Sport.pl

Sponsor rzuca podnoszenie ciężarów

Dlaczego chemiczny koncern Anwil wycofuje się ze sponsorowania Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów? O zakończeniu współpracy z końcem marca, czyli niecałe pół roku przed igrzyskami w Rio de Janeiro, poinformował portal Polska-sztanga.pl. Jak powiedział "Wyborczej" prezes PZPC Szymon Kołecki, powodem jest zmiana polityki marketingowej Anwilu, którego udziałowcem jest skarb państwa poprzez właściciela firmy, PKN Orlen.
Wycofanie się spółki może być również związane z publikacjami "Wyborczej".

8 lutego w artykule "Dopingowy układ z Szymonem Kołeckim" napisaliśmy, że jeden z największych bohaterów polskiego sportu, a obecnie prezes PZPC, brał doping w 2002 r. Był to steryd anaboliczny retabolil aplikowany przez ukraińskiego lekarza Walentina Czernopiatowa. Napisaliśmy także, że Kołecki wpadł podczas zgrupowania kadry, ale że sprawa została zamieciona pod dywan dzięki nieformalnemu układowi między PZPC a międzynarodową federacją sztangistów. Informacje "Wyborczej" są zaświadczone nagranymi oraz pisemnymi zeznaniami polskich działaczy, oświadczeniem dr. Czernopiatowa oraz potwierdzone dokumentami.

Dla Kołeckiego byłaby to druga wpadka, po której nastąpiła trzecia - dwa lata później. Jednak dyskwalifikacją ukarano tylko pierwszą - w 1996 r. W 2000 r. na igrzyskach w Sydney oraz w 2008 r. w Pekinie Kołecki zdobył srebrne medale.

Jeśli ta sprawa była powodem decyzji Anwilu, to dziwne, że została podjęta teraz, po dwuletniej współpracy. Przez ciężary przetoczył się w tym czasie dopingowy tajfun. Dwa lata temu wpadł brat prezesa Sylwester Kołecki, syn trenera kadry Piotr Chruściewicz, trzykrotny mistrz świata Marcin Dołęga. Później to samo przydarzyło się Krzysztofowi Zwaryczowi - był to pierwszy w Polsce przypadek stosowania hormonu wzrostu - a miesiąc temu po raz drugi kontrolerzy antydopingowi nie zastali Bartłomieja Bonka tam, gdzie zadeklarował, że będzie, czyli w domu. Trzecia nieobecność oznacza dyskwalifikację brązowego medalisty olimpijskiego z 2012 r. Po tamtych igrzyskach również pojawiły się uzasadnione wątpliwości, czy ich mistrz Adrian Zieliński rzeczywiście przygotowywał się w trudno dostępnej Osetii Południowej, jak twierdził. Wątpliwości się zwiększyły, gdy dwa lata temu kontrolerzy nie mogli odnaleźć tam Zielińskiego, choć sam zgłosił Osetię w antydopingowym systemie ADAMS. Mało tego, Marzena Karpińska, której związek Kołeckiego skrócił karę za doping (na co nie zgodziła się później międzynarodowa federacja), wpadła niedawno, zaraz po powrocie na pomost.

W "Wyborczej" zadaliśmy pytanie, czy były zawodnik osobiście obciążony dopingiem może być szefem federacji, którą trawi najgroźniejsza oprócz korupcji choroba sportu. Nawet tak sympatyczny, elokwentny i inteligentny jak Kołecki.

Według nieoficjalnych informacji Anwil dawał 1 mln zł rocznie, czyli około 10 proc. budżetu związku. Kołecki powiedział "Wyborczej", że dzięki pieniądzom spółki można byłoby np. przyznawać nagrody finansowe dla ewentualnych medalistów olimpiady w Rio oraz dla zawodników i trenerów z innymi sukcesami.

W ostatnich MŚ w Houston Polacy nie zdobyli żadnego medalu, ale przynajmniej Zieliński najprawdopodobniej otrzyma srebro, ponieważ trzech z czterech wyprzedzających go zawodników wpadło na dopingu.

Swoboda to wcale nie największy talent w polskiej lekkiej atletyce? [SPRAWDŹ]


Więcej o: