Sport.pl

Łukasz Kruczek: Mamy nowinkę, która daje przewagę. Więcej nie powiem

- Pewność siebie to jest w skokach rzecz kluczowa. Jak dodatkowy silnik. Kamil Stoch tę pewność miał. Jeszcze przed drugim skokiem uśmiechnąłem się do siebie - mówi o złotym medaliście olimpijskim trener Łukasz Kruczek
Paweł Wilkowicz: Wzruszyłeś się?

Łukasz Kruczek: Po konkursie nie. A liczyłem na to. Dzień dekoracji medalowej to był czas na wzruszenia. Miałem taki moment, nie będę ukrywać. Po zawodach było takie zamieszanie, wezwania na kontrolę, wszystko się szybko działo, w tym chaosie nawet nie widziałem ceremonii kwiatowej na skoczni.

Noc po tytule mocno się przedłużyła?

Najdłuższa była dla Kamila, on po wszystkich procedurach, kontrolach, konferencjach przyjechał do wioski o 3 w nocy. Nie było nawet jak poświętować. Oczy szybko się zamknęły. Zresztą, do wioski i tak się nie da nic wnieść. Świętowanie będzie po skończonej pracy. I nie mówię o igrzyskach, tylko również o pracy w Pucharze Świata. Czyli na spokojne świętowanie poczekamy do marca.

Udało się już znaleźć jakiś błąd w skokach Kamila?

Szukamy i na pewno coś się znajdzie. Ale jak są metry, to nie ma problemu. Na przykład drugi skok Kamila po złoto był znowu spóźniony i próg nie oddał, jak trzeba. Kamil nie miał takiej wysokości, jak trzeba nad bulą. Ale Kamil, mówię to z pełnym przekonaniem, jest mistrzem fazy lotu. Potrafi w powietrzu odrobić straty z progu. On ma mocne odbicie, ale w dobrych skokach siły nie widać, skoczek jakby płynął. Nie będę ukrywać, radość się pojawiła już po pierwszym skoku. Taka przewaga, ponad sześć punktów, na małej skoczni... Można było wtedy powiedzieć, że Kamil już trzyma medal. Cała sztuka, żeby go w drugiej serii z rąk nie wypuścić. Więc ten nokaut w drugiej serii nazwijmy po prostu kropką nad "i". Jak zobaczyłem, jaki ma wiatr, że dostaje zielone światło, to już się uśmiechnąłem do siebie. Musiałoby się zdarzyć coś wyjątkowego, jakiś odjazd narty, żeby nie... Jemu wystarczało 95 metrów. On chyba nie umie tak psuć skoków.

Nikt drugim skokiem nie zmusił Kamila do wysiłku.

Przez lata nam wszyscy powtarzali, że Polacy nie wytrzymują presji, że to nasza cecha. A konkurencja - teflonowa. A to nieprawda, każdy jest podatny na nerwy, niezależnie od klasy i narodowości. Oni w niedzielę denerwowali się chyba bardziej niż Kamil. Dziś nie mamy w kadrze psychologa, ale Kamil Wódka wykonał przez lata ogromną pracę. Wytrenował ich, jak sobie radzić. Udało nam się podejść do tego konkursu tak, jakby to były zwyczajne zawody. Zresztą to jeden z naszych sukcesów, że w całej grupie potrafiliśmy wprowadzić zdrowe nastawienie do wyników. Wynik nie może być w skokach celem samym w sobie. Wynik musi być nagrodą za dobre skakanie. Wiem, może się wydaje, że to niewielka różnica. Ale jest ogromna. Ktoś, kto wybiera pierwszy wariant, już staje nogą na skórce od banana.

Był w niedzielę czas na naradę między seriami?

Krótką: co było dobrze, co trzeba poprawić. Mamy taką zasadę: nie głaszczemy, jak jest dobrze. Bo zawodnik potem nie wie, co z tym głaskaniem ma zrobić. Jak są błędy, to o nich mówimy.

Już drugi rok z rzędu plan operacji "Złoto" okazuje się perfekcyjny. Kamil znów był najlepszy na najważniejszej imprezie.

Dziś możemy powiedzieć, że plan był perfekcyjny. Gdyby medalu nie było, to plan byłby do d... - za przeproszeniem. Wszystko to są zabawy po fakcie. Oczywiście, mamy zawsze plan, zaczynamy przygotowana bardzo wcześnie, dbamy o każdy szczegół. Ale nie da się skopiować planu sprzed roku, nigdy nie ma pewności, że będzie szczęśliwe zakończenie.

Tym razem znów było, mimo że Kamila dopadła straszna migrena.

Gdyby to była migrena. To był po prostu ogromny stres, tak dał o sobie znać. Nie słyszałem, że Kamil rozważał rezygnację ze startu. Zapytaliśmy go po prostu, jak z nim, jaka temperatura. A potem wysłaliśmy go na trening. Później się trochę przespał i było lepiej. Ta cała sytuacja była dla nas dużo bardziej stresująca niż konkurs. Był pożar do ugaszenia, a z drugiej strony przeanalizowaliśmy lata pracy z Kamilem i doszliśmy do wniosku, że cokolwiek się zdarzy, i tak skoczy.

Czyli miewa takie bóle wynikające ze stresu?

Pamiętam taką sytuację z Harrachova, był wtedy chory, miał wysoką gorączkę. Zastanawialiśmy się, co robić, ale powiedział nam jasno: dopiero jak będzie nosem ziemię podpierał, to się może wycofać. To jest twardy góral.

Ale nawet tego twardego górala po konkursie złożyło z bólu wpół, jeszcze na skoczni.

Brzuch go zabolał, ścisnęło go z nerwów, schylił się, Norweg zrobił mu zdjęcie i zamieszanie gotowe. Był po konkursie oszołomiony, bardzo dużo go to wszystko kosztowało, nie ma tu żadnego drugiego dna.

Kamil jest dziś skoczkiem łatwiejszym do prowadzenia niż kilka lat temu?

Bardziej doświadczonym. A tego się nie da wytrenować, nie da się wyczytać w książkach. Trzeba przeżyć.

I przestać być tym Kamilem sprzed kilku lat, nerwusem, który rzucał kaskiem o ścianę?

On nadal jest trochę nerwus. Tylko teraz ma świadomość, że wybuch złości nic nie daje, problemu nie rozwiąże. I trzeba podejść od innej strony. Opracował sobie procedury wychodzenia z kłopotów. Doświadczenie po prostu. On jest typem zawodnika, który szybko się uczy. Korekty wprowadza natychmiast, a niektórym potrzeba na to i pięć treningów. Jemu mówisz: "tak, tak" i on to robi. I jeszcze mu się nie zdarzył w karierze sezon gorszy od poprzedniego. On jest cały czas świetnie rokujący, a nie spełniony. Przed nim długa kariera.

To musi być przyjemne dla trenera, dostrajać go jak mechanicy bolid

Ale można śrubę przekręcić, już się kilka razy na tym sparzyliśmy. Dopiero po czasie się orientowaliśmy, że zabrnęliśmy w ślepą uliczkę. Zdarza się nam.

Niesamowite było, jak Kamil po pierwszych nieudanych treningach z zupełnym spokojem mówił: "a ja się nie martwię, porozmawiam z Łukaszem, poprawimy i będzie dobrze"

Porozmawialiśmy, dostroiliśmy i już. Doskonałość to zbiór szczegółów. Komunikacja w całej grupie jest świetna. Jak coś zawodnika gryzie, to mówi to od razu. Siłą tej grupy jest to, że ona funkcjonuje po przyjacielsku. To nie jest tak, że oni się rozjeżdżają po zgrupowaniu i nie mają kontaktu. Chodzą razem na kolacje, pomagają sobie, są przyjaciółmi poza sportem. Oni podczas olimpijskiego konkursu bez przerwy żartowali, aż się na nich inni dziwnie patrzyli. Żadnego napięcia, dobra energia.

A możemy rzeczywiście powiedzieć, że mamy system szkolenia młodzieży?

Zalążek. Widać wyraźnie, jak młodzi idą w górę, we wszystkich kadrach. Wygraliśmy do tej pory wszystkie złote medale, jakie były do zdobycia w tym roku. Dwa złote mistrzostw świata juniorów, dwa złote uniwersjady i olimpijskie złoto. To zaczyna funkcjonować. Skoczkowie przechodzą płynnie między grupami. Jasiek Ziobro, nasz nowy wesołek, przeszedł do nas z grupy Roberta Matei i Piotrka Fijasa. Krzysiek Biegun z grupy juniorskiej. Ale mamy świadomość, że tam na dole trzeba pracować jeszcze mocniej, że z tymi metodami, które sobie wypracowaliśmy w kadrach trzeba zejść jeszcze o szczebel niżej. Te klocki nie są jeszcze ułożone. To jest wieczne układanie.

Możesz już zdradzić, czy macie tutaj jakiś sprzętowy wynalazek, dzięki któremu da się zyskać trochę odległości?

Mamy, ale zdecydowaliśmy, że na razie nie podpowiadamy, o co chodzi. Sezon jest jeszcze długi. Rywale patrzą, czujne oko powinno moim zdaniem coś znaleźć.

A może to tylko zagranie psychologicznie, żeby zasiać u rywali niepokój?

Może tak, inni też tego z nami próbowali. Pewność siebie to jest w skokach rzecz kluczowa, jak dodatkowy silnik. Przewaga, którą mamy dzięki tej nowince, nie jest mierzalna. Nie można powiedzieć, czy to działa bardziej na psychikę, czy na ciało. Skoki to domino. Zmieniasz jeden element, będą zmiany w innych. Najważniejsze, że ta przewaga jest. Pierwszy raz startowaliśmy z tym czymś w Willingen, w ostatnim Pucharze Świata przed igrzyskami. A wcześniej testowaliśmy podczas treningów na swoich skoczniach. Ale zrozumcie, proszę, nic więcej nie powiem. Mógłbym wytłumaczyć, byłaby fajna historia, ale przed nami jeszcze dużo startów. Poza tym to człowiek skacze. Samo ulepszenie sprzętu jeszcze nic nie daje. Co z tego, że dam superkombinezon zawodnikowi, który nie ma odpowiedniej techniki ani przygotowania motorycznego? On tego nie wykorzysta. Mało tego. Jeśli dasz komuś nieprzygotowanemu, to skok mu się posypie. To tak jak z samochodem klasy WRC. Wsadź tam zwykłego kierowcę, to nawet nie ruszy. Trzeba dopasować każdy szczegół do konkretnego skoczka. Każdy w czołówce Pucharu Świata ma jakieś takie swoje indywidualne ulepszenie. Skończył się czas standardowego sprzętu, standardowych nart. I wiele dyscyplin tak ma. Lecieliśmy tutaj z alpejczykami, każdy ściskał buty przy sobie i nie odsłaniał nawet na chwilę.

A kontroler sprzętu z FIS jest zobowiązany do zachowania tajemnicy?

Kontroler nie przekazuje nikomu informacji, jestem pewien. Gdyby to robił, już by coś poszło w świat. Zwykle kontroluje nas Austriak Sepp Gratzer, a na wielkich imprezach robi to Fin Jouko Toermaenen, szef komisji sprzętowej FIS.

A kiedy się te psychologiczne podchody zaczęły?

Zaczęły się dawno temu, ale przełomem było to, co zrobił Ammann w Vancouver. Jego wiązania, po pierwsze, ewidentnie dodawały odległości. I narobiły rywalom tyle zamętu w głowach, że efekt był podwójny. Zabolało. Od kiedy mamy rewolucję w przepisach, wszystko się tak zawęziło, że jest 10 skoczków, którzy mogą wygrać każdy konkurs. Najmniejsza przewaga decyduje.

Gregor Schlierenzauer znów jest bez złota olimpijskiego, nawet bez medalu. A z Austriaków najlepsi byli na małej skoczni ci, którzy sezon zaczynali poza kadrą, Michael Hayboeck i Thomas Diethart. Austriackie skoki stanęły na głowie?

Myślę, że problemem Austriaków jest też to, że najlepsi ich fachowcy rozjeżdżają się po świecie: trenerzy główni, jak Werner Schuster pracujący dla Niemców, Alexander Stoeckl u Norwegów, ale też trenerzy wspierający, serwismeni. Cały tłum. Właściwie dla każdej mocnej nacji w skokach pracuje jakiś Austriak. A u nas, na złość, sami Polacy. Czyli jednak Polak potrafi? A wracając do Austriaków. Trzeba popatrzeć, gdzie ci dwaj najlepsi z mniejszej skoczni, Hayboeck i Diethart, trenują. W Hinzenbach, tamtejsza skocznia jest bardzo trudna. Jeśli taką masz, i możesz na niej najczęściej trenować, od razu widać efekty. My też mamy taką, w Szczyrku. I są efekty. Nie masz obiektów, nie masz zawodników, proste.

Simon Ammann skocznię do treningów przed Soczi znalazł sobie we Francji, w Chaux Neuf, bo wydawała mu się podobna do Soczi. Ale jak się przekonał na miejscu, wcale taka podobna nie była. I rozregulował się, nie zdążył oswoić skoczni olimpijskiej na tyle, żeby trafiać dobrze w próg

Też się przyglądaliśmy Chaux Neuf, zwłaszcza w tym czasie, gdy były problemy ze śniegiem. Na początku mieliśmy informację, że Simon będzie w Courchevel.

I tak się cały czas śledzicie nawzajem w skokach?

Wywiad pracuje. W tym roku wysyłaliśmy naszych ludzi z aparatami do innych ekip, gdy się czaiły na letnich treningach. Nasi paparazzi, czasem jedyna szansa, żeby wcześniej dopaść jakąś nowinkę. Nie patrzymy wtedy, czy ktoś daleko skacze, ale jak skacze, czy są jakieś zmiany. Chcemy zobaczyć, w którą drogę idą. Jak jesteśmy gdzieś razem z inną ekipą, staramy się robić całą dokumentację tego, co oni mają. Jak najwięcej zdjęć. Nam też robią zdjęcia, podglądają. Ciągła gonitwa: chcesz jak najwięcej zobaczyć u kogoś i jak najwięcej ukryć u siebie.

Przeszedłeś dużo dłuższą drogę do sukcesu niż Kamil. Nie ma drugiego trenera w kraju, który by był tak często zwalniany medialnie i przez kibiców.

Taka rola trenera, a my, Polacy, nie lubimy środka. Albo będziemy ścinać głowy, albo stawiać pomniki. To czasami jest przykre dla tych, których to bezpośrednio dotyczy. Miałem momenty zwątpienia. W sezonie 2008-2009, gdy Adam Małysz odszedł z mojej grupy, by trenować z Hannu Lepistoe, i nie wiedziałem, jak to wszystko poukładać. I w poprzednim sezonie, gdy mieliśmy na początku zimy słabe wyniki i trzeba było wyjść z sytuacji kryzysowej. Wtedy podczas narady w Kuusamo listę problemów spisaliśmy sobie flamastrami na lustrze. I od tego czasu to lustro jest jednym z naszych dyżurnych sposobów rozwiązywania problemów. Lustro, okno, wszystko, na czym można zmywalnym markerem spisać wątki dyskusji. Tamta narada w Kuusamo to był przełom, wtedy powstały fundamenty tej grupy, która dziś tak się świetnie dogaduje. Oglądałem niedawno film "Trzecia część meczu", o przygotowaniach kadry Beenhakkera do eliminacji mistrzostw świata. Mamy Leo, który był pomnikiem, a teraz przegrywa i o zwolnieniu dowie się gdzieś przy stadionie, na szybko. My oglądamy od wewnątrz, jak to jest bolesne. Ja jestem w dobrej sytuacji, bo mam wokół siebie oddanych mi ludzi, wspierającą rodzinę. Da się przez to iść.

Ale żona mówi, że łatwe to wcale nie jest. Albo cię nie ma w domu, a jak jesteś, to i tak są skoki.

Trochę tego dłubania jest, co tu kryć.

Gdyby przyszła propozycja z zagranicy, zainteresowałbyś się?

To nie jest temat do dyskusji na teraz, jest zbyt dużo obowiązków związanych z tym sezonem. Żyję chwilą, opieką nad chłopakami, nawet nie potrafię powiedzieć, czybym kiedyś chciał spróbować w innym kraju, czy nie.

Hannu Lepistoe, którego byłeś asystentem, zadzwonił z gratulacjami?

Półtorej godziny odpowiadałem na esemesy. Ten od Hannu był jednym z pierwszych.

Heinz Kuttin też napisał?

Heinz nie. Ale się spotkamy niedługo w Pucharze Świata. Z Thomasem Morgensternem nie mógł przyjechać do Soczi, przepisy nie pozwalają na to indywidualnym trenerom.

Jak będzie na dużej skoczni?

Nie wiem, to jest wielka niewiadoma. Tylko dwóch naszych skoczków tam startowało, na igelicie. Cały świat jest w tej samej sytuacji, ta skocznia była oddana zawodnikom tylko raz, dwa lata temu. Ale jeszcze się na nią nie wyrywamy, teraz jest czas uspokojenia. A do pracy na skoczni wracamy w środę.



Więcej o: