, kończącym się piekielnym podjazdem pod Mur de Huy. W 2016 roku był drugi i postawił sobie za punkt honoru pokonanie wygrywającego tam nieprzerwanie od 2014 roku Alejandro Valverde. Udało się za trzecim razem: w 2018 roku przerwał serię zwycięstw Hiszpana i rozpoczął swoją, wiosną tego roku zwyciężając ponownie.

Triumf w La Flèche Wallonne okazał się przełomem, a Alaphilippe postanowił mierzyć wyżej. Na 10. etapie ubiegłorocznego Tour de France z Annecy do Le Grand Bornard ujrzał swoją szansę w ucieczce. Czuł się na tyle dobrze, że na pierwszym górskim etapie zgarnął większość punktów w klasyfikacji górskiej, a na zjeździe z Col de Romme przypuścił szalony atak i zostawił towarzyszy ucieczki daleko za sobą. Samotnie pokonał kolejny podjazd pod Col de la Colombiere i na położoną kilkanaście kilometrów dalej metę w Le Grand Bornard wjechał z ponad półtoraminutową przewagą nad kolejnymi kolarzami. Na drugie etapowe zwycięstwo w Wielkiej Pętli czekał ledwie tydzień, a jego łupem padł – ponownie dzięki fenomenalnym zjazdom – etap 16., z metą w Bagnères-de-Luchon. Do końca też bronił koszulki w grochy i gdzie tylko mógł, powiększał swoją przewagę w klasyfikacji górskiej.

Po fantastycznym Tour de France wygrywał już prawie wszystko i niemal cały kolarski świat widział w nim przyszłego mistrza świata. Ale trasa w Innsbrucku, z kończącym wyścig podjazdem „Höll” (piekło), okazała się dla Francuza zbyt wymagająca.

Tegoroczny sezon jest kontynuacją znakomitej passy Alaphilippe. Rozpoczął go od wygrania Strade Bianche, a niespełna dwa tygodnie później sięgnął po tryumf w monumencie Mediolan – San Remo (na tym wyścigu dwa lata wcześniej dał się poznać polskim kibicom, walcząc w uznawanym za jeden z najpiękniejszych w historii finiszów z Peterem Saganem i Michałem Kwiatkowskim). Serię wiosennych klasyków zakończył z 2. miejscem w Brabanckiej

Strzale, 4. w Amstel Gold Race i ponownym zwycięstwem w La Flèche Wallonne. Tylko w Liège-Bastone-Liège znalazł się poza pierwszą dziesiątką, ale wówczas pokazał swoje sportowe oblicze z innej strony, gdy przed ostatnim podjazdem podjechał do Jakoba Fuglsanga z Astany i powiedział: „Nie mam dziś nogi, jedź. Mam nadzieję, że to wygrasz”. Fuglsang wygrał.

Coraz dłuższa lista znaczących sukcesów i wyjątkowa sympatia, jaką kibice darzą Juliana Alaphilippe, mocno wywindowały jego wartość na kolarskim rynku. Wiosną gruchnęła plotka o jego niemal już pewnym przejściu do drużyny Total Direct Energie, która od przyszłego roku dołączy do grona ekip dywizji World Tour. W tle padała kwota kontraktu, sięgająca nawet 4 milionów euro rocznie, a Francuscy kibice wpadli w euforię, bo perspektywa jazdy w rodzimym zespole ich utytułowanego i utalentowanego rodaka rozbudzała wyobraźnię. Belgów pocieszano, że razem z gwiazdą pozbędą się kłopotów, bo w kuluarowych plotkach coraz częściej pojawia się też ta, że młody Francuz oprócz jazdy na rowerze ma jeszcze kilka innych, mniej sportowych i niezbyt zdrowych upodobań.

Ale dar przekonywania Patricka Lefevere okazał się silniejszy niż zasobny portfel potężnego francuskiego sponsora (choć tak naprawdę nie wiadomo, jak głęboko do portfela musieli sięgnąć Belgowie). 1 czerwca na twitterowym koncie Lefevere pojawiło się zdjęcie, dokumentujące przedłużenie do końca 2021 roku kontraktu Alaphilippe z Deceuninck – Quick Step. Panowie świętowali to wydarzenie toastem Dom Perignon, rocznik 2006: „przejrzysty i jasny, z długim, wytrawnym finiszem”. Podobno tak właśnie ma wyglądać przyszłość Juliana Alaphilippe.

Więcej o: