Rio 2016. Usain Bolt. Największy sprinter wszech czasów

Usain Bolt

Usain Bolt (CARLOS BARRIA/REUTERS)

Nikt dotąd nie wygrał najważniejszego biegu na igrzyskach trzykrotnie. - Ktoś mnie nazwał nieśmiertelnym. Jak wygram 200 m i sztafetę, podpisuję się pod tym - powiedział Usain Bolt.
Jeszcze raz zdjął złote kolce i napiął łuk przed 80 tys. kibiców na olimpijskim stadionie Enghenao. W tej jednej chwili, w której chciał być doceniony przez świat. Stadion doceniał. Skandował: "Usain Bolt!" albo krótko jak strzały karabinu: "Bolt! Bolt! Bolt!".

- Po 50 m wiedziałem, że wygram - stwierdził na konferencji po finale, która tradycyjnie w przypadku Jamajczyka zaczęła się dobrze po północy. Ja bym powiedział - po 60 m, kiedy Bolt pierwszy raz spojrzał na telebim i widział, że mija rywali. Minął metę, bijąc się pięścią w serce i pokazując palcem, kto jest numerem jeden.

Dwie godziny później w gęstej od reporterów sali Bolt wyglądał na zmęczonego. Nie odpalił fajerwerków, co często robi przy takich okazjach. Ale wszyscy wiedzieli, że byli świadkami wydarzenia historycznego. Bolt wygrał najważniejsze 10 s w sporcie na igrzyskach w Pekinie w 2008 roku, bijąc tam jako 21-latek rekord świata, następnie obronił tytuł w Londynie, czym wyrównał osiągnięcie Carla Lewisa (Los Angeles 1984, Seul 1988 po dyskwalifikacji za doping Bena Johnsona), a w Rio zrobił to po raz trzeci. Osiągnął 9,81 s, najsłabszy wynik z wygranych olimpijskich finałów (9,68 w Pekinie, 9,63 w Londynie, plus rekord świata na MŚ w Berlinie w 2009 roku - 9,58), ale przed jego erą nikt nawet nie marzył, że można pobiec w takim czasie na igrzyskach. Żeby było jasne: w 120-letniej olimpijskiej historii biegu na 100 m na igrzyskach tylko 10 zawodników zdobyło więcej niż jeden medal, jakiegokolwiek koloru.

Na ogół sprinterzy przelatują i znikają. Im krótszy dystans, tym szybciej znikają. Nawet Lewis (jest w Rio i komentuje lekkoatletykę dla telewizji NBC), gdy chciał po raz trzeci spróbować pobiec w igrzyskach na setkę - w Barcelonie w 1992 roku. - odpadł w olimpijskich kwalifikacjach kadry USA. A Bolt trwa. Jego dominacja jest całkowita i rozciągnięta w czasie.

Widać było zmęczenie, bo dwie godziny wcześniej pokonał Justina Gatlina, jedynego zawodnika, który mógł mu zagrażać przy wypełnionym pierwszy raz po brzegi stadionie olimpijskim. 21-letni Andre de Grasse był trzeci - 9,91 s.

Aby ruszyć, w pierwszej sekundzie biegu Bolt - ze względu na 195 cm wzrostu, 94 kg wagi nie jest ideałem aerodynamicznym - wyzwala moc prawie 2700 watów, czyli blisko dwa razy więcej niż sprinterzy Tour de France na finiszowej kresce. Podczas biegu energię pożytkuje w ponad 92 proc. na pokonanie oporów. Żeby poczuć się jak on, trzeba by spróbować pobiec dwa razy po 100 m w basenie pełnym wody. A potem błyszczeć na konferencji...

W tym roku najlepszy czas na setkę miał Amerykanin. Ale tak już jest, że Gatlin jest najszybszy w sezonie, a potem drugi w bezpośrednim pojedynku. Zdarzyło się tak osiem na dziewięć razy startów, przy czym ten jeden jedyny miał miejsce na Diamentowej Lidze w Rzymie w 2013 roku.

Faktycznie, Bolt dopiero po 50--60 m mógł poczuć się pewnie, ale nie jest to dla niego pierwszyzna, bo przy swoich rozmiarach wolno się rozkręca. Osiąga pełną szybkość najpóźniej w stawce. Jeśli rywale do tego momentu nie zyskają kilkumetrowej przewagi, jest po nich. - To moja najsłabsza konkurencja - powiedział z pewnym siebie uśmiechem.

Nie wiadomo, dlaczego w ostatnim momencie skrócono przerwę między półfinałami a finałem setki, co lekko zezłościło najstarszych w stawce - szczególnie 34-letniego Gatlina, który mimo to stał się najstarszym medalistą najkrótszego sprintu, bijąc dotychczasowego rekordzistę Linforda Christie, który zdobywając złoto w Barcelonie, miał 32 lata. Amerykanin ma nerwy ze stali. Jako dwukrotnie skazany za doping został okropnie wybuczany przez stadion, ale wytrzymał.

Najbliższy cel Bolta - trzecie na kolejnych igrzyskach zwycięstwo na 200 m, czego rzecz jasna również nikt nie dokonał. I ostatni cel - trzecie na igrzyskach zwycięstwo w sztafecie, czego również nikt wcześniej nie dokonał (w Rio nie ma Michaela Fratera i Nesty Cartera, którzy byli z Boltem w złotym składzie w Pekinie i Londynie).

Ale tu przynajmniej ktoś być może zrobił coś szybciej niż Bolt. A przynajmniej są wątpliwości. Historycy sportu twierdzą, że Amerykanin Bob Hayes na złotej zmianie igrzysk w Tokio w czasach ręcznego pomiaru pobiegł między 8,5 s a 8,9 s. Bolt - 8,65 s, co już naprawdę jest na granicy urwania kończyn.

Bolt zapewne nigdy już nie pobije rekordu życiowego. Wyzwanie, jakie postawił sobie i innym w 2009 roku, jest za trudne - ma trzy rekordy świata: na 100 m, 200 (19,19 s) i 4x100 m (36,84 s). Wszystkie wyglądają na takie, które przetrwają dekady.

Tylko czasem są chwile, gdy nawet Bolt musi ustąpić. A przynajmniej przesunąć się ciut obok, zrobić miejsce. I on chętnie to robi - kiedy Wayde van Niekerk z RPA zmiażdżył 17-letni rekord Michaela Johnsona na 400 m 43,03 s, biegnąc na ósmym torze i nie widząc rywali. To jest coś, co można nazwać cudem. Niekerk jest cudem, nie bójmy się tego słowa - biega na 100 m poniżej 10 s, na 200 poniżej 20 i na 400 poniżej 44. A w niedzielę omal nie zszedł poniżej 43 s. To jest to, co poruszyło wyobraźnią fanów lekkoatletyki, nie tylko fanów Usaina Bolta. - Gdyby mój trener powiedział, że mam biec na 400 m, pobiłbym rekord świata. Wystarczy tylko słowo trenera - stwierdził Jamajczyk.

I to Bolt pozostanie w świadomości jak wdrukowane zdjęcie z chwili celebracji po zwycięstwie - odciągnięty prawy łokieć, napinający cięciwę i wypuszczający strzałę w niebo. Albo błyskawicę niczym antyczny bóg.

W pewnym momencie powiedział na konferencji: - Ktoś mnie nazwał nieśmiertelnym. I jak wygram na 200 m i sztafetę, to się pod tym podpiszę.



Rio 2016. Seksafera w brazylijskiej kadrze. Ingrid Oliveira wyrzucona z wioski [ZDJĘCIA]


Najnowsze informacje