Sport.pl

Doping Kornelii Marek. Szef Komisji Dyscyplinarnej: Kiedy usłyszała: "dwa lata", rozpłakała się

- Mam niedosyt, że niczego nie rozstrzygnęliśmy. Ale oświadczenia Marek i Trypolskiego się wykluczały, nawet prokurator więcej by tutaj nie zdziałał. Może lepiej umiałby przesłuchać świadków, ale jeśli byliby tak konsekwentni jak w rozmowach z nami, niczego więcej by się nie dowiedział - twierdzi Zbigniew Waśkiewicz przewodniczący Komisji Dyscyplinarnej PZN.
Robert Błoński: Dwa lata dyskwalifikacji to nie jest zbyt łagodna kara za wpadkę na igrzyskach?

Zbigniew Waśkiewicz: To regulaminowa kara za pierwsze przewinienie. Do tej pory tak karano biatlonistów czy biegaczy. Poszliśmy śladem dotychczasowych wyroków, tylko w kolarstwie są cztery lata. Teraz czekamy na kary FIS i MKOl. Nie będą niższe.

Komisja zakończyła pracę porażką, bo nie wyśledziła, kto podał doping, kto go zorganizował i zapłacił oraz kto go przemycił do Kanady - Marek brała EPO już podczas igrzysk.

- Zawodniczka mówiła, że podczas igrzysk zastrzyki robił jej tylko fizjoterapueta kadry Witalij Trypolski i ona, w swojej naiwności i zaufaniu do niego, nie wiedziała, co to są za zastrzyki. Trypolski przyznał, że robił zastrzyki, ale wyłącznie z dozwolonych środków i na pewno nie podawał EPO.

Mam niedosyt, że niczego nie rozstrzygnęliśmy. Jednak oba oświadczenia się wykluczały, nawet prokurator więcej by tutaj nie zdziałał. Może lepiej umiałby przesłuchać świadków, ale jeśli byliby tak konsekwentni jak w rozmowach z nami, niczego więcej by się nie dowiedział.

Wykluczyliśmy możliwość, że Kornelia przyjęła doping nieświadomie. Ważne, aby zmieniło się prawo, niech stosowanie dopingu będzie przestępstwem i dochodzenie prokuratorskie rozpoczyna się automatycznie.

Podczas pierwszego przesłuchania Marek była bliska załamania.

- To była chwilowa słabość. Potem wyglądało na to, że czeka na wyrok, aby wszystko mieć za sobą. Kiedy usłyszała: "dwa lata", rozpłakała się. Wcześniej zdziwiła się tym, co mówiły koleżanki z kadry. Justyna Kowalczyk stwierdziła, że jako sportowiec "od obcej osoby nie przyjmie nawet szklanki wody", a co dopiero mówić o zastrzyku. Sylwia Jaśkowiec mówiła: "Być może tracę przez to szanse być w światowej czołówce, ale dopingu nigdy nie przyjmę. Wszystko chcę zawdzięczać sobie i swojej pracy".

Kto kręcił?

- Nie nazwę tego zmową milczenia, ale nie wszyscy powiedzieli absolutnie wszystko, co wiedzą. Może się czegoś bali? To moje przypuszczenie, sprawa jest zakończona. Przedstawiliśmy swoją opinię, a Kornelia zapewniła, że nie zgłosi sprawy do prokuratury i się nie odwoła. Była jedyną osobą, która - gdyby np. czuła się skrzywdzona - mogłaby złożyć doniesienie, że działamy na jej szkodę. Sama z siebie powiedziała nam, że tego nie zrobi. To też daje do myślenia.

A może, gdyby kara była sroższa, Marek złożyłaby wniosek do prokuratury i śledztwo tej ostatniej byłoby bardziej skuteczne?

- Nie mieliśmy dowodów, a wtedy przepisy nie pozwalają na wyższą dyskwalifikację. Dwa lata to minimum. Żeby ukarać na dłużej, trzeba mieć mocny powód, np. udowodnić, że zorganizowała ten doping, wciągnęła inne osoby... Nie mieliśmy żadnych dowodów. To samo z Trypolskim. Przykro mi, bo w życiu mocno opieram się na logice. Udowodniłem im, że mówią nielogicznie, ale nie udowodniłem, że kłamią. Dokładnie wiedzieli, co mają mówić. Czułem się bezsilny. Sześć razy pytaliśmy o to samo, odpowiedź zawsze była identyczna. Biliśmy głową w mur.

Sprawa Kornelii Marek » trafi do prokuratury


Więcej o: