Sport.pl

Podsumowanie MŚ: Ocalić od zapomnienia

Najlepszy od lat występ Polaków i najgorszy Kanadyjczyków oraz kpiny z lekkoatletyki. Czy to zapamiętamy z MŚ w Edmonton? - zastanawia się nasz korespondent z lekkoatletycznych MŚ Stefan Tuszyński.
Muszę zacząć od Polaków. Typ naszej gazety opublikowany przed rozpoczęciem mistrzostw - dziewięć medali - był planem maksimum, trudno się oszukiwać. Każdy z typowanych przeze mnie na medalistów polskich zawodników był jednak przynajmniej w finale.

Mistrzowie Europy

Były to moje czwarte lekkoatletyczne MŚ, ale na żadnych nie czułem się tak dumny, że jestem Polakiem. Dzięki sportowcom oczywiście. Nie mamy w Polsce innej tak prestiżowej w świecie dyscypliny, w której zdobylibyśmy cztery medale i występowali w 14 finałach.

Zapamiętam chyba najdłużej bieg Pawła Czapiewskiego na 800 m, w którym debiutant na takiej imprezie zdobył brązowy medal. Chłopak ten ma cechę wyjątkową, jak na Polaka - lubi i nie wstydzi się wygrywać. Mówi o tym głośno i, co najważniejsze, mocno wierzy w siebie. A wszystko to w bardzo sympatycznej oprawie.

Mieliśmy też pecha na tych mistrzostwach. Żal szczególnie Roberta Maćkowiaka, który, jak sam mówi i wierzy, wyczerpał już poziom pecha. Zapalenie ścięgna Achillesa pozbawiło go niemal pewnego medalu w biegu indywidualnym na 400 m oraz sztafetę, która bez swego gwiazdora dzielnie walczyła do końca.

Ze wzruszeniem oglądałem bój pozbawionego gwiazd kwartetu Polaków, walczącego jak równy z równym z naszpikowanymi gwiazdorami zespołami z USA i z Karaibów. Czwarte miejsce, okupione omdleniem Piotra Rysiukiewicza, było najwyższym po jakie mogli sięgnąć. Trener Józef Lisowski szczególnie pochwalił debiutanta, Rafała Wieruszewskiego, który wystartował tylko dzięki kontuzji Maćkowiaka i ma być jego następcą. Uznanie należy się wszystkim.

Obie polskie męskie czwórki (4x400 m i 4x100 m) były w Edmonton "mistrzami Europy". Specjaliści od dłuższego dystansu pokonali w finale Wielką Brytanię, Niemcy i Hiszpanię. Sprinterzy w 4x100 m byli jedynymi Europejczykami w ósemce. W ich przypadku trudno nie nazwać pechem tego, że Marcina Urbasia połapały skurcze po biegu półfinałowym. W tej sytuacji musiał zastąpić go Marcin Jędrusiński z zaleczoną zaledwie kontuzją. Przećwiczył, na szybko, tuż przed finałem, zmianę z Piotrem Balcerzakiem i poszedł na start. Po 20 m biegu już jednak kuśtykał po siódme miejsce z bolącym mięśniem dwugłowym.

Jak nie pochwalić startu polskich dziewcząt na 4x400 m, które jechały do Kanady skazane przez wielu na porażkę, a awansowały do finału MŚ? A jak ocenić czwarte miejsce mistrzyni olimpijskiej z Sydney w rzucie młotem Kamili Skolimowskiej, która z barkiem spuchniętym jak balon wystartowała i zajęła czwartą lokatę?

Więcej szczęścia mieli pozostali mistrzowie z Sydney. Robert Korzeniowski i Szymon Ziółkowski pokazali wielką klasę. Ten pierwszy wygrał chód na 50 km w stylu, w jaki Lance Amstrong rozprawił się z rywalami w Tour de France. Walka Ziółkowskiego z Japończykiem Murofushim pokazała jak pasjonujący i denerwujący może być konkurs rzutu młotem.

Miłej niespodzianki nie doczekałem się z strony Lidii Chojeckiej i Pawła Januszewskiego, którzy tylko utrzymali się na wysokim poziomie, odległym jednak od medali. Nie pokazał też nic wielkiego nowy rekordzista Polski w skoku w dal Grzegorz Marciniszyn, skacząc na poziomie sprzed pobicia rekordu. Oczywiście było w ekipie kilka większych wpadek, ale te zawsze się zdarzają.

Szef wyszkolenia PZLA Jerzy Skucha, który przez całe MŚ tryskał humorem, powiedział, że start ekipy można uznać za udany, jeśli nie zawiedzie jej 75 proc. W Edmonton nie udał się, według niego, start sześciu na 38 osób, więc plan skuteczności został nawet przekroczony.

Lekkoatleci planują atak na medale w przyszłorocznych ME w Monachium. Reprezentacja, szykowana w perspektywie na igrzyska w Atenach, ma się tam przyzwyczajać do zwycięstw.

Trzeba tylko mieć nadzieję, że nie wystartuje w Niemczech, podobnie jak w Kanadzie, jako grupa ubogich krewnych, którzy idą na defiladę każdy w innych dresach i nie będą poszukiwać kompletnego stroju wśród kolegów, aby pójść do dekoracji medalowej. Przydałby się też w PZLA lepszy public relations, by związek potrafił dobrze sprzedać sukces swoich zawodników, a dziennikarze nie tracili czasu na szukanie ich po startach i kontaktu z ekipą.

Niewidomy bileter

Z każdych MŚ zapamiętujemy, oprócz sukcesów i porażek własnych reprezentantów, jakieś szczególne wydarzenia. Biegi sprinterów na 100 m, wspaniałe ceremonie otwarcia, rekordy świata.

Mnie w Goeteborgu '95 serce skoczyło do gardła razem z Jonathanem Edwardsem ustanawiającym rekord świata w trójskoku. Po Atenach, które odbyły się dwa lata później, w pamięci pozostała mi najbardziej ceremonia otwarcia, muzyka skomponowana przez Vangelisa, wszystko na antycznym stadionie, i skoki po szóste złoto Sergieja Bubki. Sewilla '99 to kontuzja Marion Jones i genialny rekord świata Michaela Johnsona na 400 m.

A co zapamiętam z Edmonton?

Gwiazdorzy w zasadzie pozostali ci sami. Maurice Greene, Marion Jones - która dość niespodziewanie przegrała 100 m z Żanną Pintusewicz, Hicham El Guerrouj, Lars Riedel, Jan Żelezny, Jonathan Edwards - to nazwiska znane od lat. Wspaniałe biegi, które rozgrywali mężczyźni na 100 m, genialny występ Amerykanki Anjanette Kirkland na 100 m ppł., wspaniałe wyniki w konkurencjach technicznych, w tym pobity przez Dmitrija Markowa rekord mistrzostw w skoku o tyczce należący do samego cara tyczki - to wszystko mało, bo nie padły w Edmonton żadne spektakularne rekordy świata.

Podobały mi się te mistrzostwa, ale boję się, że zapamiętam z nich to, czego bym nie chciał. Dyscyplina, która przynosi ludziom tak wiele wspaniałych emocji została w Edmonton bowiem ośmieszona. Zagrała nam na nosie Rosjanka Olga Jegorowa, u której wykryto zabronioną substancję EPO. Poprzez błędy proceduralnie nie można było jednak zdyskwalifikować biegaczki. Ta zaś bez wstydu, mimo protestów, wystartowała i wygrała bieg na 5000 m.

Gabriela Szabo nie wzbudza ogólnej sympatii, głównie przez swe nieprzyjemne maniery i opryskliwość. Jej postawa wobec dopingu jaką pokazała podczas MŚ budzi jednak szacunek. Przy bezradnej postawie Międzynarodowego Stowarzyszenia Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) protestowała też transparentem Brytyjka Paula Radcliffe, narażając się na starcie z ochroniarzami.

IAAF nie raz pokazało podczas tych MŚ jak wielki wpływ mają na tę organizację bogacze. Kuriozum było przywrócenie do dalszych startów zdyskwalifikowanej wcześniej sztafety USA. A zmiany jakie przyjęto na Kongresie - przede wszystkim jeden falstart, czy skrócenie czasu na oddanie próby w skokach, co wywołało kolejne protesty zawodników - to podporządkowanie dyscypliny koncernom telewizyjnym.

Wrażenia z pobytu w Edmonton zachowam dobre, choć nie było czasu by cokolwiek w tym odległym miejscu od Polski pozwiedzać. Podobali mi się uśmiechnięci Kanadyjczycy. Nigdy nie uścisnąłem tylu rąk, ile po ceremonii otwarcia, bo każdy chciał się ze mną pożegnać, albo zaprosić do siebie na kolację. Byłem też wstrząśnięty widokiem niewidomego biletera, działającego sprawnie na stadionie.

Nie mam żalu, że Kanadyjczycy nie zapełniali trybun na dyscyplinie, do której nie czują mięty. W Edmonton zima trwa dziewięć miesięcy, więc trudno się dziwić, że kochają hokej i narty alpejskie. Jak na ironię, lekkoatleci z ich kraju zanotowali najgorszy w historii występ w MŚ zajmując tylko cztery miejsca w finałach. I to pewnie też zostanie w mojej pamięci.