Sport.pl

Tour de France. Chris od hipopotamów

Najpierw koślawo jeździł rowerem po Afryce, teraz wygrywa największe wyścigi. Chris Froome, superczłowiek z peletonu, walczy o trzeci triumf w Tour de France.
To był bardzo zły piątek dla Johna Robertsona. David George, najlepszy kolarz, na jakiego w tym momencie było go stać, nie odbierał telefonu. Robertson miał obsadzonych siedem miejsc w kierowanej przez niego Konice Minolcie, grupie, która miała powalczyć w jednym z wyścigów w RPA. Brakowało ósmego zawodnika i w ciągu kilku godzin trzeba było go znaleźć, inaczej zespół zostałby wycofany. Chrisa Froome'a, młodego chłopaka dorastającego najpierw w Kenii, a potem w RPA, nie brał poważnie pod uwagę. Widział go na trasie rok wcześniej, ale dzisiejszy lider Tour de France nie zrobił na nim wtedy wielkiego wrażenia.

- Nawet go polubiłem, bo był cichy i chyba inteligentny, ale po prostu nie potrafił jeździć. W ten piątek byłem jednak tak wkurzony, że wpisałem go na listę zamiast George'a, który nie oddzwonił - mówi Robertson.

I tak Froome w 2007 roku dostał swój pierwszy zawodowy kontrakt. Wcześniej nikt o nim nie słyszał. Froome'a odkrył David Kinjah, jeden z najbardziej utytułowanych kolarzy w Kenii, pierwszy czarnoskóry zawodnik z Afryki w europejskiej drużynie. Jane Froome przyprowadziła do niego 12-letniego Chrisa. Mąż pracował wtedy w RPA. Miała trzech synów i w pewnym momencie 50 węży, bo chłopcy je uwielbiali i trzymali w domu. Chris miał dwa pytony i bardzo chciał jeździć na rowerze, ale matka nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Nie miał cech wielkiego mistrza. Może tylko ta jego głowa. Był bardzo zacięty. - Biały chłopiec nie miał lekko w kenijskiej wiosce. Próbowaliśmy go nawet zniechęcać. "Chris, to jest Afryka, za ciężkie życie dla ciebie". Ale on nie słuchał. Pamiętam, jak ćwiczył jazdę, chwytając się ciężarówek, które jechały z prędkością 80 km/godz. Nie myślał, że coś może się stać na dziurawych drogach, na których często leżały martwe psy. Raz mi powiedział, że prawie zginął, bo gonił go hipopotam - wspominał Kinjah w rozmowie z "Daily Telegraph".

Zawodowe początki były trudne. Pierwszy wspólny trening z drużyną, 180 km do przejechania. Robertson wraz z mechanikiem zespołu oglądali jazdę z samochodu. - Byliśmy przerażeni. Froome nie potrafił nawet jechać prosto. Po treningu mechanik przyszedł do mnie i powiedział: "John, masz oko do talentów, nie kwestionuję tego. Ale co my zrobimy z Froome'em? Musimy się go jak najszybciej pozbyć z drużyny!" - wspomina Robertson.

Mówi też, że było coś jeszcze, co odróżniało Froome'a od reszty - nikt nie pracował ciężej od niego. Kiedy oni po czterech godzinach treningu szli na kawę, Froome jechał dalej, jeszcze dwie-trzy godziny. Oni spali przed porannym treningiem, a on wstawał w środku nocy, wsiadał na rower, wracał przed świtem, na chwilę się kładł i znów trenował.

- I tak przez sześć tygodni, aż poczuł, że robi coś źle, bo jego ciało nie wytrzymuje. Kwestionował wszystko. Coś mu kazałem, a on pytał, dlaczego akurat tak ma to robić. Nie można inaczej? Widać było, że kiedy inni słabli, on zyskiwał na mocy - wspomina Robertson.

W 2006 roku na pierwszy europejski wyścig Froome pojechał do Salzburga - reprezentował Kenię na mistrzostwach świata w kolarstwie szosowym do lat 23. Na jednym z pierwszych zakrętów pogubił się i wjechał w komisarza wyścigu. Pierwszy górski wyścig w Europie? Leżał trzy razy na pierwszym etapie. - Ale trzy dni później był najszybszy. Nie znałem wcześniej kolarza, który ćwiczyłby tylko moc i wytrzymałość, a to właśnie robił Froome. Dziś to całkiem inny zawodnik, zrobił się wszechstronny i z taką formą przez dwa-trzy lata będzie lepszy od reszty - mówi Robertson.

W 2010 roku Froome podpisał kontrakt ze Sky. Kinjah, jego pierwszy trener, doradzał mu, jak najszybszą zmianę barw na brytyjskie. Ani w Kenii, ani w RPA Froome nie był dobrze traktowany. Zawsze był kimś z zewnątrz. - Mimo że jeździłem pod kenijską flagą, to miałem brytyjski paszport i czuję się Brytyjczykiem - mówił Froome rok po przenosinach do Sky.

- Bzdura, taki z niego Brytyjczyk jak ze mnie - mówi Robertson. - Obaj mamy brytyjskie paszporty, ale jesteśmy z Afryki. Ja spędziłem w Anglii może z miesiąc życia, Froome mieszka w Monako i kiedy ma wolne, to wraca do RPA, a nie do Anglii - dodaje.

W Sky Froome został pomocnikiem gwiazdora Bradleya Wigginsa, ale szybko się okazało, że wcale nie jest od niego słabszy. W 2011 roku był drugi w klasyfikacji generalnej Vuelta a Espana. Rok później to samo miejsce zajął w Tour de France, ustępując tylko Wigginsowi, chociaż mogło być różnie, bo Froome był mocniejszy w górach, kilka razy pomagał i czekał na swojego partnera. W 2013 roku wygrał Tour de France. Był młody i naturalnie zastąpił Wigginsa na czele drużyny.

Jego niezwykła moc w górach wywoływała dyskusje. Wyniki Froome'a na podjazdach wyglądały jak z ery dopingowej i wielu głośno mówiło, że albo coś bierze, albo ma zamontowany w rowerze silnik. Ale wyniki krwi Brytyjczyk miał zawsze w normie.

W 2015 roku Froome wygrał znów Tour de France, ale na trasie nie miał lekko. Jeden z kibiców rozlał na niego mocz, inni krzyczeli "dopingowicz" i wywieszali transparenty, które sugerowały, że nie wierzą, iż jest czysty. Gazety nazywały go mutantem i superczłowiekiem, a eksperci żądali testów VO2 max, które wskazałyby, jaki pułap tlenowy ma Froome. Dla przeciętnego człowieka maksymalny pobór tlenu w warunkach maksymalnego wysiłku wynosi 35-40 jednostek. Dla chodzących na siłownię ponad 40. Kolarz startujący w Tour de France powinien mieć wynik na poziomie ponad 70 jednostek. Froome w 2015 roku w końcu wyjawił światu, jaki ma wynik, a badanie opisał magazyn "Esquire". Wyszło 84,6, ale Brytyjczyk podczas badań był cięższy o trzy kilogramy niż w trakcie Tour de France. Obliczono więc, że w normalnych warunkach jego VO2 max wynosi ponad 88. Greg LeMond podobno miał 92,5 - to jeden z najwyższych wyników u sportowców w historii. Ale 88 Froome'a to wynik osiągnięty w ośrodku badań. Kiedy dochodzi rywalizacja na trasie, człowieka stać na więcej.

Teraz 31-letni kolarz znów jest liderem, wycofał się Alberto Contador, a Nairo Quintana, promowany jako główny rywal Brytyjczyka, nie spieszy się, by zaatakować. - Froome zaskoczył nas w tym roku tak bardzo, że nie wiemy, czego się po nim spodziewać. Ale spokojnie, wyścig jest długi, jeszcze zmierzymy się indywidualnie, a wtedy nogi zdecydują - mówi Quintana.

Partnerem wyjazdu na Tour de France była Skoda.



Pięknie skacze i pięknie wygląda. Poznajcie Marie-Laurence Jungfleisch


Więcej o: