Sport.pl

Soczi 2014. Kamil Stoch: Cały czas wierzyłem

- Od lat sobie wyobrażałem, jak zdobywam te złote medale. Czułem, że mnie na to stać. Droga była długa, ale warto było czekać. Mam teraz poczucie, że zasłużyłem - mówi podwójny mistrz olimpijski z Soczi. W środę polscy skoczkowie wrócili z igrzysk do kraju. Stoch udzielił wywiadu Sport.pl jeszcze w Soczi.
Paweł Wilkowicz: Wyglądasz na człowieka poważnie sponiewieranego.

Kamil Stoch: Trochę tak się czuję. Nie same igrzyska mnie zmęczyły, tylko to, co się działo później. Wywiady, zdjęcia. Niby byłem przyzwyczajony, ale nie w takiej dawce. Dzień w dzień, przez dwa tygodnie.

Może to jest klucz do zrozumienia wyniku w drużynówce: że byliście już wszyscy solidnie zmęczeni emocjami igrzysk?

- Możliwe. Analizę będziemy pewnie robić dopiero po sezonie, przed nami jeszcze kilka drużynówek, zobaczymy jak w nich będzie nam się układać.

Nie boisz się trochę powrotu do Polski, długich powitań, wycelowanych kamer? Krótko mówiąc, stochomanii.

- Myślę, że taka mania jak małyszomania już nie jest możliwa. Mamy dziś wielu bohaterów, nie chcę powiedzieć, że sukcesy spowszedniały, ale presja się rozkłada, zainteresowanie też. Chciałbym, żeby to się odbyło spokojnie i szybko, bo mam jeszcze sporo do zrobienia w tym sezonie. Nie tylko ja, cała drużyna. Zostało jeszcze bardzo dużo konkursów pucharowych. Kryształowa Kula jeszcze nie chodzi mi po głowie, ale na pewno jest celem. Jeśli się nie uda w tym roku, trudno, mam czas.

Adam Małysz dzwonił?

- Dzwonił, ale w takim momencie, że nie mogłem odebrać. A później nie miałem kiedy oddzwonić. Jeszcze pogadamy.

Od teraz chyba koniec porównań z Adamem, prawda?

- Na pewno się nigdy nie skończą. Jakby nie było Adama, to porównywaliby mnie do Fortuny. Już się nauczyłem podchodzić do tego normalnie. Chwilę to trwało. Zrozumiałem, że pewnych rzeczy się nie da uniknąć, więc trzeba się nauczyć z nimi żyć. A zależność była taka, że im bardziej ja się denerwowałem i prosiłem, żeby nie porównywać, tym porównań było więcej. A jak powiedziałem: OK, niech będzie, to wszystko ucichło. Zawodników z różnych pokoleń można porównywać pod względem wyników, spełnienia, ale porównywać same ich skoki to bez sensu. Inny sprzęt, inne prędkości, inne profile skoczni.

Z czym ci się będzie kojarzyło Soczi?

- Z miłą atmosferą. Nie przywiązuję wielkiej wagi do samego miejsca, choć do pokoju w wiosce wracałem już jak do tymczasowego domu. Ale cóż, trzeba odjechać, nie wiadomo, czy tu kiedyś wrócimy. Szkoda by było, bo jest tu fajny ośrodek.

Da się te igrzyska porównać z twoimi poprzednimi?

- W Turynie nie mieszkaliśmy w wiosce, tam się czułem jak na Pucharze Świata. A atmosfera na zawodach była grobowa. Nie przypominam sobie, żeby tam kiedykolwiek były tłumy na skoczni. Nie wspominam Turynu miło, choć kilka pozytywnych akcentów na pewno by się znalazło. Mieszkaliśmy w ładnej willi, wśród palm. W Vancouver było już przyjemnie, dużo Polaków, radosna atmosfera. Każde igrzyska są wyjątkowe. Te w Soczi - dzięki temu że odniosłem sukces, o którym mogłem kiedyś tylko marzyć i śnić. Same się te marzenia nie spełniły, trzeba było na nie zapracować. Było wiele wyrzeczeń, nie tylko moich, ale i rodziny. Dlatego medal dedykowałem żonie, bo wiem, ile musi wycierpieć, gdy chciałaby, żebym był przy niej, a nie mogę.

To prawda, że już od sześciu lat sobie te medale wyobrażałeś?

- Tak, może nie tyle same medale, ale to, że jestem w stanie je zdobyć. Złote. Czułem, że mnie na to stać, ale bałem się tego mówić na głos. To się zaczęło przed Vancouver, jechałem tam z ambicjami dość wygórowanymi. Potem trochę dorosłem, nauczyłem się, że samymi ambicjami nie da się wygrywać. Trzeba mierzyć siły na zamiary. Myślałem, że taki zawodnik, który jest w stanie zdobyć dwa złote medale jednych igrzysk, rodzi się raz na pokolenie. I że to w sumie niesprawiedliwe, igrzyska są raz na cztery lata, a on bierze wszystko.

Kiedy zrozumiałeś, że przerost ambicji szkodzi?

- Wiele mi dała praca z psychologiem. Bardzo dużo nauczyła mnie rodzina, żona, która potrafi mnie sprowadzić na ziemię. Doświadczenie ze startów. Nauka wygrywania, poczynając od pierwszego zwycięstwa w Zakopanem. Wtedy uwierzyłem, że potrafię zwyciężać. W tamtym sezonie wygrałem jeszcze dwa konkursy i zacząłem się bardzo intensywnie rozwijać. Droga była długa, ale warto było czekać. A to, że pierwsze zwycięstwo było u nas w Zakopanem, to też był dla mnie jakiś znak.

Na liderowanie w Pucharze Świata czekałeś do obecnego sezonu. I Łukasz Kruczek mówił, że pierwszy konkurs w żółtej koszulce był trudny. Pierwszą serię jeszcze wziąłeś z rozpędu, ale w drugiej numer startowy zaczął parzyć.

- Nie będę ukrywał, stresowałem się tym, co mam na sobie. Obrałem wtedy złą taktykę. Zacząłem się bronić, zamiast robić swoje. Przejąłem się, że mogę koszulkę stracić. Kombinowałem, by skoczyć tak, żeby utrzymać się na prowadzeniu w Pucharze Świata. Ale potem się z tego otrząsnąłem i te doświadczenia bardzo mi się przydały w Soczi, gdy ruszałem z belki jako ostatni. Od Willingen, ostatniej próby przed igrzyskami, ruszyłem do ataku, wygrałem już cztery konkursy z rzędu.

Wpadłeś w ten stan flow, o którym marzy każdy skoczek, gdy jesteś jak w tunelu dobrych skoków, wszystko się udaje?

- Nastawiałem się psychicznie, że najmocniejszy mam być podczas igrzysk. Nawet gdy po drodze nie szło, wierzyłem że forma przyjdzie. Trzeba ufać sobie, sztabowi. A potem czujesz, że moc nadchodzi. Jak jesteś w formie, to nawet błędy się tak bardzo nie mszczą.

Czasami trudno to wszystko zrozumieć. A ty rozumiesz skoki narciarskie?

- Nie zawsze. I wiem, że do końca nigdy nie zrozumiem.

Łukasz Kruczek przy was też jest taki opanowany i poukładany?

- Czasem pokazuje emocje. Rzadko, ale potrafi się zdenerwować. Wystarczy wtedy spojrzeć na jego minę. Zwykle w sytuacji, gdy ktoś coś zrobi głupiego poza skocznią. Naprawdę głupiego. Bo Łukasz nam daje dużo swobody. Byle nie przekroczyć granicy. Ale nie przekraczamy. Czasy są już inne. Jest inna mentalność. I mamy tak dobrą atmosferę w drużynie, że nie trzeba szukać rozrywek poza nią. Dlaczego ktoś ma się na przykład chować z piwem po jakichś barach w mieście? Jeśli ma ochotę wypić butelkę, może siąść z nami w pokoju. Wypić, obgadać jakiś problem albo sobie po prostu głupio pogadać o niczym.

Nie zawsze tak było w kadrze. I jeśli chodzi o atmosferę i podejście do skoków. Ty swój talent wykorzystałeś, ale np. Mateusz Rutkowski, mistrz świata juniorów, z którym czasami dzieliłeś pokój podczas wyjazdów, się zmarnował.

- Tak, to była lekcja życia. Patrzyłem z bliska, co się dzieje z człowiekiem, który zaczyna się gubić. Trzeba też powiedzieć wprost, że Mateusz nie miał przy sobie nikogo, kto by mu pomógł. Ja nie potrafiłem mu pomóc. Byłem za młody, nie wiedziałem, co się dzieje. Też po części byłem zazdrosny o to, że on jest na topie, dobrze mu idzie, a ja musiałem harować, żeby cokolwiek osiągnąć. Widziałem Mateusza ostatnio na Pucharze Świata w Zakopanem. W przelocie, ja akurat szedłem na rozbieg, on dopiero przyszedł.

Czujesz, że wycisnąłeś ze swojej dotychczasowej kariery tyle, ile się dało?

- Nie, można było wiele rzeczy zrobić lepiej. Ale może to dobrze, że droga tak długo trwała. Mam teraz poczucie, że w pełni zasłużyłem.

Na tej drodze miałeś wokół sprawdzonych ludzi. Z trenerem Zbigniewem Klimowskim znasz się pewnie od chwili, kiedy się pierwszy raz w klubie z Zębu odbiłeś na nartach. Z Łukaszem Kruczkiem pracujesz od kiedy on został trenerem. To też daje siłę?

- Czasem się zastanawiam, czy ktoś dla mnie nie ułożył takiego planu, żeby trenera Klimowskiego postawić na mojej drodze i żeby on cały czas był ze mną. U nas w sztabie rzadko się zmienia ludzi, to jest warte podkreślenia. Nasz prezes nawet jak coś nie wychodziło, to wierzył, dał nam czas, żebyśmy się poznali. Inaczej chyba nie da się dobrze pracować. Ja się na przykład dziwię, że w piłce nożnej się często wymienia trenerów. Jak trener pozna zawodnika, a zawodnik trenera, to dopiero można coś zdziałać. Każdy z ludzi w naszym sztabie, w drużynie, zasługuje na uznanie. Bez ich wsparcia nie osiągnąłbym sukcesu. Choćby bez wsparcia fizjoterapeuty, który czasem do trzeciej nad ranem, już przysypiając, jeszcze robił masaż albo doprowadzał mięśnie do użytku. Albo bez wsparcia serwismenów Grześka Sobczyka i Kacpra Skrobota: pierwsi wstają i jadą na górę, ostatni kończą pracę. Grzesiek myśli nad nowinkami technicznymi i w dużej mierze te dwa medale to też jego sukces.

To on wymyślił tę twoją tajemniczą broń sprzętową? Co to było?

- Może powiem w Planicy, na koniec sezonu. Teraz nie.

Ten wynalazek naprawdę był taki ważny? Przecież i bez niego byłeś najlepszym skoczkiem sezonu, przyjechałeś tu jako lider Pucharu Świata.

- Nie tylko dzięki temu zacząłem lepiej skakać, ja czy cała nasza grupa. Ale zawsze jak masz coś, czego nie mają inni, to dodaje ci pewności siebie. Moim zdaniem to działa najlepiej właśnie na głowę. Ja zresztą staram się tych przewag szukać subtelnie. Żeby nikt nie mógł powiedzieć, że wygrałem tylko dzięki temu.

Kiedy to przygotowaliście?

- Ponad miesiąc temu. Wtedy było gotowe. Wcześniej ktoś musiał na to wpaść, wykonać. Inni już raczej wiedzą, co to jest. Tak się wszyscy na to gapili, że na pewno zauważyli. Zresztą, mogą kopiować, najpierw i tak trzeba się nauczyć na tym skakać, wiedzieć jak to wykorzystać. Tak jak było z wiązaniami Simona Ammanna. Też wszyscy szybko odkryli, ale długo się uczyli sami z nich korzystać.

A czy na pierwszym treningu w Soczi, tym w którym lądowałeś na dalekich jak na siebie miejscach, testowałeś coś czego ostatecznie nie użyliście?

- Tak.

Gregor Schlierenzauer mówił, że ta twoja nowinka to też coś przy wiązaniach, co ci daje większą stabilność w locie. Ale, że cokolwiek to jest, nie zadziała jak cudowna broń u kogoś przeciętnego. Że ty umiesz to wykorzystać, bo skaczesz teraz najlepiej.

- Nie, żebym się chwalił, ale żadna nowinka nie będzie działała, jeśli się nie będzie dobrze skakało. I każdy kto kombinuje musi pamiętać, że można przy tym przekroczyć granicę, za którą jest już tylko gorzej.

Lubisz eksperymentować ze sprzętem?

- Lubię go sprawdzać, nie lubię wymyślać. W tej sprawie wolę jak mi ktoś coś podstawi pod nos. Tak samo jest z planami treningowymi: nie wtrącam się w nie, mam zaufanie. Ale gdy ktoś mnie poprosi o opinię, bardzo chętnie. Myślę, że mam na tyle dobre czucie w locie, by dać informację zwrotną czy coś działa czy nie. Jeden skok nie wystarczy, trzeba oddać kilka.

O czym teraz jako podwójny mistrz olimpijski będziesz marzył: o tym, żeby zrobić Ammanna, czyli jeszcze raz te dwa złote na jakichś igrzyskach powtórzyć, czy może zebrać to wszystko, czego ci jeszcze brakuje: Puchar Świata, mistrzostwo w lotach?

- Niektóre marzenia się spełniły, ale wiele czeka. Nie tylko sportowe, również te życiowe. Niektórych nigdy nie zdradzę. Powiem tylko, że mocno mnie napędzają.



Więcej o: