Sport.pl

Soczi 2014. Klisz: Prezes Tajner przymknął oko. Chcę korzystać z okazji

- Nie będę teraz sobie robił wyrzutu, że jestem słaby i jadę, żeby się w kadrze zmieścili jacyś oficjele, trenerzy czy dodatkowi serwismeni. Cieszę się, że nadarzyła się dla mnie okazja i chcę z tej okazji korzystać - mówi Paweł Klisz. Niespełna 22-letni biegacz narciarski jest ostatnim, 60. zawodnikiem w polskiej kadrze olimpijskiej na rozpoczynające się 7 lutego igrzyska w Soczi.


Łukasz Jachimiak: Jedzie pan na igrzyska do Soczi z nadzieją na jakiś start?

Paweł Klisz: Tak, po rozmowie z trenerem Januszem Krężelokiem liczę na starty na dystansach, bo w nich czuję się lepiej niż w sprintach. Myślę, że pobiegnę w skiathlonie (15 km stylem klasycznym + 15 km stylem dowolnym) i na 15 km klasykiem. Mam też nadzieję na "50" stylem dowolnym, a skład sztafety zostanie ustalony wtedy, kiedy trener przekona się, w jakiej dyspozycji jest każdy z jego pięciu zawodników.

Pan jest w optymalnej formie? Od 29 stycznia do 1 lutego startował pan w mistrzostwach świata do lat 23 i wynikami nie zachwycił. 56. pozycji w sprincie możemy nie brać pod uwagę, ale na 15 km "klasykiem" był pan 33., a w biegu łączonym na 30 km - 39. To dokładnie takie konkurencje, na jakie się pan nastawia w Soczi.

- Ostatnio zmieniły mi się priorytety. Przez długi czas mistrzostwa w Val di Fiemme miały być moją najważniejszą imprezą w tym roku, ale z racji tego, że dostałem się do składu na Soczi, zmieniliśmy plan treningowy, żebym najlepszą formę miał w czasie igrzysk. Właśnie dlatego starty we Włoszech mi nie wyszły. Czułem mocny trening, w jakim byłem. Jeszcze tydzień przed mistrzostwami robiłem codziennie długie wybiegania, takie po dwie, dwie i pół godziny. Wszystko pod dystanse w Soczi.

Mimo wszystko mówił pan, że w skiathlonie liczy na miejsce w czołowej "20".

- To prawda, ale zamieszanie trwało jeszcze dzień przed biegiem łączonym. Wtedy z Włoch wyjechało dwóch serwismenów nam towarzyszących, bo obaj musieli się przygotować do olimpijskiej odprawy. Mieliśmy więc problem ze smarowaniem nart. Warunki w Val di Fiemme były bardzo trudne, padał deszcz.

Jako ostatni, 60. sportowiec, został pan oficjalnie dołączony do kadry na Soczi 24 stycznia. Ile dni wcześniej dowiedział się pan, że pojedzie na igrzyska?

- Zamieszanie było duże. Na Pucharze Świata w Novym Meście [11-12 stycznia] trener Krężelok zauważył, że jestem w dobrej formie [56. miejsce w sprincie stylem dowolnym], i powiedział, żebym się starał, bo mam szansę pojechać na igrzyska. Walczyliśmy o nie z Konradem Motorem, wszystko miało się rozegrać tydzień później w Jakuszycach. Tam miałem dwa udane biegi [46. miejsce w sprincie "łyżwą" i 38. pozycja na 15 km "klasykiem"], a później rozmawiałem z prezesem Apoloniuszem Tajnerem. Powiedział, że właśnie ja jestem brany pod uwagę jako ten zawodnik, który może dołączyć kadry, i że jest 50 procent szans, że tak się stanie. Kilka godzin później prezes powiedział, że na wyjazd mam już nawet 90 procent szans. A następnego dnia, kiedy pojechaliśmy na zgrupowanie do austriackiego Tauplitz, dostaliśmy wiadomość, że do Soczi nie pojadę ani ja, ani nawet pewni już swego Janek Antolec i fizjoterapeuta kadry. Bałagan w związku i w PKOl był duży, jeszcze tego samego dnia fizjoterapeuta dostał zgodę na wyjazd. Następnego dnia potwierdzenie obecności w olimpijskiej kadrze dostał Jasiek, a ja straciłem już nadzieję, aż w końcu, po trzech dniach, dowiedziałem się, że też będę w Soczi.

Wie pan, że tę huśtawkę działacze zafundowali wam, bo długo składali kadrę olimpijską w taki sposób, by znalazło się w niej jak najwięcej tzw. osób towarzyszących?

- Wiem i było mi ciężko. Czułem się rozczarowany po tym, jak w 90 procentach czułem się olimpijczykiem, a następnego dnia myślałem, że już na pewno nim nie będę. Wtedy to było dla mnie duże przeżycie, w kolejnych dniach już lepiej znosiłem wszystkie zmiany w swojej sprawie. A teraz cieszę się, że dostanę szansę wyjazdu na najważniejszą sportową imprezę i nie męczę się myśleniem o tych osobach towarzyszących.

Prezes Tajner mówi wprost, że do olimpijskiej kadry zostali włączeni zawodnicy, którzy do Soczi by nie pojechali, gdyby nie była tam konieczna obecność rozbudowanego sztabu pomocników dla takich sportowców jak Justyna Kowalczyk. Nie boli pana, kiedy ktoś mówi, że jedzie pan do Soczi, żeby się przysłużyć innym?

- Nie, bo wiem, że na igrzyska jedzie się przede wszystkim wtedy, kiedy się zrobi limit.

Pan go nie zrobił.

- No tak, trzeba było zająć miejsce od 1. do 25. w biegu Pucharu Świata albo chociaż zdobyć jeden punkt lub być w czołowej "10" w sztafecie albo w sprincie drużynowym. Prezes uznał, że byłem blisko, bo w Szklarskiej Porębie zająłem 38. miejsce. Przymknął oko, bo zależało mu, żeby pojechało jak najwięcej z nas. Dostałem dodatkową szansę, i to dobrze, bo w sierpniu skończę dopiero 22 lata, a już teraz przeżyję coś wielkiego, co pozwoli mi zebrać bardzo dużo doświadczeń. Nie będę teraz sobie robił wyrzutu, że jestem słaby i jadę, żeby się w kadrze zmieścili jacyś oficjele, trenerzy czy dodatkowi serwismeni. Cieszę się, że nadarzyła się dla mnie okazja i chcę z tej okazji korzystać.

Korzystać, a więc nauczyć się tyle, żeby za cztery lata na igrzyskach w Pyeongchang mierzyć w jakie wyniki?

- Od kiedy pracujemy z trenerami Ivanem Hudaczem i Januszem Krężelokiem, zrobiliśmy bardzo duży postęp. Przez te dwa lata poszliśmy w dobrym kierunku, wszyscy wierzymy, że przez cztery kolejne lata dogonimy światową czołówkę. Jesteśmy najmłodszą kadrą w całym Pucharze Świata, a mamy już naprawdę dobrych zawodników. Maciek Staręga regularnie zdobywa punkty, niedawno był dziewiąty w sprincie Pucharu Świata.

Przyjmijmy, że jego za cztery lata będzie stać na walkę o olimpijski medal. A pan w jakim miejscu widzi wtedy siebie?

- Na pewno w pierwszej "15". Trzeba mierzyć wysoko. W Pyeongchang będę miał 26 lat, to odpowiedni czas, żeby biegać na najwyższym, światowym poziomie.

A co pan sobie zakładał cztery lata temu, kiedy trwały igrzyska w Vancouver?

- Wtedy byłem jeszcze w szkole, oglądałem igrzyska, siedząc przed telewizorem. I myślałem sobie, że w Soczi chciałbym już startować. Zaraz po Vancouver zaczął się dla mnie dobry czas. Trener Krężelok dostał wtedy propozycję pracy w Polskim Związku Narciarskim, za chwilę zajął się kadrą i wkrótce musiałem się przyzwyczaić, że człowiek, którego znałem jako zawodnika, który trzymał się z moim bratem, został moim szkoleniowcem. Ale liczyłem, że ciężką pracą u niego dojdę do startu w Soczi. Jak widać, marzenia się spełniają.

Teraz marzy się panu jakiś konkretny wynik na igrzyskach?

- Bardzo ciężkie, ale być może realne będzie wejście do najlepszej "30" któregoś biegu. W Szklarskiej Porębie zająłem 38. miejsce. Wiem, że tam brakowało wielu dobrych zawodników, ale moja strata do 30. miejsca i punktów PŚ nie była ogromna.

45 sekund to mało?

- W Pucharze Świata biegają panowie mający po 28-30 lat. Oczywiście zdarzają się takie talenty jak Peter Northug, który w wieku 24 lat zdobył Kryształową Kulę. Ale biegi to nie skoki, tu 16-, 17-latek nie ma szans wygrać wielkiej imprezy. Nasz sport uczy cierpliwości, pokory i zmusza do bardzo ciężkiej pracy. My trenujemy bardzo dużo.

Tak dużo jak Justyna Kowalczyk?

- Myślę, że podobnie. Jak jedziemy na obóz w okresie przygotowawczym, np. w lipcu, to codziennie w ramach pierwszego treningu mamy nawet pięć godzin marszobiegu, a później są siłownia, nartorolki, pchanie. W ciągu dnia wychodzi osiem godzin zajęć. To kawał roboty, prawda? W kilometrach tego nie liczymy, ale robi się w górach po ok. 40 km.

Kalendarz biegów narciarskich



Więcej o:
"/> Zbigniew Boniek zdradza kulisy pożegnania Piszczka: Piłkarze dogadali się ze Słoweńcami [SEKCJA PIŁKARSKA #29]
 
  • Dla kogo Złota Piłka? Dziwne miejsce Roberta Lewandowskiego w rankingu znanego portalu Dla kogo Złota Piłka? Dziwne miejsce Roberta Lewandowskiego w rankingu znanego portalu
  • Pochettino zostawił piłkarzom Tottenhamu ostatnią, wzruszającą wiadomość Pochettino zostawił piłkarzom Tottenhamu ostatnią, wzruszającą wiadomość