Sport.pl

Tour de Pologne. Michał Kwiatkowski: "Chcę spróbować czegoś innego"

Z Michałem Kwiatkowskim spotkaliśmy się przed startem trzeciego etapu Tour de Pologne. Porozmawialiśmy chwilę o występie w największym polskim wyścigu, o najważniejszych celach na drugą część sezonu, ale przede wszystkim o tym, na czym tak naprawdę polega praca Michała w drużynie i w czym były mistrz świata upatruje źródeł sukcesu w kolarstwie.

Mariusz Czykier: Gdybyś miał zupełnie nowemu kibicowi kolarstwa, który dopiero odkrywa ten sport, opowiedzieć w kilku zdaniach na czym polega twoja praca i twoje zadania podczas wyścigów, to jak byś je opisał?

Michał Kwiatkowski: Ponad 90% moich startów w sezonie to są wyścigi, w których reprezentuję mój zespół – Team Sky. I ja mam w głowie zakodowaną zasadę, że zawsze gramy na tego kolarza w zespole, który jest w stanie ten wyścig wygrać. Dla nas priorytetem na wyścigu zawsze jest zwycięstwo, nie drugie czy trzecie miejsce, jakaś koszulka, czy premia. Liczy się zwycięstwo, więc zależnie od tego, kto jest w składzie, staramy się włożyć maksymalną siłę i energię w to, żeby ten z nas, który ma największe szanse, po prostu w wyścigu zwyciężył. Osobiste ambicje musimy wtedy odłożyć na bok. Każdy kolarz ma też oczywiście własne cele na dany sezon, które stara się w mniejszym lub większym stopniu realizować, w zależności od tego jak ten sezon przebiega, ale każdy z nas jest profesjonalistą, więc zna i rozumie swoje miejsce w drużynie i cele na dany wyścig.

Ról w każdym wyścigu jest co najmniej kilka. Na samym Tour de France inną rolę miał na przykład Luke Rowe, który był kapitanem drużyny i miał największą pracę do zrobienia na płaskich etapach. Podobnie Jonathan Castroviejo. Ja z kolei jestem kolarzem bardziej uniwersalnym, więc moja praca w pomocy Geraintowi Thomasowi i Chrisowi Froome’owi, którzy byli naszymi liderami, była najpierw trochę po stronie Luke’a i Jonathana, a potem nieco większa i bardziej samodzielna w średnich górach. Na koniec starałem się być przydatny również w wysokich górach, choć to była dla mnie bardzo trudna sztuka, ale na ile mogłem, to dzięki moim umiejętnościom starałem się tam dawać z siebie wszystko. Ale od tej pracy są też kolarze, którzy radzą sobie dobrze przede wszystkim w górach, jak choćby Egan Bernal, czy Wout Poels. Wiadomo przecież, że każdy ma predyspozycje do nieco innych rzeczy.

Ten podział ról jest ważny, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że jeśli przychodzi odpowiedni czas i miejsce, to również i te role się w jakimś zakresie zmieniają. Tak jest na przykład na Ardenach, gdzie to ja mam olbrzymie wsparcie ze strony zespołu. Wtedy to ja jestem liderem i moja praca wygląda zupełnie inaczej, niż na takim Tour de France.

>> Tour de Pologne. Walka o bidony na mecie [WIDEO]

Pytam o to przede wszystkim dlatego, że jest bardzo wielu kibiców, którzy kolarstwo śledzą głównie przy okazji wielkich imprez. Widzą wtedy mistrza świata, który pracuje dla innych. Nie wszyscy rozumieją, dlaczego się „wypruwasz” i ze zmęczenia wyrzucasz okulary, a potem prawie się zatrzymujesz na kilka kilometrów przed metą. I pytają: „gdzie jest ten Michał Kwiatkowski, który wygrywa?”.

- Zdaję sobie sprawę, że kibice chcieliby mnie widzieć zawsze w roli lidera i tego, który walczy „na zabój” o każde zwycięstwo. Ale trzeba też zrozumieć jak dziś wygląda kolarstwo, jak wygląda cały sezon, że ścigamy się od stycznia do końca października i że jednym organizmem zwyczajnie nie da się wygrać wszystkich wyścigów. Przynajmniej ja jestem takim kolarzem, który nie wygrywa seryjnie, jak na przykład niektórzy sprinterzy. Mam raczej predyspozycje do tego, żeby wygrywać duże, ciężkie wyścigi, a tych w kalendarzu kolarskim nie jest aż tak wiele.

Z drugiej strony: przez to jak pracuję zdobywam sobie jakiś respekt nie tylko w grupie, ale w całym peletonie, więc mogę być pewien, że jeżeli przyjdzie odpowiedni czas i miejsce, to inni kolarze też będą mogli „podkładać się” pod mój wynik. Choćby tak, jak miało to miejsce w Ponferradzie, czy na innych wyścigach. W zeszłym roku było to bardziej widoczne na Milano-Sanremo, w tym roku może nieco mniej, zwłaszcza w Ardenach, gdzie moja forma nie była taka, jakbym chciał. Ale kiedy przychodzi mój czas i miejsce, to mam olbrzymie wsparcie. Nie tylko dlatego, że jestem silny na danym wyścigu i oczekuję tej pomocy od kolegów, ale też przez to, że doceniają pracę, którą kiedy indziej robię dla nich, więc ta jakby „zapłata” zawsze do mnie wraca.

Jest w waszym zespole jakaś wewnętrzna rywalizacja? Czujesz na plecach oddech Egana Bernala, czy twoja rola w zespole jest tak napisana, że po prostu cierpliwie czekasz na swój moment?

- Ja mam bardzo silną pozycję w grupie i dobrze wiem, co chcę osiągnąć. W sumie to cały sezon: wyścigi, treningi, zgrupowania, a na koniec też każdy sam siebie trochę weryfikuje. To przecież nie jest tak, że „na ślepo” wjeżdżamy w dany wyścig i dopiero wewnętrzna rozgrywka weryfikuje założenia i role na ten wyścig. Mamy ośmiu kolarzy na takim Tour de France, więc nie możemy dopiero po trzech etapach decydować o tym, kto jakie będzie miał zadania. Te składy są na tyle dobrze i inteligentnie dobrane, że każdy mniej więcej wie, czego możemy po sobie wzajemnie oczekiwać. To wydaje mi się bardzo zdrowe. Potem to już jest tylko kwestia formy, jaką każdy z nas dysponuje. Widzieliśmy to zresztą w tym roku po Geraintcie i Christopherze: ktoś mógł myśleć, że tam jest jakaś wewnętrzna rywalizacja, ale tak naprawdę i ostatecznie to sam wyścig trochę to weryfikował. To też pokazało, że dobrze jest czasem startować z dwoma liderami.

Czasem oczywiście ta medialna „bańka” fajnie wygląda i świetnie brzmi, zwłaszcza jak ktoś mówi, że przyjechał wygrywać, czuje się niesamowicie silny i tak dalej, ale ostatecznie najważniejsze jest to, co prezentujemy na rowerze i to, co mamy do zrealizowania, a niekoniecznie to, co rozdmuchują media.

Jest zasadne wrażenie nieco większej elastyczności po stronie Team Sky? Pewnego odejścia od dogmatu walki na rzecz jednego tylko kolarza, a w zamian wspierania tego, który ma największe szanse na sukces?

- Myślę, że to jest po prostu duży komfort, kiedy możemy sobie pozwolić na to, żeby mieć kilku liderów na dany wyścig. Wiemy przecież, że w takim Tourze, czy na innych wyścigach wykluczają nas kraksy, czy jakiekolwiek inne przypadki losowe. Widzieliśmy teraz w drugim czy trzecim tygodniu, że jakiekolwiek ataki były natychmiast neutralizowane czy to przez Chrisa, czy przez Gerainta, więc mając dwóch kolarzy wysoko w generalce można dzięki temu zupełnie inaczej grać. Nawet w klasykach, takich jak Sanremo czy Ardeny, mając dwóch liderów, a czasami nawet trzech, szanse na zwycięstwo znacząco rosną i zależnie od tego, jak się wyścig toczy, możemy to różnie rozgrywać taktycznie.

Wrócę jeszcze do przykładu Milano-Sanremo w 2017 roku, gdzie był Elia Viviani, który mógł zafiniszować i byłem ja. Mogłem podążać za atakami na Poggio i w ten sposób się z Vivianim uzupełnialiśmy. Chodzi o to, żeby team był zawsze zwycięski. Jeśli nie ma na początku tych założeń: kto i za co odpowiada, albo jak będziemy robić coś na siłę i po swojemu, to zwykle nic z tego nie wychodzi.

>> ME w kolarstwie torowym. Wojciech Pszczolarski złotym medalistą w wyścigu punktowym!

Za nami dwa etapy Tour de Pologne. Udało ci się rozpoznać formę największych rywali? Wiesz już, kto może być tutaj najgroźniejszy?

- Ciężko mi powiedzieć. Wydaje mi się, że Simon Yates i Dylan Teuns wyglądają w tym momencie bardzo dobrze. Myślę, że dopiero etap do Szczyrku i finałowa ścianka pokażą więcej, niż którykolwiek z płaskich etapów. Na razie jest tu dużo loterii. Można oczywiście podglądać to, co robią inne teamy i próbować odgadnąć kto ma największe wsparcie zespołu – jak chociażby Yates, ale to jeszcze tak naprawdę niewiele mówi o ich formie.

Zakładasz taki scenariusz, że wyścig może się rozstrzygnąć już w Szczyrku – poniekąd tak, jak w ubiegłym roku?

- Myślę, że tak. Oczywiście te etapy w Bukowinie są bardzo trudne i ciężkie, ale mimo wszystko zawsze meta pod górę robi największe różnice. Meta w Bukowinie wprawdzie też jest na podjeździe, ale nie jest aż tak wymagająca, jak meta w Szczyrku, gdzie jest krótki i bardzo dynamiczny finał. Trzeba tam być od początku dobrze ustawionym i jakakolwiek strata przy wejściu na tą ostatnią ściankę może słono kosztować.

Tour de Pologne wydaje się być wyścigiem w pewnym sensie skrojonym pod ciebie, ale najbliżej sukcesu byłeś tutaj w 2012 roku (Kwiatkowski zajął wówczas drugie miejsce – przyp. red.). Na czym polega jego trudność?

- Generalnie zawsze to słyszę (śmiech). W sumie nieważne jaki wyścig, a i tak każdy mówi: „ten jest dla ciebie”. Pewnie dlatego, że jestem bardzo uniwersalnym kolarzem, to każdy myśli, że wszędzie się mogę dobrze pokazać.

Czy skrojony pode mnie w tym roku? Nie wiem. Uważam, że trochę bardziej faworyzuje tych „świeższych” kolarzy, którzy nie mają Tour de France w nogach i którzy są gotowi na trochę bardziej dynamiczne ściganie, czyli właśnie takie etapy po 130-150 kilometrów.

Wprawdzie w ubiegłym roku też zaraz po Tour de France byłem gotowy, żeby walczyć w klasyku (Clasica Ciclista San Sebastian – przyp. red.) i tam było ponad 200 kilometrów, ale to też było zupełnie inne ściganie. Przez pierwsze sto lub więcej kilometrów nie czułem się najlepiej, dopiero gdzieś pod koniec wrócił odpowiedni rytm i udało się wygrać. Tutaj mamy codziennie etapy po 130-150 kilometrów, a na etapie w Szczyrku, czy potem w Bukowinie przez dwa dni trzeba być gotowym do walki od samego startu. Więc tu jest trochę inaczej i trudniej.

Na pewno tym, co mnie faworyzuje jest to, że ścigam się u siebie, przed polskimi kibicami i to mi daje super motywację. Dlatego byłem bardzo zdeterminowany, żeby po skończonym Tour de France jak najlepiej odpocząć i być gotowym na Tour de Pologne. Chociaż też nie mam jeszcze na tyle doświadczenia, żeby ocenić swój organizm i powiedzieć, czy jestem gotowy w takim stopniu, żeby tu wygrać. Oczywiście chciałoby się, żeby była czasówka, bo z reguły tam, gdzie wygrywałem generalki, jak choćby na Tirreno-Adriatico, jazda na czas trochę pomagała. Ale jest to co jest, a ja jestem gotowy, żeby walczyć.

Z wyścigami „krojonymi pod ciebie” w sumie podobnie będzie na mistrzostwach świata, choć część obserwatorów dla odmiany twierdzi, że trasa jest nieco bardziej pod Rafała Majkę. Jak się nastawiasz na ten wyścig?

- Mam nadzieję, że to będzie właśnie siła polskiej reprezentacji, że – tak jak mówiłem wcześniej – będziemy mieć komfort jazdy na dwóch liderów. Widzieliśmy podczas igrzysk w Rio, że się świetnie uzupełniamy, a ja mam zakodowane, że gramy zawsze na najlepszego zawodnika. Tylko to się liczy, osobiste ambicje trzeba odłożyć na bok.

Czyli w Innsbrucku też będzie przede wszystkim współpraca, a nie rywalizacja?

- Każdemu z nas łatwiej będzie współpracować z drugim, niż samemu jechać po któreś-tam miejsce. Jeśli pojawi się szansa, to trzeba spróbować ją wykorzystać.

>> Ackermann wygrał kolejny etap Tour de Pologne

Jaka w tym wszystkim rola Vuelty i jaka będzie twoja rola na Vueltę?

- Jeszcze nie wiem. Nie znamy do końca składu, nie wiem też na ile sprawę skomplikowała kraksa Bernala. Jeszcze jest dużo niewiadomych. Mimo, że jestem niemal pewny startu, bo to był mój plan od początku sezonu, żeby pojechać w Vuelcie i wierzę, że to jest dla mnie najlepsze przygotowanie do mistrzostw świata, to będę to raczej traktował jako szansę. Nie wiem jeszcze, jakie będzie nastawienie na wynik, czy będzie to próba generalki, czy jazda na etapy, na razie po prostu za wiele o tym nie myślę.

Zdecydowałem się na start w Tour de Pologne, żeby pozostać w rytmie wyścigowym. Od razu po Tour de Pologne wracam na zgrupowanie wysokogórskie, gdzie będę chyba do następnego poniedziałku, więc niecały tydzień przed Vueltą zjadę z wysokości. Ale samą Vueltę traktuję przede wszystkim jako dobre przetarcie przed mistrzostwami świata. Jeśli uda się to połączyć z walką zespołu o klasyfikację generalną lub jazdą na etapy, to będę na to bardzo otwarty, ale przede wszystkim będę myślał o tym, co będzie dwa tygodnie po zakończeniu Vuelty.

Jest to też pewien element mojego rozwoju na przyszłość, bo nie jechałem jeszcze w mojej karierze dwóch wielkich tourów w trakcie jednego sezonu. Między innymi też dlatego nie mam wielkich oczekiwań od Vuelty i nie wiem, jak mój organizm będzie reagował. To są tylko cztery tygodnie po Tour de France, do którego przygotowania zacząłem zaraz po skończonym Liege-Bastone-Liege (22 kwietnia – przyp. red.), czyli przez bardzo długi okres. Nie wiem więc, jak to będzie wyglądało. Mentalnie jestem nastawiony bardziej na mistrzostwa świata, a na dwa toury z rzędu patrzę nieco bardziej przyszłościowo, że jest to jakiś kolejny krok w moim rozwoju.

Nie masz obawy, że to będzie za dużo? Dwa wielkie toury przed mistrzostwami świata, które są – jak rozumiem – twoim głównym celem w tym sezonie?

- Tak, ale obawy też miałem w zeszłym roku, że jakiekolwiek większe ściganie po Tour de France to będzie właśnie za dużo. Byłem na zgrupowaniu wysokogórskim po San Sebastian, potem jakiś większy odpoczynek i moja forma w Bergen niby była w porządku, ale to nie był taki błysk, który pozwoliłby mi walczyć o medale. Chcę spróbować czegoś innego. W sumie na tym to polega w kolarstwie, żeby próbować poznać swój organizm, a kiedy już osiągnę „dojrzały” kolarski wiek, będę to miał jakby „zaprogramowane” i łatwiej mi będzie dojść do szczytowej formy.

Czego teraz najbardziej potrzebujesz?

- Trochę szczęścia. To przede wszystkim, bo jakakolwiek kraksa wypacza później całe ściganie. No i zdrowie, żeby już nie wracać pamięcią do sezonu 2016, gdzie cała praca nie szła w parze ze zdrowiem. Jeśli tylko będę zdrowy i uda mi się uniknąć większych kraks, a na szczęście te z etapu do Roubaix czy z Dauphine okazały się niegroźne, to o wynik jestem spokojny.

Leszek Ojrzyński: Legia Warszawa? Jestem gotowy, ale Dariusz Mioduski nie dzwonił. Dogrywka w Sport.pl

Więcej o: