Przemysław Iwańczyk: Myśli pan, że można porozmawiać o sporcie, nie debatując o Stadionie Narodowym, premii dla szefa NCS-u Rafała Kaplera i minister sportu Joannie Musze? Grzegorz Schetyna: Mam nadzieję, że się uda. Wszystko, o czym pan mówi, są to niezwykle emocjonujące opinię publiczną aktualności, które w całej wizji sportu nie powinny wiele znaczyć.
Mam jednak wrażenie, że w ostatnich dniach tylko tym żyją Polacy. To musi się kiedyś skończyć, choć jest w tej całej dyskusji coś naturalnego - i trochę polityki, i trochę błędów. Źle się dzieje, że Stadion Narodowy, który powinien być naszą dumą, staje się symbolem zamieszania wokół wysokich premii. Chciałbym, aby wszystko to, co związane z Euro 2012, było wielkim świętem, powodem do dumy, a nie przyczyną kłopotów.
Jakie błędy miał pan na myśli? Myślę o kwestiach związanych z kontraktami, premiami, o braku rzetelności w wyjaśnianiu tej kwestii. Jesteśmy świadkami festiwalu nieudolności, jeśli chodzi o Stadion Narodowy - odwołanie imprezy, niepotrzebne ustalanie meczu o Superpuchar, kiedy stadion nie był jeszcze gotowy, i wszystko, co się z tym wiąże. Smuci mnie to, ale uważam, że mecz z Portugalią powinien być zamknięciem tego tematu i przy okazji otwarciem nowego etapu.
Uważa pan, że menedżer zarządzający takim projektem jak Stadion Narodowy powinien być tak solidnie wynagrodzony? Pamiętam, kiedy w 2008 r. zespół młodych menedżerów tworzył minister Mirosław Drzewiecki. Było mu trudno, bo to wielki projekt, ale byliśmy pewni, że uda nam się go przeprowadzić, że Euro 2012 będzie sukcesem. Istotne było wówczas takie skonstruowanie kontraktów, aby menedżerowie byli wynagradzani na zasadach rynkowych. Później poszło to, niestety, w złą stronę. Ich premie zaczęły pączkować i to one, a nie praca, są symbolem tych inwestycji. Takie sumy zawsze szokują, zwłaszcza gdy wypłacane są z państwowych pieniędzy. Dlatego uważam, że można rzetelnie zarabiać, ale tylko w sytuacji, gdy jest to dobrze wykonana praca. Nie, kiedy są opóźnienia i niedoróbki.
Jaka jest rola w tej sprawie pani minister Joanny Muchy? Uważam, że jest bardziej ofiarą niż powodem problemów. Kibicuję jej, stała się zakładnikiem w całej tej sytuacji i musi sobie teraz z tym poradzić. Minister Mucha koordynuje ostatnie prace przed Euro i musimy - my politycy koalicji - ją wspierać.
A wyłączając sprawę Stadionu Narodowego, uważa pan, że to dobra minister sportu? Na pewno jest na "celowniku". Uważam, że zawsze powinno się dać czas rządowi, a w przypadku ministrów jest tak, że muszą oni pokazać plan pracy i koncepcję. Dopiero wtedy będzie można oceniać jej skuteczność jako ministra. Mam wrażenie, że wszyscy zajmują się teraz tylko panią minister, a nie wszyscy dobrze jej życzą. Mamy w bliskiej perspektywie Euro, więc w przypadku ministra sportu powinno podtrzymywać się dobre emocje. To będzie nasze wielkie sportowe święto.
Pan mówi o politykach opozycji, którzy przypuszczają atak na panią Muchę. Ale to samo robią partyjni koledzy i koleżanki - poseł Ireneusz Raś, Andrzej Biernat, Julia Pitera. Oni nie wyrażali się o pani minister zbyt dobrze. Nie będę tego komentował, choć też to zauważyłem. Staram się mówić za siebie: kocham sport i wiem, że nie jest to łatwe ministerstwo, szczególnie w kontekście zbliżających się wydarzeń, roku olimpijskiego, Euro.
Pana zdaniem dyskusja o kompetencjach - jakiegokolwiek ministra - powinna sprowadzać się do przepychanki czy nawet wojny płci. Niektórzy publicyści mówią o chórze zagrożonych samców, którzy w trosce o własne pozycje przypuszczają atak. Jeśli dotyczy to kobiety, do tego w tak ważnym ministerstwie, uruchamiają się dodatkowe emocje. Powinno się mówić o kompetencjach. To one są najważniejsze. Nie sądzę, aby to była wojna płci.
A jaki powinien być minister sportu? Osobą, która ma wizję rozwoju sportu, wspierania go w całym kraju, dobrze współpracuje z samorządami. W Czechach na przykład dobra współpraca z samorządami, klubami, dofinansowanie procesu szkolenia dzieci i młodzieży spowodowały, że Czesi mają kilka dyscyplin flagowych - hokej, tenis, piłkę nożną. Racjonalnie i sensownie przeprowadzali finansowanie szkolenia dzieci i młodzieży.
Wzorem jest dla mnie także to, co udało się zrobić Mirosławowi Drzewieckiemu w sprawie "orlików". To był projekt, według którego udało się wybudować ponad 2 tys. boisk do siatkówki, koszykówki i piłki nożnej. To odmieniło spojrzenie na rozwój sportu wśród dzieci. Minister sportu zawsze musi mieć wizję. Jest to ważne i odpowiedzialne stanowisko, które dysponuje sporymi pieniędzmi. Dlatego minister sportu musi mieć sensowne projekty, które trzeba realizować. Uważam, że poprzednia kadencja, w latach 2007-11, była dla sportu bardzo dobra.