Sport.pl

Srebro w konkursie drużynowym, czyli jak Austrii odrosły skrzydła

Thomas Morgenstern jeszcze boi się ryzykować w powietrzu, Gregor Schlierenzauer jak nie omdlewa, to krytykuje trenera. Wydawało się, że z gniazda orłów zrobiło się gniazdo żmij. Ale w drużynie, w której nie przegrali od lat, pokazali resztkę sił. Wyskakali srebro, przegrali tylko z Niemcami. Brąz dla Japonii. Polacy bez medalu.


Szukał tego w Dubaju, nic. Szukał w Soczi nad morzem, nic. Poszedł na biathlon, też nic. Jeśli gdzieś na tych igrzyskach widać było Gregora Schlierenzauera, to przyszedł szukać. Rozregulował się i chciał odnaleźć ten brakujący element układanki, sposób na dalekie loty. Czasem to, jak mówi trener Alexander Pointner, kwestia dwóch godzin. Wracasz do najlepszego ustawienia i już. A czasem wracasz miesiącami. Albo nie wracasz w ogóle. Albo wracasz na ostatni konkurs igrzysk.

Gregor szukał długo. Dobrze zaczął sezon, wygrał dwa konkursy w pierwszych tygodniach Pucharu Świata, ale przez ostatnie dwa miesiące tylko dwa razy stał na podium (trzeci raz w drużynówce). Wspomniany wypad do Dubaju był dwa tygodnie przed igrzyskami, miał oczyścić głowę. Przewietrzyć system, jak to nazwał Gregor. Naładować akumulatory. Coś mu się od czasu do czasu udawało, jak w kwalifikacjach do konkursu na średniej skoczni, gdy poleciał 104 metry. Ale nie umiał do tego wrócić.

Stracił łatwość dobrego skakania, radość ze skoków też. Akurat w momencie, na który czekał od trzech lat. Wtedy zdobył indywidualne złoto mistrzostw świata w Oslo (do dziś jedyne w karierze) i w kolekcji brakuje mu już tylko indywidualnego złota igrzysk. Ma rekordową liczbę zwycięstw w Pucharze Świata, wygrywał Turniej Czterech Skoczni, wygrał wszystko z austriacką drużyną, która od mistrzostw świata w 2005 roku nie oddała nikomu złota w konkursach MŚ i igrzysk aż do Soczi 2014.

Ale teraz wydawało się, że coś się w tym gnieździe orłów, jak kadrę nazwały tabloidy, zacięło. Jeszcze się udało Austriakom podtrzymać serię zwycięstw w Turnieju Czterech Skoczni, tym razem dzięki młodemu Thomasowi Diethartowi, ale nie opuściły ich problemy i pech.

Morgenstern jeszcze się boi, a u Schlierenzauera nie wszystko gra

Thomas Morgenstern, początkowo najbardziej regularny z Austriaków, miał już dwa wypadki tej zimy i nie ukrywa, że po prostu boi się jeszcze na skoczni pójść na całość. Zresztą wystarczy spojrzeć na jego twarz, z której dopiero schodzą siniaki, żeby zrozumieć, że już sam powrót do skakania był zwycięstwem. Kolejny ze starej gwardii, Andreas Kofler, w czołowej dziesiątce był tej zimy tylko dwa razy, w Sapporo przy słabej obsadzie. A Wolfgang Loitzl w ogóle się do olimpijskiej kadry nie dostał.

Pojechali młodzi, Diethart i Michael Hayboeck, którzy sezon zaczynali w Pucharze Kontynentalnym. I zawstydzają starszych, to oni byli z Austriaków najwyżej na mniejszej skoczni. Ale jednak poza podium. W sobotę na dużym obiekcie Diethart i Morgenstern nie awansowali nawet do finałowej trzydziestki.

A to miały być przecież igrzyska Schlierenzauera. Kropka nad i, zakończenie sporu o to, czy Schlierenzauer jest tylko królem pucharowej codzienności, czy potrafi regularnie wygrywać w wielkich imprezach. Przez ostatnie dwa lata tłumaczył nieraz, że eksperymentuje z myślą o Soczi, że nawet mistrzostwa świata w Val di Fiemme w pewnym sensie brał z rozpędu, bo igrzyska przysłaniają wszystko. Zaczął pobyt w Soczi od tego, że prawie zemdlał na konferencji prasowej w tzw. domu austriackim, jak tłumaczył, z niewyspania. A po pierwszym konkursie olimpijskim popłakał się po ledwie jedenastym miejscu. Te łzy trafiły na czołówki austriackich gazet i serwisów. To go też zabolało.

- Jestem człowiekiem uczuciowym, wszystko musi grać, żeby były wyniki na skoczni - mówi. Teraz nie gra. Jest bałagan w głowie, złe odczucia, powtarzające się błędy. I konflikt, który właśnie ujawnił. - Mam dość pewnych sytuacji - zaczął swoją tyradę przeciw trenerowi kadry Alexandrowi Pointnerowi. Już od jakiegoś czasu właściwie z Pointnerem nie rozmawiają, ale przynajmniej się nawzajem nie atakowali. Gregor nie wytrzymał.

Wewnętrzny konflikt

Poszło o to, że nie mógł zabrać na igrzyska swoich współpracowników. Gregor to w austriackiej kadrze państwo w państwie. Od zawsze pracował przede wszystkim ze swoim trenerem klubowym Markusem Maubergerem, tak jak Thomas Morgenstern od kilku lat pracuje z Heinzem Kuttinem, u Pointnera są tylko podczas startów. Ale Gregor poszedł przed obecnym sezonem o krok dalej i stworzył własny sztab: jest w nim Maurberger z klubu Bergisel Innsbruck, jest inny trener z Tyrolu Gerald Daringer, a były skoczek Balthasar Schneider odpowiada za nowinki techniczne, między innymi teflon pod nartami, czym Gregor miał podbić Soczi.

Pointner zdecydował, że chce mieć swoich ludzi. I nie wystarczyło miejsca nawet dla Maurbergera, co Schlierenzauer odebrał jako cios w swoją dumę, swój status w kadrze, swoje przygotowania. - Ani nie chcę, ani nie potrafię zaprzeczyć, że bez zaufanych ludzi nie skacze mi się tak samo - mówi. Maurberger analizuje jego skoki na odległość, są w stałym kontakcie.

Pointner odpowiedział spokojnie. - Nie dam się wciągnąć w żadne gierki. Cieszę się, że Gregor powiedział to głośno. To, że nas postanowił przeczołgać, to też część naszej pracy. Z Gregorem jest tak, że albo wszystko jest w jego odczuciach super, albo wszystko nie tak - mówi Pointner. Ale choć w gierki nie chce się dać wciągnąć, to wyprowadził na koniec mocny cios: - Wiadomo, że zwykle w takich sytuacjach chodzi o status w grupie. I myślę, że Gregor najlepiej zwróci na siebie uwagę, sprytnie skacząc.

W poniedziałek skoczył sprytnie i wraz z kolegami sięgnął po srebrny medal w drużynie. Jedyny w Soczi, ale pokazujący, że w gnieździe wciąż siedzą - może trochę skulone - orły.

Więcej o: