Sport.pl

Szymon Kołecki o tym, jak było: Albo się urwie, albo wytrzyma

Rozmawiał Łukasz Cegliński
30.05.2011 , aktualizacja: 30.05.2011 08:59
A A A Drukuj
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
- Jako młody chłopak byłem narwany, zawsze chciałem dźwigać więcej, trenować ciężej. Kiedy trafiłem do kadry w wieku 17 lat, to trening już był bardzo mocny, a ja starałem się jeszcze coś dołożyć. Te dwa lata forsowania organizmu zaważyły na mojej karierze - mówi Szymon Kołecki
Szymon Kołecki
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Szymon Kołecki
Szymon Kołecki na pekińskiej olimpiadzie
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Szymon Kołecki na pekińskiej olimpiadzie
Srebro w Sydney potraktował jako porażkę, do Aten nie pojechał, bo był podejrzany o doping, srebro w Pekinie było jego zwycięstwem. Czy 30-letni obecnie sztangista powalczy o medal na igrzyskach w Londynie w 2012 roku? Na razie wciąż leczy kontuzję...

Łukasz Cegliński: Co pana najbardziej w życiu bolało?

Szymon Kołecki: Głowa mnie czasami boli, czasem ząb.

Głowa i ząb?! Myślałem, że kręgosłup albo kolana.

- Najbardziej nieprzyjemny jest ból głowy. Nie demonizujmy bólu wynikającego z kontuzji, bo czuć go dopiero wtedy, kiedy podrzuca się 200 kg, a nie w codziennym życiu.

Od 10 lat zmaga się pan z urazami, po których niektórzy do sportu już nie wracają. A pan wraca i co cztery lata walczy o złoto na igrzyskach.

- Pierwsza poważna kontuzja powoduje reakcję łańcuchową - uszkodzone mięśnie, kości czy ścięgna nie odzyskują 100 proc. sprawności i wracając do normalnego treningu, bardziej obciąża się inne narządy. Ja wyleczyłem kręgosłup, ale przez jakiś czas nie mogłem go obciążać tak jak kiedyś, więc w większym stopniu dźwigałem nogami - stąd wzięła się kontuzja kolana. A złoto gonię, przed igrzyskami mocno trenuję i także dlatego dolegliwości ciągle się pojawiają.

Jak to było z tym kręgosłupem?

- Po raz pierwszy zabolał mnie w 2000 roku przed igrzyskami w Sydney. Od tego momentu nie mogłem swobodnie trenować.

A nieswobodnie? Można w ogóle podnosić ciężary z bolącym kręgosłupem?

- Aby znieść najcięższe obciążenia, trzeba mieć pełny komfort, nie można odczuwać żadnego bólu. Jeśli kręgosłup boli tak, jak przeciętnego człowieka, który czasem nie może założyć butów, to i ja nie mogę trenować. Ale jest jeszcze ból pośredni, który doskwiera, daje sygnały, powoduje dyskomfort, lecz nie wyklucza treningu, a ciężary do 80 proc. naszych możliwości są pod naszą kontrolą. Przy mocnym usztywnieniu mięśni grzbietu można podnosić sztangę bez ryzyka. Na duże ciężary wchodzi się jednak dopiero wtedy, kiedy te dolegliwości ustępują. W 2004 roku stwierdziłem, że cztery lata mniejszych lub większych problemów to za długo. Nigdy nie mogłem przejść normalnego okresu przygotowawczego - kilkanaście, a nawet kilka dni przerwy powodowało powrót do zerowego stanu, jeśli chodzi o formę. Nie byłem w stanie dobrze przygotować się na zawody.

Skomplikowana operacja się udała. Od razu przestało boleć?

- Tak naprawdę przestało po półtora roku, po dobrym okresie treningowym i wzmocnieniu grzbietu. Pierwsze miesiące nie były wcale takie obiecujące, choć mogłem trenować bez wcześniejszych przerw. Dwa lata po operacji, na mistrzostwach świata w Santo Domingo, czułem jeszcze niepewność, ale potem było już bardzo dobrze.

Musi pan być ekspertem od bólu.

- Ból dotyczy każdego zawodowego sportu - jak ktoś chce osiągnąć sukces, to musi wyżyłować swój organizm do granic możliwości i mieć na tyle rozsądnego trenera, który dopilnuje, by tych granic nie przekroczyć. Jeśli się do tej granicy nie dotrze, to np. igrzysk się nie wygra. Jeśli się ją przekroczy i dozna kontuzji, to też nie. Granica jest cienka.

Kiedyś mówił pan jednak: "Jak czuję się zdrowy, to dokładam na sztangę tak dużo, że w końcu zaczyna boleć. Ból to bariera możliwości".

- Moje obecne przemyślenia są takie, że 90 proc. kontuzji wynika z nieodpowiedniego treningu i trenera, który chce osiągnąć lepszy wynik i wpycha zawodnika na większe ciężary, nie zdając sobie sprawy z tego, że może go uszkadzać. Ból jest wyznacznikiem granicy możliwości, ale mądry sportowiec potrafi wyżyłować swój organizm, nie odczuwając bólu, nie niszcząc ciała. To cecha sportowców najwybitniejszych, tych, którzy najdłużej utrzymują się na szczycie.

Pański pierwszy trener Roman Szewczyk nie znalazł tej granicy?

- Tak, ale wina leży też po mojej stronie. Jako młody chłopak byłem narwany, zawsze chciałem dźwigać więcej, trenować ciężej. Kiedy trafiłem do kadry w wieku 17 lat, to trening już był bardzo mocny, a ja starałem się jeszcze coś dołożyć. Te dwa lata forsowania organizmu zaważyły na mojej karierze, w wieku 19 lat uległem kontuzji kręgosłupa. Biłem rekordy świata, zdobywałem worki medali, ale jak przyszło do najważniejszych zawodów, to ja już byłem kontuzjowany, bo trener Szewczyk miał zasadę "albo się urwie, albo wytrzyma". Trener i związek są zawsze rozliczani z medali olimpijskich, to zawsze jest główny cel. W 1998 roku mieliśmy w kadrze 12 sztangistów, którzy mogli jechać do Sydney, ośmiu mogło starać się o medale. W igrzyskach wystartowało jednak tylko sześciu, bo druga połowa była kontuzjowana, albo zdyskwalifikowana. W trakcie zawodów jeden z kolegów urwał więzadło rzepki w kolanie, inny w ogóle nie miał siły wystartować, ja w Sydney skręciłem kostkę. Dobrze wystartował tylko Krzysiu Siemion, który przyjechał tylko na ostatnie dwa zgrupowania i nie był wyeksploatowany.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się