Sport.pl

Prezes PZLA Irena Szewińska spotkała się z autorami listu protestacyjnego

Decyzję, czy zostać na stanowisku, podejmę w najbliższym czasie - oznajmiła podczas spotkania z zawodnikami prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Irena Szewińska, po tym jak otrzymała list dotyczący nieterminowego wypłacania stypendium
Sprawa zaczęła się dwa tygodnie temu. Kilku lekkoatletów z Robertem Korzeniowskim na czele wypowiedziało się w radiowej "Trójce" o zaległościach związku w wypłatach stypendiów. Pisaliśmy o tym też w "Gazecie". W ostatnią sobotę podczas halowych mistrzostw Polski w Spale czołowi zawodnicy przekazali dziennikarzom list otwarty, w którym wysunęli postulaty pod adresem PZLA, między innymi dotyczące wypłat w terminie. Prezes Szewińskiej na MP nie było, ponieważ akurat przebywała służbowo w USA.

- List przeczytałam w prasie, w samolocie - mówiła wzburzona Szewińska, która w czwartek spotkała się z autorami. - Byłam bardzo zaskoczona. Nie rozumiem intencji tego listu. Myślę, że ktoś chciał rozwalić związek od wewnątrz. Nie wiem, czym sobie na to zasłużyłam. Można mieć uwagi, ale uważam, że forma ich przedstawienia jest nie do przyjęcia. Zwracanie się poprzez prasę uważam za lekceważenie mnie jako prezesa.

Kilka punktów tego listu mija się z prawdą - mówiła Szewińska. - Zawarte w nich sprawy da się wyjaśnić w krótkiej rozmowie. Można było przyjść i po prostu zapytać, a nie pisać do prasy. W PZLA nie ma żadnych afer. Stypendia rzeczywiście wypłacane są z poślizgiem, ale regularnie i nikt nikogo nie oszukuje. Przyznaję jednak, że to jest nieprawidłowość i zrobię wszystko, żeby ją wyprostować.

Jestem osobą publiczną, działam w wielu organizacjach, choć najwięcej czasu poświęcam społecznie lekkoatletyce. Nie sprawdziłam się, zawiodłam w oczach zawodników? Uważam, że nie zasłużyłam na takie traktowanie. Sześć tygodni temu podczas wyborów nikt nie zgłaszał żadnych problemów, a ja zaczynałam kadencję pełna zapału. Jednak nie muszę być prezesem. Decyzję podejmę w najbliższym czasie. A gdybym nawet zrezygnowała, na pewno nie obrażę się na lekkoatletykę, będę wspomagać zawodników - oznajmiła Irena Szewińska.

Do związku przybyli Lidia Chojecka, Kamila Skolimowska, Krystyna Danilczyk, Urszula Włodarczyk, Sebastian Chmara i Robert Korzeniowski. W imieniu wszystkich wypowiedział się mistrz chodu. Przeprosił Szewińską za formę protestu. Zapewnił, że nie mieli zamiaru nikogo zwalniać, a list nie był skierowany osobiście do pani prezes.

- Nie chcieliśmy niczego robić za pani plecami. Po prostu nie wiedzieliśmy, że pani nie będzie na mistrzostwach Polski. Nie malujemy barw wojennych ani nie wykopujemy topora - mówił Korzeniowski. - Wystąpiliśmy w trosce o przyszłość dyscypliny. Wszyscy potwierdzamy, że obecna ekipa jest najlepsza, z jaką pracowaliśmy. Dr Prorok, który poczuł się dotknięty postulatem poprawy opieki medycznej, jest niezastąpiony, ale czy w końcu nie znudzi się jemu albo mojemu masażyście takie hobby za 1200 zł miesięcznie?

Przygotowania do Sydney przebiegały bez zarzutu. My się nie skarżymy, nam nie jest źle, ale boimy się o przyszłość. Są bowiem przesłanki, że ta może się zmienić. Brak informacji tworzy podejrzenia. Chcemy być proszeni do konsultacji, a nie jak petenci zawsze pytać o wszystko. Nie widziałem jeszcze swojego kontraktu na 2001 rok, a jestem profesjonalistą i muszę robić plany - dodał chodziarz.

Prezes Szewińska zapewniła, że obieg informacji się poprawi. Powstała bowiem przy PZLA komisja zawodnicza, która będzie uczestniczyć w polityce związku. Działacze wyjaśnili też, że opóźnienia w podpisaniu kontraktów z zawodnikami były spowodowane dwumiesięcznym zatwierdzaniem kadry przez UKFiS. Szukaniem sponsora zajmie się zaś nowa rada marketingowa pod kierunkiem Andrzeja Lasockiego.

- Były zawsze zwyczajowe nagrody od Reeboka. Przekazywano je nam za pośrednictwem PZLA. Odnieśliśmy sukces w Sydney, a nagród nie ma - interpelował Korzeniowski.

- Będą jeszcze w tym kwartale - odparła Szewińska. - Żeby się tego dowiedzieć, też nie trzeba było pisać listu.

- Nie mamy sponsora strategicznego, to nasza porażka. Wiele firm odmawiało nam już po negocjacjach. Miałam nadzieję, że uda mi się znaleźć fundusze, by wypłacać nagrody spoza budżetu.



- Gdyby wykorzystano sukces mistrzostw Europy w Budapeszcie w 1998 r., nie byłoby problemów. Oczywiście, że chodzi o pieniądze. Gdyby były wpompowywane do związku, przez trzy lata mielibyśmy tu sielankę - dodał Korzeniowski.