Sport.pl

Czas na prywatność - mówi Michael Johnson

Radosław Leniarski, Stefan Tuszyński: Dlaczego wybrał Pan Polskę na jeden z ostatnich startów w karierze?

Michael Johnson: A dlaczego nie. Nigdy tu nie byłem, a jest niewiele krajów, w jakich nie byłem. Często ludzie mnie pytają, czy wiem coś o kraju, w którym akurat jestem, np. w Polsce. No więc nie wiem dużo, jestem szczery. Podróżuję właśnie dlatego, że chcę się dowiedzieć. Wiem, że macie znakomitych lekkoatletów i architekturę.

Dlaczego kończy Pan karierę właśnie teraz, kiedy jest Pan u szczytu kariery?

- To nie jest sprawa tego roku. Zdecydowałem o tym w Sydney. Osiągnąłem w sporcie wszystko. Poczułem, że to właśnie jest czas na odejście i rozpoczęcie innego życia.

Czy czuje się Pan częścią historii sportu?

- Nie mnie to oceniać, lecz kibicom. Ja czuję tylko, że swoją robotę wykonałem, a jak wykonałem, to odchodzę.

Czy będzie Pan miał czym zastąpić emocje sportowe po zakończeniu kariery?

- Myślałem o tym długo po Sydney. Myślę, że to jest dobry czas na odejście. Z nadzieją i radością czekam na życie po zawodach. Mam mnóstwo planów, ale wiem też, że przyjdą momenty, kiedy mi będzie brakowało ścigania się. Generalnie wolałbym się nie wypowiadać na ten temat, bo przez ostatnie 14 lat kibice wiedzieli o mnie wszystko, nawet to, kiedy idę do łazienki, kiedy się wypróżniam. Wiedzieli, jakie są moje plany, cele. Koniec. Teraz mam nadzieję zachować trochę prywatności. Będę pracował jako komentator i będę prowadził szkolenia motywacyjne dla dużych firm.

Czy jest jakiś ważny punkt w Pana karierze, który mógł zadecydować o tak wspaniałej karierze?

- Być może to, że traktuję moją karierę bardzo poważnie. Nie jako hobby, ale jako zawód, jestem przygotowany na ciężką pracę. A pracuję tek od 14-15 lat, z tym samym trenerem, w tym samym miejscu i pracuję bardzo ciężko. To się nazywa stabilność. Nie mamy żadnego nadzwyczaj skomplikowanego systemu treningowego, który trzymamy w tajemnicy. Mój trener opublikował kilka prac naukowych.

Co Pan sądzi o polskich 400-metrowcach?

- Nie ma tu znaczenia ani moja opinia o nich, ani nikogo innego. Polacy sami swoimi startami udowodnili, ile są warci.

Czy jest ktoś, kto w lekkoatletyce może pobić Pana rekordy lub osiągnąć tyle, co Pan?

- Ludzie zadają mi takie pytania. To, że jestem rekordzistą świata, nie znaczy, że jestem jasnowidzem. Ale przede wszystkim sportowiec nie zadaje sobie takich pytań. Nie zastanawiam się nad nimi. Myślę o tym, aby wygrać, pobiec najlepiej, jak potrafię.