Sport.pl

Tour de Pologne. Chłopaki nie płaczą na rowerze

- Łzy u kolarza oznaczają złość, że nie udało mu się dojechać do mety. Nie płaczemy, kiedy się rozbijemy - mówił Roman Maikin z RusVelo po pełnym kraks pierwszym dniu Tour de Pologne. W Warszawie drugi etap wygrał Czech Petr Vakoc.
Vakoe (Omega Pharma-Quick Step) uciekał w poniedziałek przez ponad 200 kilometrów. Zaczął tuż za Bydgoszczą, skończył na placu Teatralnym w Warszawie. Na metę wjechał 21 sekund przed peletonem i objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej Tour de Pologne. Najlepszy z Polaków Grzegorz Stępniak był 14. W klasyfikacji generalnej najwyżej jest Maciej Paterski (CCC Polsat Polkowice), który traci do Vakocia 35 sekund. Rafał Majka jest 19. ze stratą 37 sekund.

Drugi etap mimo wysokiej temperatury był dla kolarzy miłą odmianą po ekstremalnej jeździe w niedzielę. Kolarze startowali z Gdańska w 34-stopniowym upale, ale kilkadziesiąt kilometrów przed Bydgoszczą złapała ich burza. Temperatura spadła o kilkanaście stopni. Wzmógł się silny, boczny wiatr, który łamał drzewa i spychał kolarzy do rowów. Później zaczęło się gradobicie - kulki jak kostki do gry planszowej od kasków się odbijały, ale siniaczyły ręce i kolana.

- Nie spodziewałem się gradu. Prognozy nie były najgorsze, coś tam mówiło się o deszczu. Potem koledzy z Polski mówili mi na mecie: "Witaj w naszym kraju, taki mamy klimat". Ale ja nie narzekam. Każdy miał podobne warunki, chociaż słyszałem, że ci z ucieczki mieli jeszcze gorzej - mówi Włoch Moreno Moser (Cannondale).

Najbardziej ucierpieli zawodnicy, którzy jechali w ucieczce i nie mogli schować się wewnątrz peletonu - Kamil Gradek (reprezentacja Polski), Matthias Krizek (Cannondale), Anton Worobjew (Katisza), Jimmy Engoulvent (Europcar) i Maciej Paterski (CCC Polsat Polkowice). - Grad bił, aż bolały ręce. Było bardzo ślisko i niebezpiecznie. Przewróciłem się, co mnie wykluczyło z walki o zwycięstwo - powiedział Worobjew.

Jedynym z jego grupy, który się nie przewrócił, był Paterski, cichy bohater pierwszego etapu - uciekał przez ponad 200 kilometrów. Peleton dogonił go dopiero 1600 metrów przed metą. - Sam nie wiem, jak udało mi się nie zaliczyć kraksy. Rzadko się z takimi warunkami do jazdy spotykam. Ale tak już jest w kolarstwie. Bez względu na pogodę trzeba jechać dalej - powiedział Paterski.

Połamanych konarów nie udało się ominąć nawet Sylwestrowi Szmydowi (Movistar), jednemu z najbardziej doświadczonych w stawce. - Nie było szans przejechać obok gałęzi. Po chwili leżałem. Ale szybko wstałem i jechałem dalej. Takie trudne warunki czasem się zdarzają. Kiedyś przejeżdżałem z peletonem przez Alpy, złapała nas taka śnieżyca, że temperatura spadła do dwóch stopni. To było coś. I nikt wyścigu nie przerywał - powiedział Sylwester Szmyd.

- Pogoda trochę pokrzyżowała plany. Ale organizatorzy i kibice spisali się bardzo dobrze, bo szybko usuwali przeszkody z drogi - mówi dyrektor wyścigu Tour de Pologne Czesław Lang.

Za pomoc dziękował kibicom również trzeci kolarz Giro d'Italia Fabio Aru. - Dobrze, że gałęzie były szybko usuwane z trasy. Znacznie groźniej jest wtedy, kiedy taka pogoda towarzyszy etapom górskim. W niedzielę jak ktoś wypadł z trasy, to w najgorszym wypadku lądował w rowie. W górach poleciałby kilkadziesiąt metrów w dół - powiedział Aru.

Brytyjczyk Joshua Edmondson (Team Sky) stracił ponad 18 minut i był na mecie czwarty od końca. Etap z Gdańska do Bydgoszczy był płaski, więc to duża strata. - Grad, silny wiatr, deszcz, upał. Nie było tylko śnieżycy. Ale jechałem kiedyś w trudniejszych warunkach. We Francji na górskim etapie było bardzo zimno, padał deszcz, a trzeba było zjeżdżać ze szczytu. Jak się nie wyrobiłeś na zakręcie, leciałeś w przepaść. Tu nie było aż tak źle - mówił Edmondson.

- Kolarstwo to nie żużel. Nie przerywamy, jak jest zła pogoda. Kolarze to twardzi i odważni ludzie. Wiadomo, trzeba jechać z głową i niepotrzebnie nie ryzykować. Bo przy prędkości 60 km/godz. można sobie zrobić krzywdę - powiedział Michał Gołaś oglądający wyścig jako kibic. Ze startu zrezygnował też Michał Kwiatkowski. Kolarz Omega Pharma-Quick Step odpoczywa po długim i bardzo dla niego wyczerpującym Tour de France. - Niedzielne warunki byłyby dla niego idealne. Michał jeździ piekielnie szybko, kiedy pogoda jest zła. Świetnie panuje nad rowerem i mija rywali jak rajdówka. Gdyby jechał, na pewno wygrałby etap - stwierdził Szmyd.

Po dwóch etapach po 226 km dziś krótszy wyścig. Kolarze mają do przejechania 174 km z Kielc do Rzeszowa.

Więcej o: