Jak Krzysztof Piątek osiągnął sukces? Tłumaczy jego ojciec: "U Krzyśka zdecydowała głowa. Najpierw głowa, a dopiero później nogi"

Dawid Szymczak
27.06.2019 17:51
Krzysztof Piątek już strzela w barwach AC Milan

Krzysztof Piątek już strzela w barwach AC Milan (ANTONIO CALANNI/AP)

Niemczę i Mediolan dzieli ponad 1000 km. Krzysztof Piątek potrzebował czterech przystanków, by z małego miasteczka na Dolnym Śląsku trafić na San Siro. To droga, której nie pokonałby bez swojej determinacji, odwagi i pewności siebie. Ważny w tej historii jest też jego ojciec - Władysław, pierwszy trener i idol.

- Kariera Krzyśka toczyła się idealnie. My nauczyliśmy go wszystkiego, co sami potrafiliśmy w Dzierżoniowie, więc poszedł do Zagłębia Lubin. Później wziął go Michał Probierz i nauczył nowych rzeczy. Genua to już była eksplozja, ale ten klub też był bardzo potrzebny. No i Milan, gdzie wszedł na jeszcze wyższy poziom. Nie sposób wskazać jedną osobę odpowiedzialną za jego sukcesy – twierdzi Andrzej Bolisęga. – Chociaż nie. Nie rozmawialibyśmy o Krzyśku, gdyby nie Władek. To jest prawdziwy ojciec sukcesu – poprawia się były trener Piątka.

Na początku pomógł mu ojciec

Z ojcem byli właściwie nierozłączni.Razem chodzili na mecze: Władysław grał, a Krzysztof odbijał piłkę o trybuny, bo samo spotkanie niespecjalnie go interesowało. Naprzeciwko stadionu w Niemczy był basen, gdzie ojciec był ratownikiem. W wakacje Krzysiek spędzał tam całe dnie: mama tylko donosiła im jedzenie, a oni uczyli się skakać do wody z coraz wyższych trampolin. – Jak Krzysiu miał pięć lat, to już z trzech metrów skakał – wspomina dumny ojciec. To słynne zdjęcie, które wypłynęło przed prezentacją Krzysztofa w Mediolanie, gdy siedzi owinięty ręcznikiem z herbem Milanu, zrobiono właśnie na tym basenie.

Ojciec do dziś parę razy w tygodniu pokonuje kilka długości basenu w Dzierżoniowie. Kiedyś podnosił ciężary, biegał na długich dystansach, grał w tenisa stołowego i w piłkę nożną w Niemczance Niemcza. Najpierw w środku pomocy, a wraz z wiekiem coraz bliżej linii bocznej. Aż do pięćdziesiątki, gdy kończył karierę jako boczny obrońca. – Nieźle dośrodkowywałem – mówi, więc gdy Krzysiek wracał do domu ze szkoły, szli razem na boisko. Ojciec centrował i sporo krzyczał: „nabiegaj, musisz być w ruchu”. Raz na woleja, później na głowę, na prawą nogę i lewą. – Cały czas mu powtarzałem, że napastnik jak nabiega, to jest sto razy groźniejszy. Widział pan bramkę co strzelił Atalancie? Był lepszy od Duvana Zapaty, bo był w ruchu – tłumaczył Władysław, gdy spotkaliśmy się w marcu.

ANTONIO CALANNI/AP

Krzysiek zaczynał kopać piłkę przy rynku w Niemczy. Mieszkał obok, na wąskiej uliczce rozgrywał pierwsze mecze. Głównie z Cyganami, bo kilkanaście lat temu było ich w mieście mnóstwo. Z czasem zaczął grać w miejscowej Niemczance. Był najmłodszy w zespole, wyróżniał się chudymi nogami, zadziornością i pewnością siebie. Nie bał się starszych i większych od siebie chłopaków, a gdy na sparing do Niemczy przyjechał Andrzej Bolisęga z drużyną w jego wieku czuł się idealnie. Wreszcie miał rywali równych sobie. I zrobił na trenerze przeciwników tak duże wrażenie, że zaraz po meczu rozmawiał z tatą Krzyśka, żeby pozwolił mu przenieść się do Dzierżoniowa. Tam była szkoła sportowa, on budował drużynę dla dzieci w jego wieku, mieli świetne warunki do treningów, bo swoje obiekty udostępniał im MOSiR. A że dysponował jednym z pierwszych pełnowymiarowych boisk ze sztuczną nawierzchnią w Polsce, dwoma pełnowymiarowymi trawiastymi i kolejnymi dwoma treningowymi, a obok stała jeszcze hala i basen, to Krzysiek miał tam lepsze warunki niż później w Zagłębiu Lubin, gdzie przecież i tak nie było na co narzekać.

Ojciec nie zgodził się od razu. Z Niemczy do Dzierżoniowa było kilkanaście kilometrów, Krzysiek miał jedenaście lat, był łobuziakiem – nie lubił się uczyć, nauczycielom mówił, że na życie zarobi nogami, więc lektur czytał nie będzie, bo to niepotrzebne. Rodziców przekonał dopiero próbny turniej, na który ich syn pojechał razem z nowym zespołem i tatą w roli opiekuna.Gdy już wracali do domu, a Krzysiek przez całą drogę płakał, że musiał rozstać się z kolegami, rodzice ulegli. Jego życie przyspieszyło: wstawał codziennie po szóstej, żeby po niecałej godzinie jazdy autobusem być w szkole. Tam kilka godzin w klasie, kilka wuefu, później obiad, trening w klubie, powrót do domu. Dzień w dzień niemal identycznie.

- To nie było tak, że strzelał po 30 goli w sezonie, nie jeździł też na zgrupowania kadry dolnośląskiej, nie zawsze grał jako napastnik. Trener wystawiał go też w środku pomocy, bo brakowało mu trochę szybkości. Jak lokomotywa, musiał się rozpędzić – opisuje Rafał Markowski, jego wuefista.

Po kilku latach gry w Lechii, Piątek awansował do seniorów, występujących wtedy w III lidze. Nie grał często, średnio po 28 minut w meczu. To wystarczyło, by Zagłębie Lubin zwróciło na niego uwagę. Jak lokomotywa – tam się rozpędził.

Przepis na sukces: odwagę zmieszać z pracowitością

Wtedy jego ojcu ulżyło. – Jak w Lubinie się na nim poznali, to wiedziałem, że z tego poziomu Krzysiek już nie spadnie – mówi Władysław Piątek. – Piątek w odpowiednim momencie trafiał na odpowiednich ludzi. Najpierw w Dzierżonowie, później w Lubinie na Piotra Stokowca, który lubi stawiać na młodych i w Cracovii na bardzo dobrych trenerów: Jacka Zielińskiego i Michała Probierza – wymienia Bolisęga. W Lubinie nauczył się samodzielności, a w Krakowie profesjonalizmu. Posiadł więc cechy, bez których nie zrobiłby kariery we Włoszech. – To, co stało się później w Genui, trudno racjonalnie wytłumaczyć – dodaje pierwszy trener Krzysztofa Piątka.

- Nikt by nie powiedział, że zrobi tak wielką karierę. W jego roczniku byli bardziej utalentowani chłopcy. Nie było za to ciężej pracujących, bardziej zaangażowanych. Do dzisiaj powtarzam chłopakom, że sam talent nie wystarczy, trzeba się codziennie starać i poświęcać. Poprzeć to przykładem Piątka jest bardzo łatwo – opowiada Markowski.

- Patrząc na niego przed meczami, jak stoi w tunelach największych stadionów, widzę dokładnie tę samą „złość” w oczach, którą miał już w Dzierżoniowie – twierdzi Bolisęga. - Opowiadam też uczniom o jego odwadze. Trudne spotkania go napędzały. Zadziorność na twarzy, zero myślenia z kim gra, koncentracja tylko na sobie i golach. Nigdy nie pękał, mówiąc kolokwialnie – zauważa wuefista.

- Najwięcej zawdzięcza sam sobie, bo zostawał po treningach i ciężko pracował. No i miał mądrych menedżerów, którzy nie pchali go od razu do lepszej ligi – mówił Michał Probierz w „Lidze Plus Extra”. - Dużo też oglądał. Kiedyś coś mu doradziłem, a on mi powiedział, że w Bundeslidze to robią inaczej, bo widział w meczu – śmiał się trener Cracovii.

- Pamiętam, co mówili ci wszyscy eksperci, jak przechodził do Milanu. Że za wysokie progi, że za szybko, że przepadnie. I co? Pozamykał usta wszystkim. Jak się płaci 35 milionów euro to nie po to, żeby siedział na ławce. U niego zdecydowała głowa. Najpierw głowa, a dopiero później nogi. Gdzie jest, tam strzela i nie przejmuje się tym całym szumem. To bardzo ważne. Cieszyłem się, że idzie do Milanu, bo to rozwojowy zespół. Średnia wieku około 23 lat – tak sukces syna tłumaczy Władysław Piątek.