Piłka nożna jest dla każdego: grubego, chudego, chłopca i dziewczynki. Wystarczy trener z pasją i dobrym podejściem

Dawid Szymczak
10.07.2019 16:31

WOJCIECH SURDZIEL

PZPN niedawno stworzył akcję „piłka dla wszystkich”. Tomasz Gałan, nauczyciel wuefu w pięciotysięcznej wiosce, zasady tej akcji wprowadził znacznie wcześniej. – Drzwi na moje treningi na orliku są otwarte dla wszystkich – mówi. Później lepszych zawodników oddaje do klubu, a sam zostaje z mało uzdolnionymi. Wyrównuje szanse. – Nikt się nie śmieje, że czegoś nie potrafią. Dobrze się bawią na swoim poziomie i uczą się grać w piłkę, chociaż nie mają predyspozycji. Wracają do domu szczęśliwi. Ja też – tłumaczy.

Tomasz Gałan: Na orliku mam taką zasadę, że drzwi są otwarte dla wszystkich, więc przychodzą chłopcy i dziewczynki. Otyli, szczupli, niscy i wysocy. Czasami chcieli sami, czasami przyprowadzali ich rodzice i pytali, czy ich dziecko może spróbować „bo tylko siedzi przed komputerem i lepiej, żeby wyszło na dwór”. Zapraszałem każdego, ale zauważyłem, że 70-80 proc. dzieci to byli wysportowani chłopcy z predyspozycjami, żeby grać w piłkę. Dla nich 2-3 takie treningi w tygodniu to było za mało, żeby się rozwijali. Potrzebowali w weekend meczu w lidze - zmierzenia się z rówieśnikami, rywalizacji, takiego testu umiejętności. Wtedy „przesuwałem ich” do klubu, bo tam mieli taką możliwość.

Ja zostawałem z tymi mniej utalentowanymi dziećmi, które nie mają predyspozycji do zawodowego uprawiania sportu, ale piłka jest ich pasją. Znają wyniki ze wszystkich lig, śledzą transfery, wypowiedzi piłkarzy, wiedzą kto jest na którym miejscu. Żyją tym, ale jak wcześniej przychodzili na treningi, to widzieli, że odstają od tych najlepszych. Mogłem mówić, że na treningu nie ma miejsca, żeby się z kogoś śmiać albo go krytykować, ale dzieciaki widzą się w szkole, po szkole i tam sobie dogryzają. Wtedy ci słabsi opuszczali zajęcia, a z czasem w ogóle rezygnowali. I tak zrodził się w mojej głowie pomysł, żeby zrobić treningi tylko dla nich.

Dawid Szymczak: Dużo dzieci trenuje?

Jest duża rotacja, bo jak przychodzi ktoś nowy i widzę, że się wyróżnia, to od razu kieruję go do Polanina Strzałkowo i tłumaczę rodzicom, że tam będzie mu lepiej, bo lepiej rozwinie się wśród zdolniejszych piłkarzy. Teraz moja grupa liczy około 30 osób. Uczę ich podstaw: techniki, zajmowania pozycji na boisku itd. Głównie poprzez grę, bo dla nich ma to być przede wszystkim zabawa i miłe spędzenie czasu.

Jaka jest satysfakcja z takiej pracy?

Chcę, żeby byli coraz lepszymi piłkarzami. Nauczyli się wychodzić na pozycję, żeby nie stali w miejscu, żeby rozumieli, że nie chodzi tylko o zdobywanie bramek, ale też ktoś musi być obrońcą, pomocnikiem itd. Podstawy. Taka praca jest bardzo satysfakcjonująca.

Co jest pana największym sukcesem?

Nie chciałbym na pewno mówić o takich osiągnięciach typowo sportowych.

Domyślam się.

Do tej pory pracowałem ze zdolnymi zawodnikami i myślałem o tym, żeby stawiali się lepsi, żeby drużyna wygrywała i na koniec zdobyła mistrzostwo. Z perspektywy czasu patrzę na te wszystkie sukcesy i one nie są aż tak ważne. To, co dzieje się na orliku uważam za największy sukces. Widzę, że ci mniej utalentowani chłopcy wychodzą na boisko i się tym cieszą, starają się, oddają temu całe serce. To duży sukces, że ich zauważyłem i mogą się dzięki temu realizować. Nikt ich nie wyśmiewa, schodzą z boiska uśmiechnięci i z tymi uśmiechami wracają do domów. Ja też. Korzyści są obustronne.

Pan jakie ma korzyści?

Wyhamowałem. Mam trochę więcej czasu dla siebie i dla rodziny. Bo praca w klubie była absorbująca, ale takie już miałem podejście. W pewnym momencie to, że wracałem do domu po meczach i zamiast cieszyć się weekendem z rodziną, siadałem w ogródku i robiłem analizę spotkania, stało się obiektem do takich żarcików, przytyków od najbliższych. Pisałem sobie takie karteczki z różnymi myślami jeszcze na gorąco, a później do tego wracałem i pomagało to wyciągać wnioski na przyszłość. Dzisiaj chyba bym sobie kupił drona do tego wszystkiego, żeby nagrywać mecze, ale wtedy jeszcze takich możliwości nie było i musiałem opierać się na swojej pamięci. Albo oglądałem mecz Swansea – Arsenal chyba z 40 razy i analizowałem: zachowania obrońców, środkowych pomocników i jeśli coś się powtórzyło, to uznawałem to za schemat. Tak się uczyłem np. zakładania pressingu przez defensywnego pomocnika. Jak to ma wyglądać na boisku, kto mu powinien pomagać itd. Dzisiaj jest to do znalezienia w internecie, ale wtedy było trudno o taką wiedzę. Jeździłem co prawda na konferencje trenerów, ale prawie zawsze wychodziłem z niedosytem.

I jak to profesjonalne podejście, rzadko spotykane na takim poziomie, ta ambicja, o której pan mówi, ma się do tego, że nie chciał pan pójść wyżej, trenować lepszych?

Był taki moment, że chciałem zająć się drużyną seniorską, ale musiałbym do niej wejść na swoich zasadach, a w tych warunkach to po prostu niemożliwe i ja to doskonale rozumiem. Nie mógłbym brać odpowiedzialności za wynik i grę drużyny, jeśli w tygodniu miałbym kilku piłkarzy na treningu, bo reszta pracuje. Niektórzy na dwie zmiany, więc nie mógłbym od nich wymagać przyjścia na trening. W jednym tygodniu miałbym tych zawodników, w kolejnym innych. I jak tu zrobić jakąś taktykę, przećwiczyć coś? 

Pan chciałby profesjonalnie. Jak z dziećmi, które kończą lekcje o godz. 15.

No tak. Miałem też propozycję od Akademii Reissa za dwa razy lepsze pieniądze i mniej zajęć w tygodniu. I zgodziłbym się na to, gdyby nie to, że trwał sezon i chciałem doprowadzić drużynę do końca. A później sprawy potoczyły się inaczej, dostałem propozycję bycia radnym gminy i wygrałem w wyborach. Podoba mi się ta praca. Ta sprawczość. Że dzięki niej też mogę wpływać na to, co dzieje się w klubie czy na orliku. Choćby na warunki, w jakich trenujemy. W październiku na stadionie będą trybuny, normalne, a nie pozarywane, ławki rezerwowych i poszerzone boisko.

Teraz lepszych piłkarzy oddaje pan do klubu. Jak kilka lat temu pracował pan w klubie i po najlepszego zawodnika zgłosił się inny klub, to też nie robił pan problemów z odejściem. Nie ma pan parcia na osiągnięcie sukcesu.

Chcę, żeby najlepsi zostawali z nami, ale zawsze – chociaż zabrzmi to górnolotnie – dla mnie najważniejszy jest człowiek. On musi mieć stworzone warunki do rozwijania się. I muszę pomyśleć czy ja mu ten rozwój w tych warunkach zapewniam, czy gdzieś indziej będzie mu o to łatwiej. Pewnie, że przyjemnie pracuje się ze zdolnymi piłkarzami, ale jak widzę, że taki zawodnik potrzebuje kolejnego bodźca: wyższej ligi, innego trenera, innego środowiska piłkarzy, to zgadzam się i umożliwiam mu dalszy rozwój. Bo to jest najważniejsze.

Mało kto myśli w ten sposób.

Kiedyś miałem podobną sytuację w szkole. Chodziło o siatkówkę. Mieliśmy chłopaka, który był niezwykle utalentowany – już w szóstej klasie mierzył 180 cm, wygrywał nam wszystkie turnieje. Powiatowe, rejonowe… Miazga. Wojewódzkie były u nas, przyszło mnóstwo ludzi i zawodnicy trochę się „spalili”. Zajęliśmy nie pierwsze miejsce, ale trzecie, co i tak było największym sukcesem w historii szkoły. Zaczęli się zgłaszać trenerzy z klubów, m.in. Jastrzębskiego Węgla i mówili, że mają dla niego szkołę, internat i chcą go u siebie. Wysyłałem ich oczywiście do rodziców, bo to oni musieli podjąć taką decyzję, a ja tylko wyraziłem swoje zdanie, że warto spróbować, bo ma talent i – właśnie, a propos rozwoju – musi odejść, żeby stawać się lepszym. Pewnie, że mogłem go zostawić i dalej „wygrywać nim turnieje”, a później oddać do gimnazjum, żeby oni też wygrywali. Ale chodzi o to, żeby on się rozwijał! I parę osób – wuefistów czy działaczy – miało mi za złe, że pozwoliłem mu odejść.

Jakie są największe problemy takiego lokalnego trenera?

Musi być wszystkim. Ja byłem trenerem, kierownikiem, sprzątaczem, opłacałem sędziów, organizowałem opiekę medyczną na mecze i te wszystkie formalności. I to mnie wykończyło po kilkunastu latach. Zamiast myśleć tylko o tym, żeby trenować zawodników i sprawiać, żeby byli lepsi, to trzeba było zastanawiać się czy są licencje opłacone, czy lekarz nie ma akurat teraz urlopu i da radę przyjechać. Wystarczyłaby jedna osoba do pomocy, żeby trochę odciążyła mnie w tych formalnych sprawach. Pracowałem w szkole, prowadziłem treningi z dwoma drużynami i jeszcze zajęcia na orliku jako animator sportu. Pracowałem po 10 godzin dziennie i po kilkunastu latach potrzebowałem odpoczynku. Ale wychodzi na to, że wszystko jest po coś. W moim przypadku – żeby dotrzeć do tych mniej zdolnych dzieciaków na orliku.