Sport.pl

Rozmowa z mistrzem Polski w biegu na 400 m Robertem Maćkowiakiem

- Do piłkarzy, koszykarzy, choćby nic nie osiągnęli, pchają się z forsą. Nie wiem co my musielibyśmy wygrać, żeby ktoś się nami zainteresował - mówi mistrz Polski w biegu na 400 m Robert Maćkowiak
W ostatnim dniu igrzysk olimpijskich w Sydney liczyliśmy na pewny medal. Startowała w finale niezawodna od lat sztafeta mężczyzn 4x400 m. Biegli na ósmym torze. Piotr Rysiukiewicz pobiegł wspaniale na pierwszej zmianie. Podał pałeczkę Robertowi Maćkowiakowi, który już truchtał patrząc się do tyłu. A potem zniknął z ekranu TV. Gdy się pokazał był zdecydowanie ostatni.

Najlepszy z Polaków w Sydney, piąty na 400 m w biegu indywidualnym, ruszając jak z procy wpadł na stojące blisko toru pudło z numerem grzebiąc szanse swoje i kolegów. Nie usłyszał jednak od nikogo złego słowa. Choć Sydney miało być ukoronowaniem kariery Roberta Maćkowiaka, bo tak umawiał się z żoną, ta zaraz po niefortunnym biegu przysłała mu wiadomość na komórkę, że "wytrzyma jeszcze do Aten".

Maćkowiak, dzięki otoczeniu nie przerwał kariery. Trenował za to z zapałem, który trudno porównać z tym jaki miał w poprzednich latach. Efektem tego były wspaniałe występy od początku roku, który zaczął się złotym medalem w sztafecie 4x400 m podczas HMŚ w Walencji po wspaniałym finiszu, w którym pokonał Amerykanina. Latem nie przegrywał. Tylko w Superlidze dał się pokonać Francuzowi Marcowi Raquilowi. Dzień później przyprowadził do mety sztafetę na pierwszym miejscu, z wielką klasą. W ostatnim dniu czerwca został w Bydgoszczy mistrzem Polski na jedno okrążenie w najszybszym biegu w historii MP (czterech pierwszych zawodników uzyskało czasy poniżej 46 s).

Stefan Tuszyński: Cały sezon jest Pan najlepszym z Polaków. W Bydgoszczy potwierdził Pan swoją klasę uzyskując najlepszy wynik w sezonie 45,20 s.

Robert Maćkowiak: To, że uzyskałem najlepszy wynik w sezonie, to efekt znakomitej pogody. Nie udało się wcześniej wystartować w takich warunkach. A biegłem w finale MP już naprawdę bardzo zmęczony liczbą tegorocznych startów w krótkim czasie. Ale cieszę się, że udało mi się wygrać na koniec tej części sezonu.

Jak to udało? Sprinter powinien być chyba bardziej pewny siebie?

- Nigdy nie powiem, że byłem pewny, że wygram. Nie ma czegoś takiego w używanym przeze mnie słownictwie. W Bydgoszczy spodziewałem się, że mogę przegrać z Piotrkiem Rysiukiewiczem, bo "Rysiu" był mocno zastawiony na dobry wynik. Niestety, zaczął go boleć mięsień dwugłowy na końcówce. Jestem pod wrażeniem biegu pozostałych kolegów. Ktoś na konferencji prasowej podejrzewał, że sobie nawzajem pomagaliśmy. Poza bieżnią jesteśmy kolegami, ale gdy stajemy w blokach startowych każdy myśli o sobie. A pomaga nam właśnie to, że ostro rywalizujemy między sobą.

Zaraz po MP jedziecie na zgrupowanie do St. Moritz, a potem już do Kanady i na MŚ. Czy naprawdę nie chciał Pan, by przed tą przerwą w startach skończyć sezon poniżej 45 s?

- Nigdy nie stawiam sobie takich założeń przed startem. W Bydgoszczy chciałem tylko przyzwoicie pobiec. Gdyby 200 m odbywało się w dwóch pierwszych dnia MP, to startowałbym tu na 200 m, bo czterystu miałem już autentycznie dość.

Uważam, że nie mają znaczenia wyniki, które uzyskuje się na mityngach na początku sezonu. O klasie zawodnika świadczy fakt, że jest dobrze przygotowany i biega najszybciej na najważniejszej imprezie sezonu.

To czy może Pan zdradzić czego oczekuje po starcie w mistrzostwach świata w Edmonton?

- Sport to jest taka dziedzina, że wszystko może się zdarzyć. Jeszcze jest sporo czasu do startu, ale wiele też musimy jeszcze zrobić i wiele czynników zewnętrznych musi nam dopasować. Jakoś do tej pory udawało się naszej grupie dobrze przygotować się na najważniejsze zawody. Trudno powiedzieć, czy mamy szansę na walkę ze sztafetą amerykańską. W sporcie wszystko jest możliwe, ale trzeba patrzeć realnie. W czołówce światowych rankingów jest dwudziestu Amerykanów i czterech Polaków. To mówi samo za siebie.

Wróćmy do Bydgoszczy. Który to już Pana tytuł mistrza Polski?

- Nie wiem. Nie liczę.

No właśnie. Zdobył Pan już sam i z kolegami bardzo dużo tytułów, z mistrzostwem świata w sztafecie włącznie. Skąd bierze Pan motywację do dalszych startów na tak wysokim poziomie?

- Motywację mam silną jak nigdy. Czerpię coraz więcej satysfakcji z tego co robię. W wynikach nie mam tendencji zniżkowej, co też dobrze mnie nastawia. Mogę powiedzieć, że wkładam teraz więcej serca w to co robię. Na pewno przyczynił się do tego mój upadek w sztafecie na igrzyskach w Sydney. Już mówiłem kiedyś o tym, że po tym nieszczęściu czuję się tak jakby w ogóle nie było przygotowań do Sydney, czyli o pięć lat młodszy.

Zaszły też bardzo istotne zmiany w moim podejściu do życia. Zachciało mi się ostatnio uczyć. Poszedłem na studia, na AWF. Chcę pracować z dziećmi. Lubię to i potrafię. Mam z młodzieżą dobry kontakt.

Ale z tej pracy nie da się wyżyć?

- Nie szkodzi. Mam dobrze zarabiającą żonę.

Wspomniał Pan o upadku w Sydney. Czy został Panu jeszcze jakiś uraz po tamtym biegu?

- Nic. Dzięki rodzinie i kolegom. Ale jak wylosowaliśmy ósmy tor w Bremie na Superlidze to szybko pozbierałem Piotrowi Haczkowi wszystko z pobliża bieżni.

Nie korzystał Pan po igrzyskach z pomocy psychologa?

- Nie musiałem. Kiedyś mieliśmy częste spotkania i zostaliśmy dobrze nauczeni jak panować nad sobą przed i po starcie.

Czy nie brakuje Panu w tym sezonie rywalizacji z kontuzjowanym Tomaszem Czubakiem?

- Ogromnie. Często powtarzam dziennikarzom jak ważna jest dla mnie rywalizacja wewnętrzna z kolegami ze sztafety. Zawsze walczymy zaciekle, a z Tomkiem to była rywalizacja na poziomie rekordu Polski. Pod względem sportowym zajął miejsce "Czubka" Piotrek Rysiukiewicz, który w tym sezonie jest bardzo mocny psychicznie. Ale Tomka brak nam przede wszystkim z innego powodu. Brakuje jego ducha, jego humoru, który udzielał się całemu zespołowi.

Po wynikach w tym sezonie stać Pana chyba na odebranie Czubakowi rekordu Polski (44,62?)? Niech Pan mi jednak powie, co trzeba by zrobić, żeby biegać jak najszybsi dotychczas 400-metrowcy, poniżej 44 s?

- Tomek już dwa lata temu pokazał jak można biegać poniżej 45 s... Ach, poniżej 44? Jezu. Nie wiem. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, chociaż widziałem na własne oczy Michaela Johnsona.

Jesteście coraz lepsi, a tymczasem słyszałem, że opuścili 400-metrowców nawet dotychczasowi sponsorzy?

- Nie ma ludzi, którzy po zdobyciu przez nas złotego medalu na mistrzostwach świata byliby zainteresowani sponsorowaniem nas. Zdobyliśmy Puchar Europy. Dalej nic. Nie ukrywam, że jestem z tego powodu mocno rozgoryczony. Do piłkarzy, koszykarzy, choćby nic nie osiągnęli pchają się z forsą. Nie wiem co my musielibyśmy wygrać, żeby ktoś się nami zainteresował.

Od pewnego czasu istnieje konflikt między czołowymi zawodnikami, a PZLA. Czterystumetrowcy stali jednak cały czas z boku, dlaczego?

- Ja nie chcę o tym mówić. Chcę tylko spokojnie trenować, startować i dostawać regularnie stypendium.

A dostaje Pan?

- Nie.