Sport.pl

Rio 2016. Igrzyska odświeżającego chaosu

Mogło się zapchać, zakorkować, nie dojechać, mogło z igrzysk odpaść piąte kółko. Co z tego? Brazylia przestała przepraszać za to, że żyje. A bezpretensjonalność Rio 2016 przykryła wiele wad.
Na wysokiej kładce prowadzącej do Maracany stoi obywatel Andre. Tak chce, żeby go opisać: obywatel Andre. Obywatel trzyma białą płachtę z wymalowanymi hasłami. "Kibicuj swoim. Oklaskuj wszystkich. Nigdy nie obrażaj". Pod nami, na drodze do siatkarskiej hali Maracanazinho, rozstawiła się misja ewangelizacyjna z cytatami z Księgi Izajasza i ulotkami. W środku największego od 80 lat kryzysu gospodarczego Brazylii takie misje to jedna z niewielu rzeczy, które w tym kraju rozkwitają.



Na dole Maracany trwa walka o Królestwo Boże, a na górze na kładce - o ziemskie. Olimpijskie. - Bardzo się wstydzę, że my tak kibicujemy. To, co zrobiliśmy z tym francuskim tyczkarzem... Marzy mi się, że Brazylijczycy na trybunach podzielą się na dwie grupy i jedna będzie dopingować naszych, a druga rywali - mówi Andre. Za jego plecami Brazylia właśnie rozbija Honduras w półfinale turnieju piłkarskiego. Pod nami, w Maracanazinho, Polska właśnie wpada w kłopoty w ćwierćfinale z Amerykanami. - Słyszałeś? - mówi Andre, pokazując na Maracanę. - Ale tam głośno krzyczą. Macie coś takiego w Polsce? - pyta.



Oooch, zika!

Andre jeszcze nie był na trybunach podczas igrzysk. Nie dlatego, że bilety są drogie. - Po prostu mi się nie chciało - mówi. Bardziej mu się chciało stanąć z tą płachtą i pokazywać ją kibicom idącym na stadion. Nie wytrzymał, gdy podczas konkursu skoku o tyczce widzowie buczeli i gwizdali na wszystkich konkurentów Brazylijczyka Thiago Braza. Kiedy rozżalony tym zachowaniem przegrany mistrz Renaud Lavillenie skrytykował kibiców, wygwizdali go też podczas ceremonii medalowej, aż poleciały łzy.

Wtedy nie wytrzymał nie tylko obywatel Andre, ale też Międzynarodowy Komitet Olimpijski. Pouczył kibiców, żeby się lepiej zachowywali (to był ostatni moment na pouczanie kogokolwiek, niedługo później Brazylijczycy aresztowali MKOl-owi jednego z najważniejszych członków, Pata Hickeya, za nielegalny handel biletami). Ale kibice od początku do końca igrzysk robili, jak chcieli. Na Lavillenie'ego gwizdali, bo walczył z Thiago. Do amerykańskiej bramkarki Hope Solo - a potem i do amerykańskich par w siatkówce plażowej - krzyczeli: "Oooch, ziiiika!", bo Solo wygłupiła się, pozując do selfie zakryta przed owadami jak pszczelarz, choć zika wbrew histerycznym zapowiedziom nie była problemem tych igrzysk. Argentyńczykom Brazylijczycy śpiewali piosenkę o tym, że Pele jest najlepszy, a Maradona wciąga biały proszek. Śpiewali ją nawet na meczach Polaków w piłkę ręczną, choć z Argentyńczykami nie graliśmy. Tu się kibicowało jak na stadionie piłkarskim. Nawet na tenisie i plażówce. I wyłączając wspomniany konkurs tyczki, gdzie kibice przesadzili, miało to swój urok. Poza trybunami dalej byli serdeczni i gościnni.

Igrzyska bez polityków

Wyszło zabawnie, bo gdy był tu dwa lata temu mundial, zawładnęli nim miejscowi janusze łagodni jak Gandhi. Wystrojeni na kanarkowo, grający sambę i cierpliwie znoszący zaczepki Argentyńczyków. Piosenkę o Pele i Maradonie zaczęli im śpiewać dopiero, gdy Argentyńczycy naprawdę się rozbisurmanili. Gdy Brazylijczycy przegrali na mundialu z Niemcami 1:7, trochę popłakali, trochę pokpili z siebie i poszli do domów, dalej oglądać mundial. Krótko mówiąc: typowa widownia olimpijska. A teraz, gdy były igrzyska, to rządził na trybunach kibic ligowy: przychodził czasem na kanarkowo, czasem w koszulkach miejscowych klubów, fetował swoich, utrudniał obcym walczącym z Brazylijczykami i wymyślał szyderstwa pierwsza klasa. To było przeszkadzanie na wesoło. Żarty się kończyły, gdy tylko pojawiał się w zasięgu wzroku jakiś miejscowy polityk. Dlatego politycy tych igrzysk unikali, jak żadnych innych za naszej pamięci. Prezydent Michel Temer był na otwarciu, potem tylko raz przemknął z gospodarską wizytą. A i tak na każdym kroku było: "Fora Temer! Temer, wynocha". Na promenadzie przy Copacabanie, obok boiska do siatkówki plażowej: "Fora Temer" na rozmoczonych przez deszcz ulotkach i wlepkach. Na trybunach: "Fora Temer!". Nawet gdy pod stadionem lekkoatletycznym Piotr Małachowski pozował okolicznym dzieciakom do zdjęć ze swoim srebrem, ktoś podbiegł, żeby krzyknąć: "Fora Temer!".

Odpuśćcie nam trochę

Brazylia jest zmęczona. Zła na polityków, załamana kryzysem, znużona udowadnianiem światu, że coś potrafi. Dwa lata temu Brazylijczycy czekali na mundial jak my na Euro 2012. Z duszą na ramieniu. Damy radę? Polubią nas? Jesteśmy cywilizowani? A teraz czekali z lekką irytacją. Przecież daliśmy radę z mundialem. Polubiliście nas. Byliśmy cywilizowani. Gościnni. To dlaczego pisaliście i mówiliście przed Rio, że wszystko będzie źle? Że będzie epidemia ziki, sportowcy będą się truć w wodach Zatoki Guanabara, że będzie brud, smród, a może i zamach terrorystyczny. Odpuśćcie trochę, zrobiliśmy, co mogliśmy.

Dwa lata temu podczas mundialu jeszcze można było mieć nadzieję, że kryzys wyhamuje. Ale nie wyhamował. Igrzyska przyszły w bardzo złym momencie. W czasie, gdy nauczyciele w Rio czekają na pensje, szpitale na dotacje, policja na paliwo do radiowozów. Ale na igrzyska Brazylia jeszcze raz się spięła. Nie było wyjścia, takie zaciągnęła zobowiązania. Gdyby je wypowiedziała po wybuchu kryzysu, wyszłaby na tym jeszcze gorzej. Po prostu przelicytowała w 2009 r., gdy po zdobyciu prawa do organizowania mundialu zamarzyły jej się jeszcze igrzyska. Teraz się okazuje, że sam mundial by wystarczył, jak Polsce Euro 2012. Igrzyska w Krakowie sobie Polska, na szczęście, odpuściła. Brazylia nie odpuściła. Ale wtedy, w 2009 r., była jeszcze historią sukcesu. Petrobras niedługo wcześniej odkrył wielkie złoża ropy u wybrzeży Rio, topniał odsetek Brazylijczyków żyjących w skrajnej nędzy, rosła klasa średnia, i to o miliony nowych wzbogaconych. Imponujące, nawet jeśli w tej części świata do bycia klasą średnią wystarczy dużo mniej niż w Europie czy USA.

Łatwo było przez tych kilkanaście ostatnich olimpijskich dni zyskać poklask, idąc do faweli, ustawiając się tam z aparatem, pokazując i opisując, jak biedna Brazylia patrzy z oddali na zabawę bogatych. Ale te chwytające za serce obrazki są jednak niepełne bez przypomnienia, że igrzyska zdobyła dla Brazylii władza wybrana głosami biednych, władza, która zrobiła dla najbiedniejszych Brazylijczyków więcej niż ktokolwiek wcześniej. Zmniejszała nierówności, wymyśliła program Bolsa Familia z wypłatami dla tych rodzin, które posyłają dzieci do szkoły. Ta władza przegrała z kryzysem, upadła przez korupcję, ale próbowała coś zmienić. U lewicujących komentatorów czytaliśmy o igrzyskach, że były triumfem bezdusznego neoliberalizmu. Od Brazylijczyków z bogatego południa kraju słyszeliśmy, że ustrojem Brazylii jest marksizm. Nie może być jednej prawdy o kraju wielkości kontynentu, gdzie nawet jedna fawela drugiej nierówna.



Brazylia nie udaje

Jeszcze nigdy nie było igrzysk w kraju aż takich nierówności, który byłby jednocześnie krajem demokratycznym. W środku parku Olimpijskiego, po sąsiedzku z parkingiem przy biurze prasowym, stała rozległa rudera. Nad ruderą powiewała brazylijska flaga, a na najwyższej ścianie tego, co tam pozostało, były rozwieszone transparenty. Gdy zapadał zmrok - a zapadał już po 17 miejscowego czasu - włączał się reflektor punktowy i podświetlał tę ścianę, tak żeby wszyscy przejeżdżający z wioski olimpijskiej do parku Olimpijskiego mieli szansę zobaczyć transparenty. Ściana wyglądała wtedy z oddali jak wielka strona z komiksu. Z hasłami w dymkach. "Chcemy praw konstytucyjnych dla faweli". "Stop wywłaszczeniom". "Zobaczymy, czy jest jeszcze jakaś moralność w sądach". "Nie wszystko ma swoją cenę". I tak dalej. Hasła przypominające o losie tych, którzy stracili dom z powodu igrzysk. Wyobraźcie sobie takie napisy w środku parku Olimpijskiego w Pekinie albo Soczi. Brazylia ma ogrom problemów. Ale nie udawała podczas tych 17 olimpijskich dni, że problemów nie ma.

Przewróciło się, niech leży

To były igrzyska chaotyczne, ale bardzo naturalne i serdeczne. Odświeżające. Robione po swojemu. Z przykrymi incydentami, jak kradzież laptopów z biura na arenie do kolarstwa górskiego, również laptopa korespondenta "Przeglądu Sportowego". Ale igrzyska dalekie od katastrofy, którą im wieszczono. Właściwie - igrzyska całkiem dobrze zorganizowane jak na miejscowe ograniczenia. Igrzyska: przewróciło się, niech leży. Igrzyska McGyverowskiej inwencji w rozwiązywaniu problemów. Ale też igrzyska, na których wystarczyło poprosić, i miałeś. Bywało osobliwie, choćby z klimatyzacją w biurach igrzysk ustawioną - nie wiedzieć czemu - na opcję mrożenie. Były kolejki, które zawstydziłyby te z archiwum Peerelu: do wejść dla kibiców, do autobusów po najważniejszych wydarzeniach igrzysk, do barów, do windy na stadionie lekkoatletycznym. Tak, autobusy się czasem spóźniały albo gubiły. Ale jak na odległości między różnymi stadionami i tak było przyzwoicie. To te odległości były największym problemem, ale Rio chciało mieć najważniejsze areny blisko codziennego życia i chciało jak najmniej budować od nowa. Więc trzeba się było przeprawiać z parku Olimpijskiego przez całą tę miejską dżunglę poprzecinaną mniejszymi i większymi górkami do najpiękniejszych miejsc: na siatkówkę plażową na Copacabanie, na żeglarstwo w Marina da Gloria, na wioślarstwo i kajakarstwo w Lagoa de Rodrigo Freitas, na Maracanę. Tam, gdzie o krok od wyjścia ze stadionu zaczynało się Rio codzienne. Dawno nie było igrzysk tak wplecionych w rytm miasta i bezpretensjonalnych. Byłego maratończyka Vanderleia de Limę, który zapalał znicz na ceremonii otwarcia, dziennikarze gazety "Lance" spotkali niedługo po ceremonii na piwie na pobliskiej stacji benzynowej. My niedługo przed ceremonią wpadliśmy na wielkiego Gustavo Kuertena, który podczas otwarcia wbiegł z ogniem olimpijskim na Maracanę. Czekał na swoją kolej pod stadionem, pozując do selfie i rozmawiając z kibicami.

Babcie, cachaca i Bolt

Nawet stadion lekkoatletyczny, czyli medalista olimpijski w dwóch kategoriach: "najgorszy pomysł" i "najgorsze wykonanie", miał jakiś swój urok. Wyrzucony na ubocze igrzysk (powstał na Igrzyska Panamerykańskie 2007), do bardzo biednej okolicy, między wąziutkie ulice, ożywał podczas zawodów, gdy mieszkańcy wylegali do okolicznych barów, grillowali w podwórkach. Orkiestra grała sambę, w knajpie Botafogo, gdzie wszystko pachniało cachacą, tańczyły przed wejściem ucztujące babcie. A kucharze z knajpek zabijali tę niezręczną ciszę zapadającą przy grillowaniu szaszłyków olimpijską wersją rozmów o pogodzie. "W gimnastyce była pani, która ma 41 lat, słyszał pan? Niebywałe". "Obtoczyć w mące?". "Ale że Indie takie duże i tak mało medali?". "W Polsce były Światowe Dni Młodzieży i macie 95 procent katolików, dobrze pamiętam?". I tak dalej. A potem kamera pokazywała na stadionie trybuny niewypełnione nawet w połowie. Obrazek niewidziany od Aten 2004.



Takie też były te rozdwojone igrzyska: zatłoczony bulwar Olimpijski w odnowionej dzielnicy portowej, gdzie dzień w dzień były tłumy przed wielkimi ekranami i na koncertach. I pustki na trybunach wielu olimpijskich stadionów. Wolne miejsca nawet na finałach z Boltem i kolejki do olimpijskich ambasad postawionych przez różne kraje. Zwłaszcza do tych ambasad, do których był darmowy wstęp. Ale to też nie tłumaczy wszystkiego. Trzystumetrowa kolejka po kawę w Domu Kolumbijskim ustawiła się nie dlatego, że ta kawa była darmowa, tylko dlatego, że była olimpijska. Ludzie chcieli się bawić, poczuć atmosferę. Ale na swoich warunkach, a nie tych dyktowanych przez MKOl. Zresztą to właśnie Brazylia, a nie któryś z gigantów, który przed nią organizował mundiale i igrzyska, miała odwagę zadać FIFA i MKOl ciosy bez precedensu: najpierw podczas mistrzostw świata aresztowała członków mafii biletowej związanej z działaczami FIFA, a teraz podczas igrzysk - koników z MKOl. I choćby za to należy jej się medal. A przynajmniej trochę wyrozumiałości na pożegnanie.

Najpiękniejsze kobiety igrzysk olimpijskich w Rio. Będziemy tęsknić! Nie tylko za Polkami [ZDJĘCIA]




Więcej o: