Sport.pl

Kołecki mistrzem Europy, ale dla niego liczy się tylko złoto w Pekinie

- Ile trzeba podnieść w Pekinie, aby wywalczyć medal? - Medal? - Szymon Kołecki patrzy na nas groźnym wzrokiem. - Panowie, ja tam nie jadę po "medal". Liczy się tylko złoto. Polski ciężarowiec wywalczył w sobotę mistrzostwo Europy z wynikiem 397 kg w dwubouj.
To piąty tytuł mistrzowski Polaka. Drugie miejsce zajął Rosjanin Andriej Demianow - 385 kg (172+213), trzecie jego rodak Mukhamat Sozajew - 384 kg (174+210).

Brodaty mnich jedzie na igrzyska

Przed startem we włoskim Lignano Sabbiadoro odwiedziliśmy Kołeckiego podczas przygotowań w Spale. - Witajcie w mojej trolowni - uśmiecha się Kołecki, zapraszając do pokoju nr 245 na drugim piętrze hotelu Feniks w Spale. Na środku łóżko, pod ścianą półka z telewizorem, obok mnóstwo odżywek. Pod ścianą - materac zdjęty z łóżka. Na nocnej szafce laptop. Po drugiej stronie zdjęcie żony i dzieci - sześcioipółletniego Daniela i dwuipółletniej Oli. Żaluzje są zasłonięte. - Czasami nie odsłaniam przez cztery tygodnie - przyznaje sztangista. - Bo po co. Jak jestem w pokoju, to szukam okazji, aby się zdrzemnąć. Na inne rzeczy nie mam czasu.

- Na zgrupowaniach Szymon siedzi w swoim pokoju jak niedźwiedź w gawrze. W ogóle nie wychodzi - śmieje się Grzegorz Kleszcz, przyjaciel z kadry ciężarowców. Znają się ponad 20 lat. - I jeszcze mówi, że to lubi.

- Na zgrupowaniach zawsze mieszkam sam - przyznaje Kołecki. - Mówiąc językiem więziennym: trzymam solówę.

Ranking prawdy ci nie powie

W rankingu Światowej Federacji Podnoszenia Ciężarów za 2007 r. Kołecki jest drugi, z wynikiem 395 kg w dwuboju. Rosjanin Roman Konstantinow podniósł dwa kilogramy więcej. Trzeci - Kubańczyk Yoandris Hernandez - uzyskał 393 kg. Ale Polak zaznacza: - Ranking jest mylący.

- W ub.r. nie startowało kilku ważnych zawodników. Zawieszony był np. wicemistrz olimpijski z Aten Chadzimurad Akajew z Rosji. Jest o klasę lepszy od Konstantinowa, a takie Hernandezy to mogą mu sznurówki wiązać. Do maja zawieszony jest Azer Nizami Paszajew. On jest pomiędzy Akajewem a Konstantinowem, ale bliżej Akajewa. Trzeci to mój przyjaciel - Gruzin Arsen Kasabijew, który z powodu kontuzji startował słabo, a jest na poziomie Konstantinowa. No i zostaje jeszcze czwarty - najlepszy z nich, chociaż najbardziej nieobliczalny - Kazach Ilia Ilin.

A gdzie jest Kołecki?

- Jeśli jestem zdrowy, to poziom nad nimi - odpowiada bez zastanowienia. - Czy nastawiam się na złoto? A na co mam się nastawiać? W Pekinie zwycięstwo może dać już 397 kg, ale może 414-415, chociaż nie sądzę. Mój najbardziej realny wynik to 405-407 kg. To powinien być złoty medal.

Żadnych wspomnień z Sydney

Dla 27-letniego Kołeckiego Pekin to dopiero drugie igrzyska. Do Sydney pojechał jako 19-latek, cudowne dziecko podnoszenia ciężarów. Miał zdobyć złoto. Skończyło się kontuzją przy drugim podejściu w podrzucie, tylko srebrnym medalem i łzami wściekłości na podium.

- Z Sydney nie mam żadnych wspomnień - rzuca bez zastanowienia Kołecki. Po chwili, przygotowując kolejną porcje odżywek, zaczyna opowiadać: - Na tych zawodach moim trenerem był Ryszard Szewczyk. Kompletnie spanikował. Popełnił tak dużo błędów, że szkoda gadać... Na zawodach liczy się taktyka. Każdy ma trzy podejścia. I trzeba liczyć - że np. za siedem, za trzy podejścia jest to twoje. Bo czekając na występ, podnoszę ciężar treningowy - często niewiele mniejszy od tego na pomoście. I później muszę mieć dwie-trzy minuty na odpoczynek. A w Sydney w podrzucie była żenada. Dostałem informację, że mam jeszcze trzy podejścia do mojej próby. Podnoszę treningowo 212 kg, zrzucam sztangę, a tu mi krzyczą, że... już leci mój czas. No to ja biegiem do pierwszego ciężaru - 222,5 kg. Jakoś się spiąłem i podrzuciłem. Ale myślałem, że trenera uduszę. Potem sytuacja się powtórzyła. Powiedziano mi, że jest jeszcze siedem podejść do mojego. Tym razem podrzuciłem malutko - 140 kg. Zrzucam sztangę, a tu znów krzyczą, że już muszę wychodzić. To ja znów biegiem, no i doznałem kontuzji - skręciłem nogę w kostce. Jak się wychodzi na ciężar, który daje mistrzostwo olimpijskie [227,5 kg], to trzeba być wypoczętym. A tak... Na treningach podrzucałem prawie 240 kg. To chyba mogłem być niezadowolony...

Nie dla mięczaków

Idziemy na trening. Jedyny tego dnia. W przestronnej sali na kilkanaście pomostów obok Kołeckiego trenują tylko Kleszcz i Mateusz Lędzioszek. Z ustawionego w kącie radia leci muzyka z filmu "Dirty Dancing". Ciężarowcy kręcą głowami, ale po chwili słychać Anastacię i piosenkę "Paid My Dues".

- No, nareszcie trochę miodu dla uszu - cieszy się Kleszcz.

- Muzyka strasznie mnie nakręca. Pościągałem sobie różne MP3 i przed zawodami lubię sobie włączać energetyczne kawałki - mówi Kołecki, który podczas blisko trzygodzinnych zajęć najbardziej ożywił się, kiedy w radiu puścili Willa Smitha i "Getting jiggy with it".

Trening przebiega spokojnie. Zawodnicy w przerwach żartują. Kołecki maksymalnie zakłada na sztangę 200 kg i robi z nią przysiady.

- Szymon jest niesamowity - przyznaje Kleszcz. - Nigdy nie spotkałem drugiego zawodnika, który by tak podchodził do reżimu treningowego. Nie odpuszcza na moment, to jego trzeba powstrzymywać. Inaczej może się zakatować.

- Wiecie, czym się różni sportowiec świetny od wybitnego? - pyta nas Kołecki już po treningu. - Świetny wykonuje pracę zawsze na 100 proc. Wybitny robi wszystko na 115 proc.

- Szymon jest dobrym kolegą - twierdzi Kleszcz. - Gorzej mają z nim tylko ci, którzy są zbyt miękcy. Jak zauważy, że ktoś się poddaje i nie wykorzystuje swoich możliwości, potrafi być bezwzględny. Wiele wymaga od siebie i u innych słabości też nie akceptuje.

Lata z kontuzją

Po Sydney Kołecki obiecał publicznie, że to był jego ostatni srebrny medal. Miała przyjść seria zwycięstw. Karierę przerwała jednak kontuzja - przepuklina kręgosłupa.

- To z powodu przeciążeń. Były zbyt duże i częste, młody organizm nie nadążał z regeneracją - przyznaje. - Byłem młody, chciałem dźwigać coraz więcej. Sam nie jestem bez winy, ale gdzie był wtedy trener?

Przez pierwszy rok nie docierało do niego, jak poważną ma kontuzję. W końcu bóle pleców czy grzbietu to dla ciężarowców chleb powszedni. Ale trwają zwykle kilka dni, potem wszystko wraca do normy. U Kołeckiego nie wracało. W 2002 r. trafił do Odessy, do dr. Walentina Czernopiatowa, który wcześniej leczył już takie schorzenia u ciężarowców. Dwa lata zabiegów i fizykoterapii nie przyniosły jednak rezultatów, plecy wciąż bolały. Nadszedł 2004 r., zbliżały się igrzyska w Atenach. Kołecki walczył o prawo startu, ale długo nie mógł uzyskać minimum. Na krótko przed igrzyskami przyszły wyniki kontroli antydopingowej przeprowadzonej po mistrzostwach Polski - Kołecki miał podwyższony poziom nandrolonu. Groziła mu dwuletnia dyskwalifikacja. Zawodnik bronił się, twierdząc, że podwyższony poziom nandrolonu był wynikiem przyjmowania leków w związku z kontuzją, powołał się na opinię niemieckiego autorytetu prof. Wernera Frankego. W końcu Kołeckiego uniewinniono, ale było już po igrzyskach.

Kontynuowanie kariery z wciąż odnawiającą się kontuzją nie miało już sensu. Kołecki zdecydował się na operację. Zabieg przeprowadził 5 listopada 2004 r. prof. Jan Krzysztof Podgórski w Warszawie. Po operacji czekała go sześciomiesięczna rehabilitacja. - Nie było schematu, według którego miałbym postępować. Żaden ciężarowiec przede mną nie przechodził takiej operacji. A jak przechodził, to już do ciężarów nie wracał. Postanowiłem zaufać swojemu wyczuciu - mówi Kołecki.

- To, co Szymon robił podczas rehabilitacji, to było coś niesamowitego - opowiada Kleszcz. - Założył sobie, że będzie wstawał o piątej rano, by porządnie poukładać sobie zabiegi rehabilitacyjne. Nikt go do tego nie zmuszał. Normalny człowiek spałby do 10, a później zaczynał rehabilitację. Ale nie Szymon.

Kołecki przyznaje jednak, że miał chwile zwątpienia. - Po kilku miesiącach, kiedy grzbiet mnie nadal bolał, zdarzało się, że już nie bardzo mi się chciało ciągnąć to wszystko. Wtedy pomagał mi Stefan Maciejewski, szef klubu z Otwocka, w którym wtedy startowałem. Często się spotykaliśmy, pytał, jak się czuję. Żeby mu nie robić przykrości, mówiłem, że w miarę dobrze. Wtedy zaczynaliśmy planować starty, zakładać, jakie wyniki osiągniemy. To tak mnie podnosiło na duchu, że zapominałem o kłopotach i wiara wracała.

Piłkarz, kibic, działacz

Na treningu Kołecki miał na sobie... koszulkę piłkarskiej reprezentacji Anglii. Piłka to jedna z jego pasji.

- Dobry mecz w telewizji to jedyna sytuacja, w której Szymon dopuszcza przesunięcie treningu na inną godzinę - śmieje się Kleszcz.

Kołecki jest nie tylko kibicem. Sam dobrze gra w piłkę. Kleszcz: - Przed rokiem, w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, Drużyna Gwiazd, m.in. z Szymonem i ze mną w składzie, grała pokazowy mecz z Legią. Grali w niej m.in. Włodarczyk i Burkhardt. Wygraliśmy 4:2, Szymon strzelił dwie bramki.

- Na początku nas zlekceważyli, jaja zaczęli sobie robić - wspomina Kołecki. - To nas zdenerwowało, strasznie się spiąłem. Pamiętam, że potem grzbiet mnie bolał przez kilka dni, miałem zakwasy. Ale wygraliśmy...

Komu kibicuje Kołecki?

- Mój ukochany klub to... MKS Ciechanów - mówi ciężarowiec, który od kilku miesięcy jest członkiem zarządu IV-ligowca. - Niedawno prezesem został tam mój dobry kolega Tomek Zabierski, pełnomocnik PZPN ds. piłki dziecięcej. To on mnie wciągnął. Moja rola polega na przyciąganiu ludzi, którzy mogą pomóc finansowo. Mam być twarzą klubu. Na razie nic nie załatwiłem, bo na głowie mam igrzyska, ale później poważnie zabiorę się do roboty.

Dobra książka i taaaaaka ryba

Na stronie Szymonkolecki.com można przeczytać, że jedną z jego pasji jest czytanie książek. Ulubione lektury: "Hrabia Monte Christo" i "Faraon".

- Ostatnio jestem pod wrażeniem książki "Ocalona, żeby mówić" - relacji dziewczyny, która przeżyła rzezie w Ruandzie w połowie lat. 90. Wstrząsająca lektura! - mówi Kołecki.

Półka przy jego łóżku zawalona jest książkami. Sprawdzamy: "Boso, ale w ostrogach" i "Pięć lat kacetu" Grzesiuka, "Dżuma w Breslau" Marka Krajewskiego. Niżej leży... "Historia filozofii". Kołecki widzi nasze zdziwione miny. - To moja nowa pasja. Jeszcze prawie nic o tym nie wiem, ale się dokształcam.

Na samym dole półki znajdujemy opasły tom: "Gorzka chwała. Polska i jej los, 1918-1939". - To podobna jedna z najlepszych pozycji o tym okresie historii Polski, o marszałku Piłsudskim. Polecił mi ją Grzesiu Kleszcz.

Inna pasja Kołeckiego to filmy. - Uwielbiam "Rocky'ego" - mówi z błyskiem w oczach. - Gdy jako sześciolatek po raz pierwszy zobaczyłem ten film pomyślałem: "Ja też mogę wygrać z każdym". Duże wrażenie zrobił też na mnie "Braveheart". Postanowiłem, że ostatnim słowem w moim życiu będzie okrzyk "Wolność!". Do Pekinu zabiorę trochę filmów. Oczywiście nie ruszę się też bez obu "Killerów" i "Poranka kojota".

Kołecki ma jeszcze jedną pasję - wędkarstwo. - Kiedy jesteśmy na zgrupowaniu w Cetniewie, Szymon zawsze próbuje nas wyciągnąć na wypłynięcie kutrem z rybakami na dorsze. Pogoda obojętna, może być szaro, buro i smutno. No i ta godzina... Trzeba zrywać się nad ranem - śmieje się Kleszcz.

Czy takie spokojne hobby pasuje do ciężarowca? - Oczywiście - zapewnia Kołecki. - Podnoszenie ciężarów wymaga skupienia, tu wszystko musi być przemyślane. Jeśli sztangę przesuniemy o trzy-cztery milimetry, staje się cięższa. Bezmózgi osiłek w ciężarach nie ma szans.

Wszystkie drogi prowadzą do Pekinu

- Nie ukrywam, że przygotowując się do tych mistrzostw Europy, cały czas myślałem o Pekinie. Postanowiłem się nie przemęczyć, nie złapać kontuzji. Ale podnieść chcę dużo - minimum 400 kg (wystarczyło 3 kg mniej) w dwuboju. Jeśli się uda, będzie znaczyło, że wszystko jest na dobrej drodze - analizuje Kołecki.

Operacja Pekin zacznie się trzy miesiące przed "godziną zero". Kolejne zgrupowania - w Spale, Cetniewie i za granicą, prawdopodobnie w Grecji. I tak aż do igrzysk.

- Mam zasadę, że na trzy miesiące przed ważnymi zawodami wyprowadzam się z domu - opowiada Kołecki. - Ale to nie znaczy, że nie widzę się z rodziną. Gdy tylko mogę, zabieram ich ze sobą. Wynajmuję dla nich pokój w tym samym ośrodku, w którym trenujemy.

Założenia przed igrzyskami?

- Chciałbym zbliżyć się do moich rekordów życiowych - mówi Kołecki. - W ubiegłym roku rwałem już 180 kg [życiówka to 182 kg], w podrzucie miałem 225 kg [rekord - 235 kg]. Wszystko zależy od zdrowia. Jeśli nic się nie przyplącze - jestem spokojny.

Do Pekinu Kołecki wyleci 9 sierpnia, osiem dni przed zawodami. Ominie więc go ceremonia otwarcia igrzysk (8 sierpnia) i dylemat - zbojkotować ją czy nie. Kołecki ma jednak pomysł na okazanie solidarności z Tybetem: - Przed zawodami ogolę się na zero, na tybetańskiego mnicha - uśmiecha się. - Mogę trochę dziwnie wyglądać, bo zamierzam zapuścić długą brodę, ale co tam. Teraz golę się regularnie - to kara, jaką sobie nałożyłem za słaby występ w ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Tajlandii [tylko brązowy medal, po zatruciu się na zgrupowaniu w... Spale]. Jak podczas ME zmyję plamę na honorze, znowu przestanę się golić. Nie znoszę tego. Golę się tylko wtedy, jak już żona mnie o to prosi albo gdy córeczka przestaje się do mnie przytulać.

Czy okazywanie solidarności z Tybetem ma na igrzyskach sens?

- Manifestowanie solidarności z pokrzywdzonymi zawsze ma sens. Nawet jeśli od początku wiadomo, że jest to sprawa beznadziejna - deklaruje twardo Kołecki.

Wyniki w kategorii 94 kg:

1. Szymon Kołecki (Polska)397 kg(177+220)
2. Andriej Demianow (Rosja)385(172+213)
3. Mukhamat Sozajew (Rosja)384(174+210)
4. Konstantin Pilijew (Ukraina)382(170+212)
5. Edgar Geworgjan (Armenia)371(176+195)
6. Jose Navarro (Hiszpania)370(165+205)
Wyniki w bojach:

Rwanie: 1. Szymon Kołecki (Polska) 177 kg; 2. Edgar Geworgjan (Armenia) 176; 3. Mukhamat Sozajew (Rosja) 174

Podrzut: 1. Szymon Kołecki (Polska) 220 kg; 2. Andriej Demianow (Rosja) 213; 3. Konstantin Pilijew (Ukraina) 212

Czy Kołecki przywiezie z Pekinu złoto?