29-letni Hiszpan wygrał trzykrotnie Tour de France, zarabia bajońsko, ok. 5 mln euro rocznie, był absolutnym monarchą w kolarskim świecie, człowiekiem z pierwszych stron. Nad jego sprawą marszczą czoło szefowie MKOl, premierzy i prawdziwy król, czyli Juan Carlos de Borbón.
37-letni "Serek", chłop na schwał, mógłby złamać wiosło jak zapałkę, zdobył w kajakowej czwórce brązowy medal igrzysk w
Sydney. Mediów tym nie zawojował. Jego miesięczne stypendium to w porywach do 4 tys. zł netto.
W ich organizmach wykryto klenbuterol, lek na astmę wycofany z Europy w 1988 r., teraz używany w nielegalnym tuczu zwierząt.
Ile wykryto? Niewyobrażalnie mało, ale to się nie liczy. Wedle przepisów wystarczy, że klenbuterol po prostu jest, choćby kilka pikogramów.
Seroczyński dostał dwa lata dyskwalifikacji. Przepadło stypendium i dyplom za czwarte miejsce w igrzyskach w Pekinie. Koledzy pomogli znaleźć pracę, jest przedstawicielem handlowym. Za brąz z Sydney dostaje 2,4 tys. zł sportowej emerytury. Przed podatkiem.
Contadora uniewinnił Królewski Hiszpański Związek Kolarski.
Czeka teraz na przesłuchanie w sportowym Trybunale Arbitrażowym. Przesunięto je na sierpień, na wniosek kolarza - aby mógł wystartować w Tour de France - a potem na listopad.
22 sierpnia 2008 r. na torze Shunyi - Trzeba będzie oddać życie, oddam - mówi Mariusz Kujawski przed piątkowym startem do najważniejszego wyścigu, olimpijskiego finału K2 1000 m. Szlakowy Adam Seroczyński jest skryty, słów używa niewiele. Mają płynąć po medal. Są w życiowej formie.
Na kilku ostatnich metrach upiornej walki o podium Polaków wyprzedzają Włosi - o 0,078 s. Mrugnięcie okiem trwa 0,3 s. Skrawki czasu i masy są od tego momentu bardzo ważne dla Seroczyńskiego.
Zawodnik jest przyzwyczajony, że wszędzie się go sprawdza. Od 2005 r. objęty jest programem ADAMS, który rygorystycznie wymaga obecności każdego dnia w wyznaczonym czasie i miejscu. Jak cię nie ma raz i drugi tam, gdzie zeznałeś, że będziesz - dyskwalifikacja, jakbyś brał koks.
Co najmniej pięć razy w roku jest badany. Przy pomoście za metą przeklinający Włochów na czym świat stoi Seroczyński odbiera wezwanie na kontrolę.
Od chwili podpisania wezwania zawodnik musi się stawić w punkcie antydopingowym w ciągu godziny. Nieprzyjęcie wezwania, niepodpisanie, spóźnienie się, niestawienie się oznacza dyskwalifikację, w ramach szerokich widełek - wedle uznania.
Punkt kontrolny mieści się w blaszanym kontenerze na torze w Shunyi, jak wszystko - stołówka, kuchnia, szatnie, biuro prasowe, biura sędziów, miejsce odpoczynku wolontariuszy.
W poczekalni kilkoro zawodników z butelkami wody w ręku. Upał na torze przeraźliwy, wysiłek podczas wyścigów ogromny, trudno oddać moczu tyle, aby zadowolić kontrolerów, choćby człowiek się wyżymał.
Zdarzają się tacy, którzy siedzą godzinami i wreszcie sikają, ale są i tacy, którzy zostają zdyskwalifikowani za uporczywą odmowę oddania moczu.
Zawodnicy, którzy zgłaszają gotowość, kolejno wchodzą z agentem lub agentką do toalety. Przedstawiciele ekipy, którzy przyprowadzają delikwentów, zostają na zewnątrz.
Procedury pobierania próbek są uwłaczające, ale podyktowane doświadczeniem. Zdarza się, że sportowi oszuści instalują sobie zbiorniki z czystym moczem i w krytycznej chwili dyskretnie przelewają zawartość do pojemnika. Dlatego asystenci/asystentki nie wzdragają się przed zaglądnięciem w najbardziej intymne miejsca.
W punkcie antydopingowym jest Beata Mikołajczyk, startująca 20 minut wcześniej niż Seroczyński w finale czwórki na 500 m. - Mówiła, że doświadczenie jest upokarzające. Agentka nachyliła się i z bardzo bliska, uważnie obserwowała obnażenie się zawodniczki i oddawanie moczu - wspomina Dariusz Sitkowski, wiceszef Instytutu Sportu, wtedy fizjolog z ekipy kajakarzy, który przyprowadza Mikołajczyk, a następnie towarzyszy Seroczyńskiemu.