Sport.pl

Witold Bańka: Nie ma magicznych rozwiązań. Środowisko musi zacząć pracować

- Trochę mnie to boli, ale zaciskam zęby, bo mam poczucie, że w kontekście kryzysu kolarskiego, mistrzostw świata i całej tej trudnej sytuacji naprawdę robiliśmy i robimy wszystko co w naszej mocy, żeby przy całej indolencji kolarskiego środowiska mimo wszystko pomóc mu wyjść z tego kryzysu. Jest pełna przychylność z naszej strony. Ale pewnych rzeczy nie przeskoczymy, a nie chcemy się ciągle odbijać od ściany - mówi w rozmowie ze Sport.pl minister sportu i turystyki Witold Bańka.

Mariusz Czykier: Na początek wróćmy może do Pruszkowa. Jakie są pana wrażenia z mistrzostw, z perspektywy tych kilkunastu dni?

Minister Witold Bańka: Generalnie moje wrażenia są pozytywne. Oglądałem je tak naprawdę z dwóch perspektyw: z jednej strony jako kibic i tu wiadomo, że dyscyplina jest widowiskowa i robi duże wrażenie, a same mistrzostwa były dobrze zorganizowane, pomimo tych wszystkich perturbacji przed nimi. Z drugiej strony, bardziej z perspektywy sportowej, to oczywiście mamy brązowy medal Mateusza Rudyka. Może liczyliśmy na trochę więcej, więc jest jakiś sportowy niedosyt, ale mimo wszystko te mistrzostwa pokazały, że kolarstwo torowe ma wielki potencjał.

A zmierzamy w dobrą stronę? Patrząc na wyniki polskich reprezentantów na mistrzostwach świata z ostatnich trzech lat trudno uciec od wrażenia, że to raczej regres.

- Zależy, jak na to spojrzeć. Dyscyplina ma na pewno duży potencjał zawodniczy i medalowy. Na igrzyskach w Tokio tych medali do zdobycia będzie dużo. I my ze swojej strony staramy się robić wszystko, żeby nasi kolarze byli objęci jak najlepszą opieką. Ale wiadomo, że nie na wszystko mamy wpływ.

Przypadek tych mistrzostw pokazuje, że wyszliśmy daleko poza ramy naszej działalności, bo zwykle ministerstwo nie organizuje mistrzostw. Tutaj formalnie również tego nie robiło, ale nie jest żadną tajemnicą, że te mistrzostwa mogły się odbyć niemal w stu procentach dzięki ministerstwu i spółkom skarbu państwa. Ale nie mamy wielkiego wpływu na tematy sportowe. Tutaj staramy się stwarzać optymalne możliwości finansowe, żeby zawodnicy mogli się rozwijać, natomiast nie mamy wpływu na przykład na decyzje kadrowe.

Przed mistrzostwami starałem się trochę porozmawiać z zawodnikami i dopytać czego im brakuje i trochę mnie martwi, że w środku jest taki rozdźwięk. Padł w tych rozmowach na przykład temat dietetyka, na co jedni zawodnicy mówią, że by się przydał, część mówi, że raczej niepotrzebny, trener mówi, że nie jest to pierwsza potrzeba, na co przychodzi lekarz i mówi, że byłby pomocny i tak dalej. O tyle mnie to martwi, że możliwości są, ministerstwo ma zabezpieczone środki na takie rzeczy i jesteśmy otwarci na takie potrzeby, ale przecież minister nie będzie ustalał z zawodnikami, kto ma być ich trenerem, czy mają mieć dietetyka i kto ma nim być, kto ma być fizjoterapeutą, a kto nie. W tym zakresie ta strona sportowa mnie martwi.

Perspektywa zawodników jest dzisiaj taka, że jest im nieco łatwiej przeżyć i skupić się na trenowaniu, ale wciąż są jakieś niedostatki: a to sprzętowe, a to zimno na torze, brak zgrupowań i tak dalej. To się w ich ocenie trochę zmieniło na lepsze w ostatnim roku, ale nadal jest tutaj duży niedosyt. Z tego, co pan mówi wynika, że pieniądze na to wszystko są, ale nie ma pomysłu na to, jak je zagospodarować i wykorzystać?

- Tak. Zresztą, jak pan spojrzy na przekazywany na kolarstwo budżet, to on jest praktycznie taki sam, jeśli nie większy, tylko te środki są w różny sposób wykorzystane. Miałem ostatnio kilka rozmów z Mateuszem Rudykiem oraz jego trenerem i powiedziałem im wprost: „Panowie, wam nie może niczego brakować. Macie przedstawić listę swoich oczekiwań i my je – oczywiście w granicach rozsądku – po prostu zaspokoimy, żebyście mieli w przygotowaniach do Tokio absolutny komfort”. I takie generalnie mamy podejście. Tylko to szef szkolenia lub trener decydują o tym, gdzie ma być zgrupowanie, w jakim terminie, w jakim składzie i tak dalej. Dostaliśmy pewne sugestie od trenerów i być może trzeba będzie zrobić jakieś ruchy w programie Team 100, by pomóc jeszcze większej grupie zawodników. Ale ministerstwo nie powołuje kadry. Dajemy środki finansowe, dajemy możliwości, ale nie jesteśmy w stanie decydować o tym, kto jest w jakiej dyspozycji sportowej i jak ją należy wykorzystać.

Za to wszystko powinien odpowiadać tak naprawdę związek, ale w PZKol od półtora roku sytuacja jest patowa i właściwie nie widać z niej wyjścia. Czy pan ma jakiś pomysł, w jaki sposób to rozwiązać?

- Dopóki w środowisku kolarskim nie znajdą się osoby odpowiedzialne, które będą w stanie krok po kroku wprowadzać i realizować zalecane przez nas zasady dobrego zarządzania, dopóty nie będzie się dało wyprostować tego tematu. To wszystko wciąż będzie łatane. Z każdego kryzysu można wyjść i jestem co do tego przekonany, czy wręcz spokojny o to, że w sprawach finansowych i w kwestii zadłużenia zawsze się znajdzie jakieś rozwiązanie. Pytanie tylko, ile to wszystko będzie trwało? Ale nawet jeśli wyprowadzenie z tej sytuacji będzie trwało kilka lat, to wszystko jest możliwe do zrobienia, jeśli się znajdzie osoba, która ma o tym pojęcie. Tylko to jest też tak, co jest rzeczą oczywistą, że władze w związkach sportowych wybierają przedstawiciele środowiska, czyli delegaci. A jeśli delegaci nie będą chcieli umieścić na odpowiednich stanowiskach ludzi, którzy mają doświadczenie menedżerskie, to będziemy się kręcić w kółko.

Dlatego też nie ukrywam, że pracujemy nad Instytutem Finansowania Sportu, który miałby po prostu niektóre związki odciążyć od pewnych tematów, także finansowych. Działałoby to na takiej zasadzie, że część operacji finansowych przepływałaby przez Instytut, a zadania finansowe związków byłyby ograniczone. To jest rozwiązanie, które pewne obszary może usprawnić, natomiast oczywiście niektórych rzeczy nie jesteśmy w stanie zrealizować, bo konstrukcja związków sportowych jest specyficzna i trzeba respektować ich autonomię. One funkcjonują również w oparciu o przepisy międzynarodowe i przepisy federacji, do których należą. My jako ministerstwo nie możemy decydować o tym, kto ma być prezesem, kto ma być w zarządzie i w jaki sposób związek ma realizować swoje zadania. To nie jest żadne pocieszenie, ale jak rozmawiam z innymi ministrami sportu, czy to z Niemiec, czy z Bułgarii, czy z innego kontynentu, to oni wszyscy mają dokładnie takie same problemy.

Patrzę na to w taki sposób, że Instytut może być jakąś gwarancją tego, że przekazywane związkom środki finansowe nie będą marnotrawione, że nie będzie zbyt drogich albo niepotrzebnych zakupów. Przecież nie wszystko, co dzieje się dziś w związkach, jest złamaniem prawa. Jeśli ktoś kupi na przykład odżywkę za 300 złotych, a w innym sklepie kosztuje 100 złotych, to nie złamał prawa. Kupił, wydał pieniądze, które były na to przeznaczone. Tyle, że kupił za drogo, był niegospodarny. Za to się do więzienia nie idzie, ale to pokazuje dużą niedbałość w wydatkowaniu pieniędzy, co jest niestety powszechne w wielu związkach sportowych.

W założeniach Kodeksu Dobrych Praktyk Zarządzania dla Polskich Związków Sportowych, który jest jednym z pana sztandarowych projektów, jest takie stwierdzenie, że samoregulacja związków sportowych nie działa. W przypadku PZKol trochę wygląda to tak, jakby ministerstwo jednak czekało, aż związek się ogarnie. Czy Instytut Finansowania Sportu będzie na takie sytuacje jakąś odpowiedzią?

- Ministerstwo wykorzystuje w stu procentach wszystkie możliwości, by pomóc środowisku kolarskiemu. Myślę, że Instytut Finansowania Sportu również będzie stanowił istotne wsparcie, choć uruchomienie go to oczywiście duże i trudne wyzwanie. Dlatego też daliśmy sobie czas do stycznia 2021 roku. Przed igrzyskami takich ruchów nie można robić, bo paradoksalnie mimo dobrych intencji mogłoby to wprowadzić sporo zamieszania, czy wręcz zaszkodzić. Byłaby to nowa instytucja. Przy podpisywaniu umów, czy to z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, czy też z budżetu około 10%, a czasem nawet do 15% kwoty to są tak zwane koszty pośrednie. Jak się to podliczy, to łącznie kilkanaście milionów złotych trafia co roku do związków na szeroko pojętą administrację. Jeśli część z tych środków przeznaczymy na powołanie Instytutu Finansowania Sportu, to będzie można za te pieniądze zatrudnić sporą grupę wykwalifikowanych menedżerów, którzy byliby przyporządkowani do poszczególnych dyscyplin sportowych i zajmowaliby się obsługą finansową stypendiów, umów trenerskich, zgrupowań i tego typu spraw.

Taki model na kształt stosowanych często w biznesie usług współdzielonych, albo tzw. interim management?

- Tak, można to do tego porównać. Outsourcing części zadań, ale zgromadzony w jednej instytucji. Związek przekazywałby po prostu część zadań i obsługę finansową do innego podmiotu – instytucji państwowej. Plusem byłaby odpowiedzialność państwowa za wydatkowanie tych środków – nikt nie mógłby sobie pozwolić na „hasanie” z pieniędzmi. Mielibyśmy większą kontrolę nad wydatkami i usprawnieniem procesu finansowania potrzeb związków.

Czyli upraszczając: jeśli związek nie radzi sobie z księgowością i bałaganem w dokumentach, to zamiast wysyłać do niego kolejne kontrole, lepiej wysłać tam doświadczonego księgowego, który pomoże uporządkować ten temat?

Taki jest zamysł: część środków finansowych ministerstwo przekazuje Instytutowi, a księgowa w Instytucie, która niekoniecznie musi być odpowiedzialna za jedną dyscyplinę, bo może odpowiadać za szerszy zakres, przeprowadza operacje finansowe. Nie ma tutaj żadnego zagrożenia brakiem płynności i przede wszystkim unika się ryzyka zadłużenia. Instytucja państwowa byłaby tak naprawdę gwarancją płynności finansowej związków. To byłaby jakaś odpowiedź na dzisiejszą sytuację, choć zdaję sobie sprawę, że to się nie musi podobać związkom sportowym. Chociaż moim zdaniem powinno, bo uważam, że Instytut będzie stanowił dla nich duże wsparcie.

A niektóre zinterpretują to jako ograniczenie wpływów.

- Tak. Uczciwie mówiąc: tak. Dlatego będziemy chcieli przeprowadzić konsultacje ze związkami sportowymi, bo zdajemy sobie sprawę, że to byłaby potężna zmiana. Chcemy wytłumaczyć pewne rzeczy. Teraz jesteśmy na etapie wewnętrznych prac, musimy jeszcze dokładnie ustalić formułę prawną i zasady, na jakich Instytut miałby funkcjonować. W najbliższych tygodniach i miesiącach, gdy już będziemy mieli przygotowany schemat, to przedstawimy tę koncepcję związkom i opinii publicznej i zaprosimy wszystkich do dyskusji. Chciałbym, żeby tzw. „biała księga” z pewnymi wytycznymi dotyczącymi zmian formalno-prawnych, ustawowych oraz schematu funkcjonowania tego Instytutu, była gotowa na koniec kadencji. Byłaby to mapa drogowa, z konkretnymi terminami wprowadzania projektu w życie. Instytut musiałby być, w jakiejś ograniczonej formule, powołany już w 2020 roku – po to, żeby te kilka miesięcy przed wejściem w życie – od stycznia 2021 – organizować go już pod kątem kadrowym.

Nadal jest pan zdania, że zarządzanie związkiem sportowym powinno być funkcją społeczną, a nie typowo menedżerską, z wynagrodzeniem i rozliczaniem za efekty działalności?

Powiem tak: z pieniędzy ministerialnych mogą być opłacani sekretarze generalni, albo dyrektorzy sportowi. Członkowie zarządu i prezesi nie mogą pobierać wynagrodzenia z pieniędzy publicznych, ale nie mam nic przeciwko temu, jeśli tylko znajdzie się sponsor, który chce opłacać wynagrodzenie danego prezesa. Dlaczego nie? Natomiast wydaje mi się, że zdecydowaną większość pracy operacyjnej wykonują właśnie sekretarze generalni, dyrektorzy sportowi czy szefowie szkolenia. To oni są niezbędni do tego, żeby związek mógł funkcjonować non-stop. Natomiast prezes czy członek zarządu to są w znacznej mierze funkcje reprezentacyjne.

Ale sekretarze generalni i dyrektorzy sportowi nie podejmują kluczowych decyzji. Za kierunkowe decyzje, czy strategie funkcjonowania związku odpowiada zarząd.

Tak, ale zwykle jest tak, że tą całą pracę i przygotowanie pod te decyzje wykonują właśnie sekretarze generalni. To oni w dużej mierze zarządzają związkiem i przygotowują grunt pod pewne decyzje, które później podejmuje zarząd. Wydaje mi się, że akurat ten model nie funkcjonuje źle.

A czy nie jest tak, że jedną z przyczyn tej sytuacji, która jak w soczewce skupia się dziś w Polski Związku Kolarskim, jest to, że zarządy i prezesi właściwie nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje działania? W obliczu braku konsekwencji za złe decyzje i zaniedbania często czują się wręcz bezkarni.

- To nie jest do końca tak, że nie ponoszą odpowiedzialności. Jeśli ktoś łamie prawo i popełnia przestępstwo, to oczywiście ponosi konsekwencje. Natomiast doprowadzenie przed wymiar sprawiedliwości trochę trwa. Chociaż po części jest też tak, jak pan mówi, że przez lata tej odpowiedzialności nie było. Przychodząc do ministerstwa zastałem taki system, w którym w przeświadczeniu działaczy z pieniędzmi można było robić praktycznie co tylko się chciało i nikt specjalnie tego nie chciał kontrolować. Jako państwo przez lata przyzwyczailiśmy działaczy do takiego funkcjonowania.

I nie ma pan wrażenia, że PZKol właśnie czeka, aż pan skończy swoją misję w ministerstwie, a potem przyjdzie ktoś „łatwiejszy”, kogo będzie można urabiać, tak jak się to dawniej robiło i zwykle się udawało?

- Mam pewność, że każdy kolejny minister, który tutaj przyjdzie i który nie będzie chciał łamać prawa, będzie stał na podobnym stanowisku, co ja. Bez względu na to, kim będzie. Nie wierzę, że którykolwiek z przyszłych ministrów będzie chciał łamać prawo. Choć oczywiście pojawiają się często takie głosy: „Dlaczego minister nie chce załatwić tej sprawy? Niech pan spłaci dług Polskiego Związku Kolarskiego i wszystko będzie wyprostowane”.

To mówi głośno część środowiska.

- No i widzi pan. I w takiej sytuacji, choć nie mam problemu z trudnymi pytaniami, ręce mi opadają i nie wiem tak naprawdę, co mam wtedy powiedzieć. Wypadałoby użyć w stosunku do tych osób – często całkiem poważnych – jakichś mocniejszych słów. „Niech pan spłaci ten dług i jakoś to wszystko wyczyści”. Co to w ogóle znaczy: „wyczyści”? Czuję się namawiany do tego, żebym złamał prawo. Ktoś namieszał, ktoś doprowadził do – kolokwialnie mówiąc – przekrętów, dług jest potężny i teraz najlepiej, jakby minister „posprzątał” i to nie wyprowadzając z kryzysu zgodnie z przepisami prawa, tylko „po prostu” przelewając kilkanaście milionów.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że ministerstwo również jest jednym z wierzycieli Polskiego Związku Kolarskiego, który jest nam winien pieniądze za nieprawidłowo rozliczone dotacje. I teraz ja mam przelać publiczne pieniądze, żeby związek mi je zwrócił w formie spłaty długu? Czyli trochę tak, jakbym sam sobie oddał swoje pieniądze, a potem uznał, że długu już nie ma. W przypadku publicznych pieniędzy byłoby to przecież rażące złamanie prawa.

Wszyscy doskonale wiemy, że problem PZKol i relacji między związkiem a ministerstwem to nie jest kwestia pieniędzy, bo pieniądze na kolarstwo w ministerstwie są. Czysto teoretycznie można byłoby coś takiego zrobić, tylko byłoby to ewidentne złamanie prawa. Nie widzę innego pomysłu i myślę, że w ogóle nie ma innego sposobu, jak konsekwentne, krok po kroku wprowadzanie w PZKol zasad dobrego zarządzania, które przywrócą zaufanie do instytucji i pozwolą na rozłożenie długu na raty. Przecież nie jest tajemnicą, że jeśli związek ma zadłużenie wobec ministerstwa, bo źle wydatkował środki albo nieprawidłowo je rozliczył, to oczywiście można ten dług rozłożyć na raty. Tylko musi być wykonany jakiś gest, część środków musi zostać zwrócona, musi być przygotowana jakaś mapa drogowa i plan rozwiązania problemu. Przecież ministerstwo również jest kontrolowane przez Najwyższą Izbę Kontroli, w zakresie tego, w jaki sposób podchodzi do takich kwestii.

Z każdej trudnej sytuacji można wyjść. Mistrzostwa świata w kolarstwie torowym i chęć wejścia sponsoringowego spółek skarbu państwa w to wydarzenie pokazują, że ta dyscyplina ma potencjał. To przecież nie było tak, że chodziliśmy i błagaliśmy: pomóżcie, bo są mistrzostwa świata. Część spółek zobaczyła, że to jest widowiskowa dyscyplina, na której można budować potencjał marketingowy.

Ale zdradzę też ciekawostkę: podczas mistrzostw rozmawiałem długo z prezydentem UCI, Davidem Lapartientem. Proszę sobie wyobrazić, że gdy był szefem francuskiej federacji kolarskiej, to z budżetu, z publicznych pieniędzy dostawał mniej środków, niż polskie ministerstwo przeznacza na kolarstwo. Była jednak jedna zasadnicza różnica: cały budżet miał kilkukrotnie większy. Dlaczego? Bo miał sponsorów i lwia część pieniędzy francuskiej federacji pochodziła właśnie od nich oraz z różnego rodzaju licencji. Ale dotacja budżetowa we Francji za jego kadencji była mniejsza, niż w Polsce.

Ale na całym świecie pod hasłem „kolarstwo” rozumie się i sprzedaje wszystkie dyscypliny, a nie tylko tor i w jakiejś części szosę. Polskie środowisko MTB nieustannie sygnalizuje, że zupełnie nikt się nim nie interesuje.

- Ale to też jest tak naprawdę problem sportowy. My przekazujemy związkowi środki finansowe, ale ja nie mogę decydować o tym, w którym miejscu jest większy potencjał i nakazywać związkowi, że mają szczególnie szkolić w tym zakresie. Znowu wracamy trochę do tematu, że to ja musiałbym decydować gdzie kto ma być trenerem, szefem szkolenia i tak dalej. Są ludzie, którzy się powinni na tym znać w kontekście sportowym i to oni powinni decydować, która osoba ma startować, a która ma dopiero potencjał na rozwój, czy inwestujemy w torowców, czy w MTB. Trochę mnie to boli, ale zaciskam zęby, bo mam poczucie, że w kontekście kryzysu kolarskiego, mistrzostw świata i całej tej trudnej sytuacji naprawdę robiliśmy i robimy wszystko co w naszej mocy, żeby przy całej indolencji kolarskiego środowiska mimo wszystko pomóc mu wyjść z tego kryzysu. Jest pełna przychylność z naszej strony. Ale pewnych rzeczy nie przeskoczymy, a nie chcemy się ciągle odbijać od ściany.

Ale narzędzia finansowe chyba nie są jedynymi, jakie pan ma do dyspozycji? Ministerstwo ma przecież nad związkami sportowymi również funkcję nadzorczą w kwestiach formalno-prawnych, choćby w zakresie zgodności działania związku z jego statutem i z prawem. Czy to nie jest jakaś droga na uporządkowanie tej sytuacji?

- Owszem, ale tak naprawdę jedyną formą realnego wpływu jest nacisk finansowy: jeśli nie będziecie przestrzegać naszych regulacji, to możemy ograniczyć finansowanie.

Tylko to najwyraźniej nie działa. Związek nie ma pieniędzy, ale i tak trwa, bo upaść nie może.

- Pojawia się tu często taki pomysł – i szczerze mówiąc też mnie trochę irytuje, że musimy tłumaczyć takie oczywiste rzeczy – że przecież ministerstwo może wprowadzić kuratora. Albo zdanie, które usłyszałem od jednego z polityków opozycji, że trzeba by zarząd komisaryczny wprowadzić. Mimo wszystko staram się to od jakiegoś czasu konsekwentnie tłumaczyć: kurator to nie jest magiczny menedżer, który zrestrukturyzuje związek. To nawet nie jest osoba, która ma uporządkować finansowo związek pod kątem sportowym. Jedynym zadaniem kuratora jest doprowadzenie do nowych wyborów.

Może to jest właśnie ta sytuacja, w której należałoby to zrobić?

- No to zastanówmy się, dlaczego w 99,9% sąd odrzuca nasze wnioski? Bo procedura jest taka, że my składamy wniosek do sądu rejestrowego o wprowadzenie kuratora na podstawie określonych przesłanek. Wystarczy, że związek w jakiejś perspektywie ogłosi walne zgromadzenie wyborcze, żeby sąd wniosek odrzucił. Bo po co wprowadzać kuratora, który ma doprowadzić do wyborów, skoro wyznaczono już ich datę? Przykład curlingu jest idealny, żeby pokazać jak długo można się tak „bawić”.

Wracając do tematu: dopóki środowisko nie zdecyduje się faktycznie pracować, to będziemy musieli używać innych mechanizmów finansowych, żeby środki trafiały do kolarzy. Stąd indywidualne kontrakty sponsorskie, rozszerzony program Team 100 i teraz jeszcze część starszych zawodniczek i zawodników chcemy ukierunkować na indywidualny sponsoring, żeby dać im maksymalny komfort przygotowań.

W perspektywie pana drogi do WADA myśli pan o tym, żeby w Polsce doping był penalizowany na gruncie prawa karnego w podobnej skali, jak to ma miejsce chociażby w Austrii?

- Ale to już wprowadziliśmy. W ustawie o zwalczaniu dopingu w sporcie karą grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat trzech jest zagrożone podawanie środków dopingujących zawodnikom małoletnim i podawanie ich innym zawodnikom bez ich wiedzy. Czyli jeśli lekarz, fizjoterapeuta czy ktokolwiek inny podaje środki dopingujące bez wiedzy sportowca, grozi mu kara więzienia. Podobnie jest z handlem sterydami czy innymi zakazanymi środkami. W strukturach POLADA jest teraz również departament śledczy. Nie mogę rzecz jasna mówić czym dokładnie się zajmuje, ale przynosi to pozytywne – oczywiście z punktu widzenia wyrzucania oszustów ze sportu – efekty.

A możemy się też spodziewać takich efektów, jak akcja austriackiej policji w Seefeld?

- To, co się stało w Seefeld, to właśnie wynik efektywnej działalność służb. Będę miał okazję w tym tygodniu gościć w Austrii na zaproszenie wicekanclerza i na pewno będziemy też o tym rozmawiać. Zamierzam mu pogratulować, bo tak to właśnie powinno wyglądać: dobra współpraca służb i policji, śledztwo, a na koniec spektakularne zatrzymania. Przykre dla sportu, ale tak naprawdę o to nam chodzi, żeby przez takie akcje również zwalczać doping.

Powiem więcej: jeśli nam w Polsce taka sytuacja się przydarzy, to może będzie nam przykro, bo to zawsze jest bolesny moment, ale będziemy konsekwentni. Nikt się nie cieszył, gdy w 2016 roku mieliśmy nasz własny skandal dopingowy (podczas igrzysk w Rio na dopingu zostali przyłapani polscy sztangiści, bracia Adrian i Tomasz Zielińscy – przyp. red). Ale z drugiej strony to pokazuje również skuteczność systemu. Z punktu widzenia mojej roli w WADA, zależy mi na tym, żeby oszustów ze sportu wyrzucać.

Warto jednocześnie zauważyć, że zazwyczaj koncentrujemy się na takich dużych skandalach dopingowych, jak Seefeld, Rosja i im podobnych, a tymczasem dziesięć procent medalistów olimpijskich z Rio pochodziło z krajów, które w 2016 roku albo wcale nie miały narodowych agencji antydopingowych, albo system antydopingowy był w nich rozwinięty bardzo słabo. Istnieją np. takie regionalne agencje antydopingowe, finansowane przez WADA, w których pobiera się zaledwie kilkadziesiąt próbek rocznie. Przykładowo w niektórych krajach afrykańskich zaledwie 30-40. To duży problem i wielkie wyzwanie, żeby zmienić system w takich miejscach. Dlatego zaproponowałem utworzenie funduszu solidarnościowego, który będzie pomagał finansowo krajom słabo rozwiniętym prowadzić politykę antydopingową i zwiększać liczbę akredytowanych laboratoriów – dla przykładu w Afryce istnieje tylko jedno – w RPA. Z kolei laboratorium w Kenii ma ograniczoną „akredytację” jedynie do analizy próbek krwi, mimo że jest gotowe by analizować wszystkie rodzaje próbek. WADA jest jednak nieco oporna w kwestii akredytacji kolejnych laboratoriów, dlatego Kenijczycy oraz wiele innych krajów afrykańskich muszą wysyłać próbki na inne kontynenty, ponosząc w ten sposób bardzo wysokie koszty. Mając akredytowane laboratorium Kenia mogłaby obsługiwać nie tylko siebie ale również kraje ościenne, a część zaoszczędzonych środków wydawać m.in. na akcje edukacyjne. Z rozwiązaniem takich problemów musimy się zmierzyć.

Jak dziś Polska pod tym względem wygląda na tle świata?

- Myślę, że jesteśmy dzisiaj w absolutnej czołówce na świecie. POLADA działa bardzo dobrze, mamy akredytowane laboratorium, teraz już całkowicie niezależne, bo w wyniku ostatnich zmian w ustawie o zwalczaniu dopingu w sporcie zostało wyodrębnione z Instytutu Sportu. POLADA pobiera i analizuje około 4000 próbek rocznie, a moce przerobowe naszego laboratorium są na poziomie około 7000 próbek. Oczywiście badamy też materiały z innych krajów. Mamy ogólnie zwiększony budżet na badania antydopingowe.

Dziś jesteśmy w sytuacji, w której to my edukujemy w tym obszarze inne państwa, jak np. Azerbejdżan, który bazując na naszych rozwiązaniach powołał nową agencję antydopingową spełniającą już wszystkie międzynarodowe standardy. Aktualnie wspieramy natomiast w tym zakresie Ukrainę, przekazując im w ramach programu partnerskiego m.in. nasze rozwiązania prawne.

To, że dziś jestem kandydatem Europy na stanowisko prezydenta WADA, jednogłośnie popartym przez wszystkie kraje członkowskie, to w dużej mierze efekt tego wszystkiego, co wspólnie z całym ministerialnym zespołem udało nam się dokonać i zmienić w zakresie walki z dopingiem w Polsce.

Więcej o:
Komentarze (3)
Witold Bańka: Nie ma magicznych rozwiązań. Środowisko musi zacząć pracować
Zaloguj się
  • remo29

    Oceniono 1 raz 1

    Wujek dobra rada. Środowisku hokejowemu też naopowiadał bajek o pomocy i odbudowie, czwarty rok mija, liga coraz krótsza (w tym roku rozsypały się trzy kluby z tradycjami), kadra dostaje lanie od Rumunii, za chwile będzie toczyć zaciekłe boje o utrzymanie z Hong-Kongiem i RPA, a w PZHL jak był burdel i sobiepaństwo, tak jest.

  • bodzislawiaks

    0

    www.youtube.com/watch?v=Nb8V-_zkrhA

  • andrzejpaprotny

    0

    Panie ministrze a mnie sie zdaje ze bardzo boi sie pan utraty ministerialnego stanowiska a jak juz ktos nawykl do luksusu to ciagle o nim mysli a nie o tym za co mu placa!!!MOZE NIE BEDZIE PAN W NOWEJ KADENCJI MINISTREM ALE ZA TO SZEFEM KOMISJI ANTYDOPINGOWEJ I O TO TYLKO PANU CHODZI..Ja mogl bym pokazac panu jak duzo bledow pan popelnia a chwali sie pan jaki to jest madry!!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX