Sport.pl

Rozmowa z trenerem polskich hokeistów Wiktorem Pyszem

Odkąd zostałem trenerem, nikt we mnie nie wierzył. Chyba tylko moja żona i syn Patryk - mówi twórca sukcesu polskiej reprezentacji hokejowej Wiktor Pysz.
Pysz objął reprezentację w 1999 r. po Czechu Ludku Bukaczu, gdy nasz zespół ledwie obronił się przed spadkiem z grupy B. Nowy szkoleniowiec, były wieloletni hokeista Podhala Nowy Targ i Legii Warszawa, wraz z bratem Marianem prowadzili biało-czerwonych na turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk Salt Lake Sity (porażka 2:5 z Francją) i zajęli czwarte miejsce w MŚ grupy B w Katowicach przed rokiem

Michał Białoński: Jak rodził się sukces?

Wiktor Pysz: Najważniejsze było odpowiednie dobranie zawodników do koncepcji taktycznej, a później przygotowanie ich zarówno wytrzymałościowe, jak i mentalnościowe. Wiedziałem, że nie mogę liczyć na Mariusza Czerkawskiego i kilku innych graczy, którzy przed rokiem na turnieju Spodków odgrywali wiodącą rolę. Musiałem nadrobić to nowatorskim, w moim odczuciu, przygotowaniem.

Francuzi dociekali, co to za metody Pan zastosował, że zespół osiągnął tak dobrą formę po trzytygodniowym zgrupowaniu?

- Postanowiłem zgwałcić naturę naszych braci przyzwyczajonych do narzekania. Zaryzykowałem i powiedziałem sobie: albo wykonają końską robotę na zgrupowaniu w Krynicy i coś z tego wyniknie, albo się zbuntują i wtedy już po mnie. Ku memu zdziwieniu chłopaki, choć na początku kręcili trochę głowami, wstawali o 7 rano i ciężko tyrali na treningach. Kręgosłupy trzeszczały, ale nikt się nie skarżył. Teraz widać efekty, zwłaszcza w formie bramkarza Mariusza Kiecy, a przede wszystkim Tomasza Jaworskiego.

Był taki moment, gdy okazało się, że nie może was wspomóc kontuzjowany Oskar Szczepaniec, obrońca szwajcarskiego Kloten. Mówił Pan wtedy o asie w rękawie.

- Okazał się nim Andrzej Schubert i temu chyba teraz nikt nie zaprzeczy. Jednak gdy powoływałem go do Grenoble, wielu stukało się w głowę, wypominając mi wiek tego zawodnika. Teraz okazuje się, że strzela dla nas najwięcej bramek. Poza tym zawsze na każdej pozycji staram się mieć dublerów. Widzę, że jeszcze dwa ogniwa mogłem wymienić, ale nie chciałem mieszać w ostatniej chwili. Strach pomyśleć, co byłoby, gdybym uległ naciskom dwójki działaczy Związku, którzy ferowali do kadry dwóch słabszych graczy jednego z klubów. Na szczęście nie ugiąłem się.

Ale przed turniejem nie spodziewał się Pan chyba awansu i to jeszcze tak szybko zapewnionego - przed ostatnim meczem z Francją?

- Ależ skąd! Wiedziałem, że jesteśmy dobrze przygotowani, wierzyłem w zespół, ale nie śniło mi się, że wyprzedzimy grających na poziomie grupy A Francuzów.

Co Pan odpowie tym, którzy zarzucą Panu, że tak naprawdę awans Polakom wywalczyli Węgrzy i Holendrzy, którzy zabrali trzy punkty faworyzowanym gospodarzom?

- Taki jest hokej, w ogóle sport. Tu niespodzianki się zdarzają. A poza tym wygraliśmy trzy mecze, w tym bardzo ważny z silną Danią. Jeszcze na długo przed turniejem, gdy zobaczyłem rozkład gier, powiedziałem, że kluczowe będzie właśnie spotkanie z Duńczykami. Potwierdziło się, ale grunt, że zespół także w to uwierzył, bo inaczej o sukces byłoby trudno.

Awansowaliście do grupy A. Teraz trzeba już myśleć, jak się w niej utrzymać.

- Występ w Grenoble muszę dokładnie przeanalizować i dopiero wtedy zastanowię się, co zrobić. Na pewno dobrze by było, gdyby czołowi gracze reprezentacji wyjechali do mocniejszych klubów zagranicznych. Już teraz zgłaszają się menedżerowie wicemistrza Francji Amiens i Slovana Bratyslava. To dla nas jedyny ratunek i mam nadzieję, że prezesi klubów nie będą stawiali cen zaporowych na swoich zawodników. Wyjazd kadrowiczów na naukę do mocniejszych lig leży w interesie całego polskiego hokeja. Oczywiście, teraz wzrośnie wartość naszych graczy. Tomek Mieszkowski zrezygnował niedawno z oferty bundesligowego Weisswasser. Nie wyobrażam sobie też, żeby po awansie polskiego hokeja do światowej elity nie poprawiła się sytuacja finansowa w naszych klubach.