Sport.pl

Kajetan Broniewski: sport powinien być perłą w koronie każdego rządu

- Trzeba skończyć z takimi statystykami, jak dziewięciu ministrów przez 11 lat. Jak mają wyglądać rozwiązania systemowe, skoro każdy minister ma inną wizję? - mówi Kajetan Broniewski. Były wioślarz, medalista olimpijski z Barcelony, a w ostatnich latach pracownik m.in. Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz Ministerstwa Sportu i Turystyki tłumaczy, co zrobić, by polski sport w wydaniu olimpijskim wyglądał lepiej niż na igrzyskach w Rio




Łukasz Jachimiak: co się dzieje w polskim sporcie, zwłaszcza w najbliższych panu kajakarstwie i wioślarstwie, po igrzyskach w Rio?

Kajetan Broniewski, brązowy medalista olimpijski w wioślarskiej "jedynce", dyrektor sportowy Polskiego Związku Kajakowego, w przeszłości dyrektor generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego, sekretarz generalny w Polskim Związku Wioślarskim, Polskim Związku Kolarskim i Polskim Związku Judo, a także dyrektor Departamentu Sportu Wyczynowego w Ministerstwie Sportu i Turystyki: - w poszczególnych związkach odbywają się wybory. Potrwa to do końca roku. W Polskim Związku Kajakowym zjazd sprawozdawczo-wyborczy odbędzie się w dniach 10-11 grudnia. Po wyborach, podczas których zostanie wybrany prezes oraz ukonstytuuje się nowy zarząd, zapewne podjęte zostaną działania dotyczące strategii szkolenia i przygotowań do igrzysk w Tokio w 2020 roku.

Bez względu na to, kto będzie rządził związkiem, kajakarstwo będzie aspirowało do roli jednej z kluczowych dyscyplin polskiego sportu?

- Polskie kajakarstwo historycznie miało, ma i mam nadzieję będzie miało niebywały potencjał, który w kontekście igrzysk przez dziesięciolecia nie został należycie skonsumowany. To jest sport, w którym w kategorii juniorów młodszych, juniorów i młodzieżowców zdobywamy wiele medali i mamy mnóstwo miejsc w ścisłych finałach, czyli od czwartego do ósmego. Próżno szukać takich wyników w wielu innych dyscyplinach. Ale przychodzą igrzyska i okazuje się, że wracamy z tylko jednym medalem, jak to było w Atenach, Pekinie czy Londynie. Sam fakt, że kajakarstwo nie dało nam jeszcze ani jednego olimpijskiego złota świadczy o tym, że na igrzyskach zawsze coś nam nie wychodzi. Przykłady z przeszłości można mnożyć. Lata 70. i 80. to czas choćby słynnego Grzegorza Śledziewskiego, o którym mówiono Schwarzenegger kajakarstwa. Był fenomenalny, zdobył aż 14 medali mistrzostw świata, w tym trzy złote, świetnie pływał na "jedynce" i na 500, i na 1000 metrów, a z igrzysk olimpijskich nie przywiózł ani jednego krążka, choć był na nich trzy razy. W czasach bardziej współczesnych worki medali mistrzostw świata i Europy zdobywali Marek Twardowski i Adam Wysocki, a choć na igrzyskach byli w Atlancie, Sydney, Atenach i Pekinie, to - co wydaje się wręcz nieprawdopodobne - też nie zdobyli nawet jednego miejsca na podium. W tym kontekście trzeba stwierdzić, że start naszej kadry w Rio okraszony dwoma medalami był bezwzględnie dobry.

Byłby naprawdę dobry, gdyby nie porażka "czwórki" kobiet, które nie awansowały do finału A, a były typowane nawet do złota.

- Trener Tomasz Kryk na razie analizuje nieudany - nie ma się co oszukiwać - start "czwórki". Należy nadmienić, że od igrzysk w Sydney nasze panie zawsze zawody "czwórek" kończyły na czwartym miejscu. Każdy liczył - ja również - że tym razem osada uskrzydlona medalami zdobytymi przez Beatę Mikołajczyk i Karolinę Naję oraz przez Martę Walczykiewicz wywalczy upragniony przez środowisko, historyczny złoty medal olimpijski. Nie wyszło, nie zawsze jest tak, że jak do łodzi wsiądą wyjątkowe indywidualności, to łódź płynie odpowiednio szybko. Przykładem czwórka podwójna z Adamem Korolem i Markem Kolbowiczem, którzy nigdy nie byli "jedynkarzami", nigdy też nie pływali fenomenalnie w "dwójce", a kiedy wzięli do osady dwóch kolegów wcale nie najmocniejszych w sensie wyników, to razem stworzyli osadę przez lata nie do pokonania. Wracając do Rio - dwa medale bardzo cieszą, martwią natomiast i słaby start "czwórki", i fakt, że pozostałe osady nie zdobyły punktów olimpijskich, czyli znalazły się poza "ósemką". Trzeba bardzo mocno zabrać się do pracy, aby w Tokio nie wypaść gorzej. Porównajmy się z wioślarzami. My mieliśmy osiem osad kajakowego sprintu i osiem było osad wioślarskich. Nie liczę tu naszych zawodników slalomu. Wiosła zdobyły 34 punkty olimpijskie, kajaki - 13. Nawet licząc z "góralami" mamy punktów tylko 17. Moje myśli często wracają do startu na igrzyskach w Sydney, podczas których kajakarze w sumie zdobyli cztery medale i 44 punkty. Do powtórzenia takich wyników należy dążyć.

Jak?

- Na razie trudno cokolwiek mówić, bo nawet, jak się podejmie nowe inicjatywy, to nowy zarząd, nowy prezes mogą mieć zupełnie inne spojrzenie. Dlatego w wielu związkach jest teraz stan wyczekiwania.

Ale minister sportu Witold Bańka twierdzi, że jego resort już analizuje strategie rozwoju przygotowane przez poszczególne związki.

- Ministerstwo prosiło, żeby wysłać materiały dotyczące działań jakie można podjąć wspólnie ze sponsorami. Resort stara się pomóc związkom pozyskać pomoc ze strony spółek skarbu państwa. My atrakcyjne możliwości wykorzystania kajakarstwa również przedstawiliśmy, taki dokument przesłaliśmy jeszcze przed igrzyskami w Rio. A z ostateczną strategią musimy poczekać do wyborów.

Jest pan doświadczonym człowiekiem sportu, zna go pan dobrze z obu stron - zawodnika i działacza, jakkolwiek źle brzmi to słowo. Proszę podzielić się swoim pomysłem.

- Często ostatnio słychać, że należy iść w Polsce w kierunku rozwoju kilku sportów. Jak Węgrzy.

Albo jak kiedyś Brytyjczycy.

- To wielki kraj, który obecnie osiąga sukcesy we większości letnich sportów olimpijskich.

Zostańmy przy Węgrach, ich jest niecałe dziesięć milionów, a z 15 krążkami, w tym ośmioma złotymi, zajęli w Rio 12. miejsce w klasyfikacji medalowej. Czyli byli lepsi od Polski o 21 miejsc.

- Ich pomysł nie powstał pięć lat temu, tylko ponad 50 lat temu. Węgrzy mając niewielką populację wybrali sobie kilka sportów. W całej historii swoich startów w igrzyskach zdobyli w sumie 476 medali olimpijskich. W tym aż 435 w 10 dyscyplinach - w kajakarstwie, szermierce, pływaniu, zapasach, gimnastyce, boksie, lekkoatletyce, pięcioboju nowoczesnym, piłce wodnej i podnoszeniu ciężarów. Oczywiście najwięcej, bo aż 77 medali, zdobyli dla nich kajakarze. Trudno nam się dzisiaj porównywać z Węgrami też dlatego, że oni na igrzyskach starują już od 1896 roku, kiedy Polski nie było na mapie, gdy jeszcze 22 lata musiała czekać na odzyskanie niepodległości.

Węgrom kajakarstwo dało 77 olimpijskich medali, a nam 20. Różnica w potencjale jest aż tak wielka?

- Nasz potencjał jest większy niż to pokazują wyniki. Nie brakuje nam młodzieży uprawiającej ten wymagający sport, choć na pewno nie jest jej tak dużo jak jeszcze 20 lat temu.

Ile mamy klubów my, a ile mają Węgrzy?

- U nas kajakarstwo można trenować w 120 klubach, na Węgrzech jest takich 145. W bratnim sporcie, we wiosłach, jest już dużo gorzej niż w krajach w tym sporcie najmocniejszych. Tam mamy tylko około 40 klubów. Ale skoro z naszych 11 medali w Rio cztery zdobyły wspólnie kajaki i wiosła, to widać, że możliwości są spore. Polski Związek Kajakowy jest jednym z najlepiej finansowanych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, ale - aż trudno uwierzyć - nie ma sponsorów. Przydałyby się dodatkowe środki finansowe na stworzenie programów autorskich podobnych do tych, które działają w siatkówce, piłce ręcznej, koszykówce, lekkiej atletyce. Oczywiście w sportach wodnych nie można działać w podobny sposób, nie da się tego robić poprzez np. gimnazja. Tu inna jest specyfika, wszystko musi się oprzeć o przystanie, które znajdują się jedynie w klubach, wyposażonych też w odpowiedni sprzęt oraz zaplecze szkoleniowe. Ale w nich można zrobić bardzo dużo. W latach 1997-2000 nie mając pieniędzy w Warszawskim Towarzystwie Wioślarskim zorganizowano akcję "Otwarta przystań". Autobusami przyjeżdżały do nas szkoły podstawowe, dzieci uczestniczyły w przygotowanych sprawdzianach, a najlepsze trafiały do klubu. Chętnych było mnóstwo, dzięki tamtym działaniom Marcin Brzeziński i Weronika Deresz startowali teraz na igrzyskach w Rio.

Przydałoby się więcej takich akcji i jednak pieniądze na ich przeprowadzenie?

- Trenerzy wioślarstwa i kajakarstwa w większości są nauczycielami w szkołach. Wynagrodzenia w klubach są niewielkie, dlatego wielu z nich pracuje jeszcze dodatkowo po pracy w klubie, by zarobić i związać jakoś koniec z końcem. To powoduje, że trening w klubach nie jest taki, jaki mógłby być, aby zachęcić najmłodszych do uprawiania kajakarstwa czy wioślarstwa - nie oszukujmy się bardzo ciężkich sportów. Pamiętam, jak kiedyś na przystani trenerzy przebywali od rana do wieczora, ale to było 16 lat temu. W chwili obecnej, kiedy warunki ekonomiczne się zmieniły, trenerzy nie mogą sobie na to pozwolić. Kiedyś sugerowałem pani minister, później panu ministrowi, kolejnemu ministrowi, i jeszcze następnemu ministrowi, że można stworzyć programy naprawdę bez wielkich pieniędzy. Załóżmy, że rzeczywiście stawiamy na siedem-osiem dyscyplin, uznając je za strategiczne dla polskiego sportu. Proszę sobie wyobrazić, że rządzę naszym sportem - wtedy wzywam do siebie prezesów tych siedmiu związków i proszę ich o wskazanie dziesięciu najlepszych klubów. Takich, które mają dobrą infrastrukturę, dużo sprzętu, zarząd, który chce coś zrobić. W każdym z takich klubów należałoby wybrać jednego albo dwóch trenerów i zatrudnić ich w związku z pensją, która pozwoli im na pracę tylko w klubie. Rozliczani byliby z liczby młodzieży, która będzie w klubie trenować. Niech będzie, że każdy z 10 klubów miałby jednego trenera zatrudnionego przez federację. Przy wynagrodzeniu wynoszącym sześć tysięcy złotych daje to kwotę 60 tysięcy wydawaną co miesiąc przez związek. Jak pomnożymy przez siedem dyscyplin, otrzymamy w sumie wydatek pięciu milionów złotych rocznie. To żadne pieniądze, większe idą na niektóre już realizowane już programy dla jednej dyscypliny. Po sześciu-siedmiu latach wyniki byłyby widoczne. Trenerów wystarczyłoby tylko rozliczać tak, jak kiedyś rozliczał mnie prezes WTW Warszawa, który powiedział: "słuchaj, ja nie chcę wyników, ja chcę, żeby na wodzie się zaroiło od biało-niebieskich koszulek". Tak też się stało, a jak się zaroiło, to na wyniki nie trzeba było długo czekać. Jak klub przyjechał na zawody do Kruszwicy dwiema przyczepami wioślarskimi, to wszyscy przecierali oczy ze zdumienia. My mamy coraz lepsze warunki do uprawiania sportów wodnych i to trzeba wykorzystać. Mimo, że są to sporty kosztowne, to w kolejnych miastach powstają nowe przystanie zarówno kajakowe jak i wioślarskie. Przy odpowiednim zaangażowaniu i podejściu naprawdę można w najbliższych latach pójść w dobrą stronę. Wszyscy mówią, że młodzież się do sportu nie garnie, że jest inna niż kiedyś, ale ja widzę, że nadal jest duża grupa dzieci i młodzieży, która chce trenować. Skoro na konsultacje do Wałcza zgłoszonych przez kluby kajakowe zostaje 400 zawodników w kategorii juniorów i młodzieżowców, zawodników już wyselekcjonowanych, najlepszych, to wiem, że jest dla kogo pracować, żeby później, przy ich przejściu do świata seniorów, nie było takiego zgrzytu jaki jest teraz.

Mówi pan, że w kajakach zgrzyta bardziej niż w wiosłach, choć lepsze warunki do rozwoju są w kajakach. Jak to wytłumaczyć?

- Nie ma prostej odpowiedzi. Niemcy w wioślarskich kategoriach juniorów i młodzieżowców są światowym dominantem - wygrywają wszystko, a mimo to w olimpijskiej punktacji przegrali z reprezentacją Polski. To wprost niebywałe, tam 600 tys. ludzi posiada licencję, w Polsce takich osób jest około 2000. Wynik naszych wioślarzy w Rio zaprzecza realiom, jakie posiadamy. Wioślarze osiągnęli fenomenalny rezultat.

Przy okazji wizyt w TVP podczas igrzysk dużo o naszych możliwościach w odniesieniu do potęg mówiła już brązowa medalistka olimpijska z Londynu, Julia Michalska.

- Kajakarstwo rozpoczyna swoje zmagania olimpijskie wtedy, kiedy wioślarze są już w domu. Ale podczas igrzysk w Rio kajakarze mieli wyznaczone godziny treningu pomiędzy startami wioślarzy. Mogli zatem obserwować, jaką popularnością cieszą się zawody wioślarskie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, USA, Australii, Kanadzie, w Niemczech, we Francji, we Włoszech. W tych państwach wioślarstwo to sport elitarny, na zawody przyjeżdżało wielu kibiców stamtąd. Kiedy w latach 90. jeździłem do USA i trenowałem w różnych uniwersytetach, to przekonałem się, że ktoś, kto uprawia wioślarstwo jest traktowany jak sportowiec z najwyższej półki. Natan Szymczyk po zdobyciu mistrzostwa świata juniorów natychmiast dostał w Stanach Zjednoczonych stypendium. Oni takich ludzi wychwytują błyskawicznie. A wracając do Wielkiej Brytanii, to przypomnę, że jeszcze podczas igrzysk w Atlancie w 1996 roku Brytyjczycy zajęli 36. miejsce w klasyfikacji medalowej, zdobywając 15 medali w tym "tylko" jeden złoty, który nomen-omen wywalczyli Steve Redgrave i Matthew Pinsent w wioślarskiej "dwójce". Natomiast Polska reprezentacja zanotowała wówczas jeden z najlepszych występów zdobywając 17 medali w tym aż siedem złotych i zajmując w klasyfikacji generalnej 11. miejsce. W Wielkiej Brytanii zaczęto bić na alarm, w pierwszych latach inwestowano w sport olbrzymie pieniądze. Na efekty nie trzeba było długo czekać - już podczas igrzysk w Sydney w 2000 roku Brytyjczycy przesunęli się w klasyfikacji o 26 pozycji, zajęli 10. miejsce, zdobywając 28 medali. Apogeum nastąpiło 12 lat później, podczas igrzysk w Londynie, na których Wielka Brytania zdobyła 65 medali zajmując w klasyfikacji generalnej trzecie miejsce. W Rio było jeszcze lepiej - 67 medali i drugie miejsce. Brytyjczycy pokazują, że pieniądze trzeba mądrze wydawać, że trzeba pilnować pewnych rozwiązań, programów. Oni to konsekwentnie robią.

Powiedział pan o jednym ze swoich pomysłów: "mówiłem pani minister, później panu ministrowi, kolejnemu ministrowi, i jeszcze następnemu ministrowi" - czy nie jest tak, że u nas nawet najlepszy program nie ma szans na realizację przy takich zmianach na szczycie ministerstwa sportu?

- Aby nasz sport był na poziomie godnym 40-milionowego państwa, to z igrzysk olimpijskich powinniśmy wracać z minimum 15 medalami. Ministerstwo sportu nie jest resortem, który spędza politykom sen z oczu, więc może trzeba spróbować porozumieć się ponad podziałami po to, aby skończyć z takimi statystykami, jak dziewięciu ministrów przez 11 lat, czyli od początków powstania Ministerstwa Sportu i Turystyki. Jak mają wyglądać rozwiązania systemowe, skoro każdy z ministrów ma trochę inną - co normalne - wizję funkcjonowania resortu? Zanim minister wdroży się w pracę resortu, nim rozpocznie realizację projektów - odchodzi. Mój pomysł jest taki, by ministra rozliczać po każdym czteroletnim okresie olimpijskim. Ministerstwo Sportu i Turystyki finansuje przygotowania polskich związków sportowych do igrzysk, więc skoro teraz zaczyna się kolejny okres olimpijski, to minister powinien otrzymać jasną informację, że prowadzi polski sport do kolejnych igrzysk, na których oczekujemy tych załóżmy 15 medali. Wtedy pan minister miałby czas na spokojną pracę, na przygotowania, które powinny przynieść określone efekty. Dla mnie sport powinien być perłą w koronie każdego rządu, bo to właśnie sport w sposób najbardziej spektakularny promuje kraj. Kiedy sportowcy wracają z sukcesami, szczególnie z igrzysk olimpijskich, to prezydenci, premierzy, przedstawiciele miast witają ich, podejmują śniadaniami, wręczają odznaczenia. Zmiany są konieczne, bo od lat stoimy w miejscu, a nawet nasza pozycja się pogarsza. W Rio zdobyliśmy o jeden medal więcej niż w Londynie, ale mimo to spadliśmy z 30 na 33. miejsce w klasyfikacji. Jeśli zobaczymy ile medali zdobyły państwa mniejsze od Polski jak np. Węgry, Nowa Zelandia, Dania, Szwecja, to nad skutecznością musimy się zastanowić, szczególnie zważywszy na liczebność naszej reprezentacji olimpijskiej. My wysyłamy 70 lekkoatletów i mówimy, że jest nieźle, skoro zdobyli trzy medale?

Problem w tym, że krótko przed igrzyskami wielu z nich musiało przygotować szczyt formy na mistrzostwa Europy, żeby tam wypaść jak najlepiej [w sumie Polska wywalczyła 12 krążków i zdobyła pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej] i zapewnić sobie stypendia.

- Niestety, taki jest system. U nas plan przygotowań, który stworzył trener Kryk od początku zakładał ominięcie mistrzostw Europy w Moskwie. Szansę na start dostała tam grupa młodzieżowa. Głównym celem pierwszej kadry było skoncentrowanie wszystkich sił na przygotowaniach olimpijskich. Trener miał silne podstawy, aby tak zrobić. Przypomnę, że podczas mistrzostw świata w Mediolanie w 2015 roku, które były kwalifikacją olimpijską, osady, którym się podczas igrzysk w Rio de Janeiro nie powiodło - mam na myśli "czwórkę" i Ewelinę Wojarowską na "jedynce" - zajęły czwarte miejsca, będąc o włos od medali. Udział grupy kobiet podczas zawodów konsultacyjnych, starty w Pucharach Świata w Duisburgu, Montemor, systematycznie prowadzone badania wydolnościowe potwierdzały jedynie słuszną drogę, jaką w dążeniu do celu obrał trener. Pierwsze starty w Rio też to potwierdziły, niestety ostatecznie w przypadku "czwórki" oraz Eweliny Wojnarowskiej zakładane założenia startowe się nie sprawdziły, dlatego Ewelina i Edyta Dzieniszewska-Kierkla, która popłynęła tylko w "czwórce", stypendia będą otrzymywać jedynie do końca 2016 roku, za wyniki osiągnięte podczas MŚ w Mediolanie. O kolejne będą walczyć dopiero w mistrzostwach Europy w 2017 roku. Jeszcze trudniej jest juniorom i młodzieżowcom. Do chwili obecnej stypendium w tych kategoriach mogą otrzymywać jedynie medaliści mistrzostw świata i Europy. Ministerstwo pracuje nad rozporządzeniem, które pozwoli uzyskiwać stypendium zawodnikom podobnie jak w kategorii seniorów - za miejsca 1-8. Młodzi zawodnicy uprawiający tak trudne i późno "dojrzewające" sporty potrzebują wsparcia w niejednokrotnie trudnym okresie transformacji z kategorii juniora do kategorii seniora. Nie może być tak, że 19-latek z Polski jest czwarty na świecie i zostaje z niczym. Przecież Nowozelandczyk Mahe Drysdale w Rio zdobył swoje drugie olimpijskie złoto na "jedynce" w wieku 38 lat, przecież Brytyjka Katharine Grainger, która przegrała z Magdą Fularczyk-Kozłowską i Natalią Madaj, ma 41 lat. Przykłady można mnożyć.



Najpiękniejsze cheerleaderki ligi NFL pozują do kalendarza [DUŻE ZDJĘCIA]




Więcej o: