Sport.pl

Tour de France. Lang: Michał Kwiatkowski jechał, mając w głowie "czasówkę"

- Widać, że Michał jest w formie, a jak on jest w formie, to jest świetnym "czasowcem" - mówi Czesław Lang o Michale Kwiatkowskim. Dyrektor Tour de Pologne jest na Tour de France, by dograć szczegóły ewentualnego startu w polskim wyścigu Rafała Majki, i po to, by kibicować Kwiatkowskiemu na przedostatnim etapie, jeździe indywidualnej na czas na dystansie 22,5 km. - Michał cały tour przepracował bardzo ciężko, ale nigdy nie musiał jechać do końca, oszczędzał siły. Wiem, że jechał, mając w głowie ten etap - mówi Lang. Relacja na żywo w Sport.pl

Łukasz Jachimiak: Chris Froome ma 23 sekundy przewagi nad Romainem Bardetem i 29 sekund nad Rigobertem Uranem – biorąc pod uwagę fakt, że Brytyjczyk bardzo dobrze jeździ na czas, można powiedzieć, że praktycznie znamy już zwycięzcę Tour de France?

Czesław Lang: Po pierwsze: rywale Froome’a jeżdżą na czas gorzej od niego, po drugie: nawet gdyby któryś zaskoczył, to nie na tyle, żeby odrobić ponad 20 sekund, bo ta „czasówka” nie będzie długa, jej trasa to tylko 22,5 kilometra. Wszyscy się spodziewają, że Brytyjczyk wygra, co nie znaczy, że będzie mógł pojechać na luzie. Froome musi walczyć przez cały dystans, żeby poradzić sobie nawet jeśli przytrafi mu się jakiś upadek czy awaria sprzętu. Takie rzeczy lubią się zdarzyć w ostatniej chwili. Pamiętam, jak sam wjeżdżałem do Paryża i kilka kilometrów przed Polami Elizejskimi złapałem gumę. Przez to ledwo dogoniłem grupę. Froome musi jechać mocno, żeby spokojnie swoje dowieźć. Zwłaszcza, że tym razem Michał Kwiatkowski już mu przecież nie pomoże, koła mu nie odda (śmiech).

Czego się Pan spodziewa po Kwiatkowskim na tym etapie?

- Bardzo liczę na to, że Michaś pojedzie swoją najlepszą „czasówkę”. On już wiele takich etapów kończył w czołowej „dziesiątce”. W prologu trwającego Tour de France zajął ósme miejsce, a od tamtego dnia minęły trzy tygodnie i niektórzy dobrzy „czasowy” się wykruszyli, nie przetrwali wyścigu, a niektórzy są pewnie tak zmęczeni, że teraz nie dadzą rady pojechać na maksa. Chociaż jak mi w piątek Edvald Boasson Hagen śmignął na mecie, to zacząłem się zastanawiać czy w ogóle czuje się zmęczenie, kiedy pojawia się szansa na wygranie etapu. Norweg pojechał zajeb*** Skoczył niesamowicie, chyba z 70 km/h kręcił.

Widział się Pan z Kwiatkowskim po piątkowym etapie?

- Nie, rozmawialiśmy przed nim, w piątek rano. Organizacyjnie Tour de France jest bardzo sztywny. Tu jest inaczej niż u nas. W Tour de Pologne czy na Giro d’Italia jest większa dostępność zawodników. A tutaj jeszcze kolarze dobrze nie przyjadą na metę, a już mają siedzieć w swoich autokarach. Z Michałem na pewno pogadamy przed „czasówką”, choć ja tu jestem głównie po to, żeby ustalić z Borą, co z Rafałem Majką.

Pojedzie w Tour de Pologne?

- Myślę, że raczej tak, ale potwierdzenia jeszcze nie mam.

Wróćmy do Kwiatkowskiego - Zenon Jaskuła twierdzi, że Michał może nawet tę „czasówkę” wygrać. Zgadza się Pan?

- Tak, jest w takiej formie, że trzeba go typować. Cały tour przepracował bardzo ciężko, ale nigdy nie musiał jechać do końca. Przypomnijmy sobie choćby ostatni górski etap z finiszem na Col d’Izoard – Michał kręcił mocno, ale na trzy kilometry przed końcem już sobie stanął.

Nie żal, że stanął, że nie przemęczył się do końca z najlepszymi?

- Wiedział, że tam Froome już sobie poradzi i oszczędzał siły. Widocznie z myślą o „czasówce”. W piątek sobie odpoczął jeszcze bardziej po ciężkiej pracy z czwartku.

W czwartek dyktował takie tempo, że odpadali Fabio Aru, Nairo Quintana, Alberto Contador. To najlepszy dowód mocy Polaka?

- Jasne, jeszcze rok temu byłoby nie do pomyślenia, że on poodczepia takich ludzi. Noga mu się kręci niesamowicie, bardzo łatwo mu to idzie. Widać, że jest w formie. A jak on jest w formie, to jest też świetnym „czasowcem”. Wiem, że jechał, mając w głowie ten etap.

Po „czasówce” będzie już tylko kończący wyścig etap przyjaźni. Jak się Panu podoba cały tegoroczny Tour de France?

- Wyścig zawsze robią kolarze. Organizatorzy mogą zrobić wszystko, najlepsze trasy zaplanować, ściągnąć najlepszych gości i kibiców, a jak kolarze nie będą się ścigali, jak będą jechali zachowawczo, to będzie kicha. W tym roku kolarze się bardzo mocno ścigają, dzięki czemu było mnóstwo emocji, dramaturgii, bardzo dobrze się to wszystko oglądało. Niedawno Giro dojechało do końca z najmniejszymi różnicami w czołówce, teraz w Tour de France mamy to samo. Skoro grupy zaczęły się wreszcie ścigać, a nie jeździć, to znaczy, że kolarstwo idzie w dobrym kierunku.

Jeśli chodzi o walkę z dopingiem, to chyba też? Nie widzimy na trasie robotów, nawet najlepszy Froome na dwóch etapach miał chwile słabości, przez co za pierwszym razem uciekł mu Aru, a za drugim uciekli Bardet, Uran i Aru.

- Był taki jeden robot, który zabijał wyścig przez wiele lat, a teraz na szczęście takich postaci nie ma. Dziś naprawdę łatwiej uwierzyć, że kolarstwo chce być czyste i że takie się staje.

Mówi Pan, że wyścig robią kolarze, a nie organizatorzy, ale decyzją o wykluczeniu Petera Sagana ci drudzy raczej wyścigowi nie pomogli?

- Ja Sagana bym na pewno nie wyrzucił. Jak ktoś dobrze przeanalizuje tamta sytuację, to zobaczy, że Sagan jechał z przodu, szedł po kole zawodnika, który był przed nim i, tak jak tamten, zjeżdżał lekko na prawo. Czyli tam, gdzie niepotrzebnie wpychał się Mark Cavendish, szukając miejsca przy barierkach. Sagan łokieć wyciągnął niepotrzebnie, ale to nie był złośliwy gest. I przede wszystkim tym łokciem Sagan nic nie zrobił, bo chwilę wcześniej Cavendish sam zahaczył o koło Słowaka. Niestety, sędziowie i organizatorzy bardzo Sagana skrzywdzili.

Wini Pan ich również za mnóstwo upadków na dziewiątym etapie, czyli tym, który okazał się ostatnim m.in. dla Majki?

- Tu absolutnie organizatorów nie winię. Co mieli zrobić? W końcu w deszczu trzeba by samochodami zwozić zawodników ze szczytów, na które wjechali. Zjazdy są przecież takim samym elementem walki jak podjazdy. Ktoś, kto potrafi zaryzykować i jest świetny technicznie, korzysta na zjazdach, a ten mocniejszy fizycznie, wydolnościowo, korzysta kiedy trzeba się wspinać.

A co z głosami, że zjazdy są za trudne, że organizatorzy zbyt mocno ryzykują zdrowie kolarzy? Pewnie powie Pan, że od lat trasy prowadzą przez te same miejsca?

- Oczywiście, taka prawda, przecież ja też jechałem przez Galibier czy Izoard. Nigdy nie było i nie będzie bezpiecznego kolarstwa. A kiedyś było trudniej. W moich czasach nie jeździło się w kaskach i drogi były dużo gorsze. Kiedyś przewracali się dosłownie wszyscy. Więcej – w sezonie każdy kolarz musiał zakładać, że przewróci się z 10 razy.

Więcej o: