Sport.pl

Vancouver 2010. Gąsienica-Daniel: Nie trafiłam w te ślady...

Szast, prast, tuman śniegu w powietrzu i po zawodach. Agnieszka Gąsienica-Daniel, jedyna polska alpejka na igrzyskach, wypadła z trasy slalomu giganta na jednej z początkowych bramek pierwszego przejazdu. - Załamać się można, popełniłam błąd, moja wina - mówiła na mecie, ale marnym dla niej pocieszeniem było to, że razem z nią odpadła też Lindsey Vonn.
Przedostanie się na metę giganta w Whistler Creekside porównać można chyba tylko do szturmowania supermarketu, gdzie w promocji, po 50 zł, sprzedają plazmowe telewizory. Bramki, kontrole, łokcie, potem gondolą do góry, tu skręcić, tam przeskoczyć. Wszędzie tłum ludzi, obok facet w kurtce z napisem "Brasil". Człowiek od razu czuje, że przyjechał na jedną z najpopularniejszych konkurencji igrzysk. Obok hokeja, nigdzie na tych igrzyskach, nie ma takich tłumów.

Oglądanie występu polskiej jedynaczki, było doznaniem wyjątkowo krótkim. Dłużej, i to tak z pięćdziesiąt razy, udzielała później wywiadów polskim dziennikarzom.

- To było gdzieś na 20 sekundzie, rzuciłam się, chciałam zrobić dobry wynik, bramkę chciałam minąć ciasno, a tam w śniegu były już takie głębokie ślady, w które trzeba było się wpasować. I przez to wypadłam z trasy - powiedziała Sport.pl. Gąsienica-Daniel. - Trasa trochę zmiękła i zrobiły się w niej dziury, trzeba było się wpasować, a nie jechać swoją linią - kręciła głową 23-letnia alpejka, która jest szóstą osobą z usportowionej rodziny Gąsieniców-Danielów z Krzeptówek startującą na igrzyskach. Na razie najlepiej spisała się biegaczka Helena Gąsienica-Daniel, która w 1960 r. w Squaw Valley była z koleżankami czwarta w sztafecie 3x5 km.

Pani Agnieszka jest ambitna i powiedziała, że powalczy o historyczny w rodzinie pierwszy medal za cztery lata w Soczi. W przyszłość patrzy z optymizmem, bo dobrze jej się pracuje pod okiem włoskiego trenera kadry Livio Magoniego, który nauczył ją bardziej agresywnego stylu jazdy. M.in. dzięki temu Polka zajęła 23. miejsce ze stratą 4,17 sekundy do złotej medalistki Andrei Fischbacher w niedawnym supergigancie. Trener Magoni tak niewielka stratę określił jako "cud".

Na nierozwiązywalną od lat zagadkę, dlaczego w kraju gdzie są góry i ludzie jeżdżący dużo na nartach, nie ma wyników bliższych światowej czołówki, Gąsienica-Daniel nie umiała znaleźć prostej odpowiedzi. - Mało zawodników jest, pieniędzy, ale robimy ciągłe postępy, będzie lepiej - rzuciła na koniec optymistycznie.

Marnym pocieszeniem dla Polki było to, że z trasy wypadła też Lindsay Vonn. Amerykańska gwiazda pędziła do mety ze znakomitym międzyczasem, ale wywróciła się i wylądowała w siatce z boku trasy, a nie na mecie. Do dziennikarzy przyszła z wielką torbą lodu przyłożoną do ręki i smutną wiadomością, że musi jechać na prześwietlenie. Od niego będzie zależało, czy wystartuje w kończącym igrzyska piątkowym slalomie.

Amerykańskie nieszczęścia na stoku działy się zresztą w środę podwójnie, bo tuż po Vonn na trasę ruszyła Julia Mancuso, ale ze względu na upadek koleżanki, kazano jej się zatrzymać i potem zjechać jeszcze raz. Jej koncentracja i energia kompletnie do tego czasu wyparowały. Skończyło się na płaczu i miejscu poza dziesiątką.

Do mety nie dojechało w sumie 18 alpejek na 86, które wystartowały. Spośród tych, którym się udało, najszybsza po pierwszym przejeździe była Austriaczka Elisabeth Goergl.

Tak jechały narciarki w pierwszym przejeździe w Vancouver 2010 »


Więcej o: