Sport.pl

Igrzyska olimpijskie Rio 2016. Wioślarstwo. Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj dla Sport.pl: My, dwójka idealna

- Na wodzie nie musimy wiele mówić, żeby pchać łódź do przodu. Na lądzie chodzimy razem na kawę, co się tak często w osadach nie zdarza. Jesteśmy różne, ale świetnie dopasowane. Byłyśmy sobie pisane - mówią Sport.pl złote medalistki olimpijskie z wioślarskiej dwójki podwójnej
Paweł Wilkowicz: Pamiętam wyścig kobiecej dwójki z londyńskich igrzysk, to był jeden wielki dramat: ból pleców, łzy, Magdalena Fularczyk którą Julia Michalska pomagała po zdobyciu brązu wyjąć z łódki, którą trzeba było przed rozmową posadzić na wózku. A tutaj w Rio: jak po maśle po złoto. Tak to czujecie?

Magdalena Fularczyk-Kozłowska: Przede wszystkim, ja już do Londynu nie wracam. Jest nowa osada z Natalią, nowy rozdział. Jestem inną zawodniczką. W Londynie debiutowałam, uczyłam się. A tu przyjechałyśmy jako doświadczona osada, która wie czego chce. Stałabym w miejscu, gdybym cały czas wspominała Londyn. W Rio wszystko się ułożyło po naszej myśli. Może trochę dramatyzmu było w finale, bo nie wyszłyśmy ze startu tak jak chciałyśmy. Ale potem wystarczyło sił żeby finiszować i jeszcze dołożyć na ostatnich 150 metrach.

Natalia Madaj: My jesteśmy osadą, która się świetnie rozumie. Dogadujemy się i w łódce i na lądzie. Na wodzie nie musimy dużo mówić, żeby razem pchać łódź do przodu. A na lądzie chodzimy ze sobą na kawę. Normalne, że są drobne spięcia, tyle czasu spędzamy razem. Ale chodzenie na wspólne kawy to nie jest standard w osadach. A ja uważam, że trzeba się lubić, żeby razem dobrze pracować.

Magdalena: My jesteśmy duetem idealnym. Wiem, łatwo nam to powiedzieć teraz, gdy stoimy tu ze złotym medalem. Ale tak jest. Pokazywałyśmy to już wiele razy, gdy zdobywałyśmy medale mistrzostw świata, mistrzostwo Europy, gdy dopływałyśmy z rekordowymi czasami. W Rio trzeba było po prostu postawić kropkę nad i. I ona już stoi.

Natalia: W tej dwójce siedzą dwie najmocniejsze dziewczyny w Polsce. Wiedziałyśmy, że w drodze do Rio życiówki muszą pękać. Pękały. Miałyśmy rok temu przerwę w zdobywaniu medalu na najważniejszej imprezie, ale to przed kontuzję, która się pojawiła dwa miesiące przed mistrzostwami świata.

Magdalena: Wtedy się bałyśmy, czy zdobędziemy kwalifikację olimpijską. Ale się udało i po roztrenowaniu wzięłyśmy się mocno do pracy.

Jak byście się nawzajem opisały? O pani Magdzie to już sporo wiem od Julii Michalskiej po medalu w Londynie: marudna, pesymistka, zadziorna.

Natalia: Od Londynu nic się nie zmieniło. Jest tak marudna jak była. Ale mimo swojego pesymizmu w tym sezonie bardzo uwierzyła w siebie. Czasami się dołowała, nie miałam pojęcia dlaczego, ale uwierzyła. Przed wyścigiem finałowym byłam w szoku, bo ona, specjalistka od widzenia świata na czarno, w ogóle nie pękała. A bywało już różnie. Tutaj była w takiej gotowości, że to mogło oznaczać tylko jedno.

A Natalia, jaka jest?

Magdalena: Pracowita i konsekwentna w tym co robi. Mimo że jej kariera sportowa świetnie się zaczęła, a potem przyszedł dołek, dopięła swego. Ona cały czas powtarza, że tak, była na igrzyskach w Londynie, ale była ze swoją czwórką ostatnia. Tam zdobyła doświadczenie. A tutaj los jej spłacił to, na co zasłużyła. Ona jest moim absolutnym przeciwieństwem. Wszystko widzi na różowo, nie ma że pada, że wieje. Żadnego marudzenia. Bo ja to nie tylko marudzę, ale jestem cholerykiem. A Natalia jest spokojna.

Natalia: My byłyśmy sobie pisane. Uzupełniamy się, rozumiemy.

Magdalena: A przede wszystkim dobrałyśmy się tym, co w łódce najważniejsze: czuciem. Jak to powiedział Marek Kolbowicz, osada kompletna: Natalia fajnie szlakuje, a ja ją trochę popycham.

Jest złoto i brąz dla Polski! Radość polskich wioślarek [ZDJĘCIA]


To pierwsze od dawna igrzyska, przed którymi było tak cicho o wioślarzach.

Magdalena: Tak sobie też mówiłyśmy: cisza, spokój, nie było tylu wizyt na zgrupowaniach co wcześniej. Może to też była nasza siła: spokój, brak presji. Nawet po dobrych regatach w Poznaniu zamieszanie wybuchło tylko na chwilę, a potem znów miałyśmy spokój.

Ta cisza się wzięła z tego, że po Londynie zniknęły te najbardziej pomnikowe postaci polskiego wioślarstwa: mistrzowie olimpijscy z czwórki podwójnej, wcześniej zeszli z wody Tomasz Kucharski i Robert Sycz. Pojawiły się nowe twarze, na nowo zestawione osady. I teraz wasza kolej na cokoły.

Magdalena: Nie, ja się na pomnik nie nadaję. W polskim wioślarstwie może i były pomniki, ale przede wszystkim jest od dawna kult pracy i dobra selekcja. Są dobrzy trenerzy, dzięki którym nic się nie kończy, my już widzimy kandydatki na nasze następczynie. Mamy młodzieżowe mistrzynie świata, mamy wielkie talenty w męskich wiosłach.

Natalia: Jesteśmy niszowym sportem, mało się o nas mówi i dlatego widać tylko tych największych. A my naprawdę mamy mnóstwo sukcesów w młodszych kategoriach.

Gdy patrzycie na przystanie z waszego dzieciństwa i te obecne, to jest lepiej czy gorzej?

Magdalena: Nawet nie ma porównania.

Ale na plus czy na minus?

Magdalena: Jest lepiej. Ja zaczynałam w Grudziądzu, Natalia w Pile, obydwie kilkanaście lat temu. Przypadek sprawił, że kończyłyśmy tę samą szkołę.

Natalia: Szkołę mistrzostwa sportowego w Wałczu. Magda ją trochę szybciej opuściła, bo jest starsza (tutaj Magda robi na Natalię zamach ręką - red.). Wspólna szkoła, wspólny trener Jacek Błoch w Wałczu. Razem w Poznaniu, razem w młodzieżówce. Naprawdę, byłyśmy sobie pisane. To nie jest osada z przypadku. A teraz jesteśmy razem w jednym klubie.

Magdalena: Ja przeszłam w karierze przez trzy kluby, a teraz jestem w najlepszym w Polsce miejscu dla wioślarza, w Lotto Bydgostii. Ten klub wyznacza poziom wynikami, organizacją, budują nam nową przystań, miasto o nas dba. Mamy się tam bardzo dobrze.

Na piątym piętrze w siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego są wizerunki polskich mistrzów olimpijskich. Kobiet jest tam mało...

Natalia: Słyszałam, że jest taki pokoik. Dowiedziałam się w dniu finału.

Magdalena: Poczekajmy, to nie koniec igrzysk, teraz będziemy kibicować innym. Ja jak zawsze całym serduchem za Anitą Włodarczyk. Widziałyśmy się z nią przed eliminacjami, powiedziałam: wiesz co masz teraz robić. Zawsze nam się tak jakoś układało, że szłyśmy równo. W Londynie się tylko rozjechałyśmy, bo ja brąz a ona srebro. W kobietach siła. Brzydko się samemu chwalić, ale to jest historyczne złoto polskiego wioślarstwa, pierwsze kobiece. Sukcesy chłopaków nas napędzały, uczyłyśmy się od tych pomników, które z czasem stały się naszymi kolegami. I teraz my będziemy pomagać młodszym.

Jak będziecie wspominać Rio?

Natalia: Nie powiem nic złego, bo to jest mój złoty tor. Warunki były trudne, bardzo nieprzewidywalne, ale okazały się równe dla wszystkich. W przedbiegu fala boczna była bardzo wysoka, półfinał był z wiatrem, finał pod wiatr, ścigałyśmy się w każdych warunkach. I w każdych warunkach wygrywałyśmy.

Magdalena: Może to jest nieskromność, ale pokazałyśmy, że czy gładko, czy w huraganie, jesteśmy świetne. Pod wiatr Brytyjki i Amerykanki powinny nad nami górować. A my się nie dałyśmy. Pokazałyśmy, że wioślarstwo może uprawiać każdy. Nie tylko wielki i rozrośnięty, również mały i drobny. Wcześniej taką samą walkę stoczył Marek Kolbowicz. Jego też w wielu osadach nie chcieli, miał być za mały. Ale się nie daliśmy.

Medal był wam pisany. Ale tym, że jest złoty, zaskoczyłyście siebie?

Natalia: Kiedy to sobie na spokojnie po złocie przeanalizowałyśmy, to my nie przegrałyśmy w tym sezonie wyścigu. Byłyśmy na dwóch Pucharach Świata, nie pojechałyśmy na mistrzostwa Europy, choć tam już mogłyśmy zdobyć jakiś krążek. Ale powiedziałyśmy sobie: nie, w tym sezonie tylko Rio. Wszystko albo nic.

Magdalena: I jesteśmy mistrzyniami olimpijskimi. Stoimy tutaj spełnione. Co może być lepsze od tego?

Najlepsze memy olimpijskie


Więcej o:
Skomentuj:
Igrzyska olimpijskie Rio 2016. Wioślarstwo. Magdalena Fularczyk-Kozłowska i Natalia Madaj dla Sport.pl: My, dwójka idealna
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX