Sport.pl

PŚ w Willingen. Tajner: Najlepszy sprzęt, specjalny samolot. Wszystko dla skoczków

- Już odnieśliśmy pierwszy olimpijski sukces, bo w Wiśle i Szczyrku kadra miała dobre warunki do treningów. Chłopcy czują się dobrze przygotowani, mają najlepszy sprzęt, wszyscy jesteśmy zadowoleni - mówi Apoloniusz Tajner. Prezes PZN jest spokojny o wyniki naszych skoczków w Willingen, w ostatnich konkursach przed igrzyskami w Soczi. Relacja Z Czuba na żywo w sobotę w Sport.pl o godz. 16. Transmisja w TVP.
Łukasz Jachimiak: Willingen pokaże, kto wywalczy medale w Soczi, czy raczej zaciemni obraz przed igrzyskami, jak zaciemniało przed kluczowymi imprezami w minionych latach?

Apoloniusz Tajner: Nie jestem zabobonny, nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że kto wygrywa w Willingen, nie wygrywa następujących po tych konkursach igrzysk czy mistrzostw świata. Wolę patrzeć, jak poszczególne ekipy spędziły ostatni okres. Ważne może być, kto jechał i do Sapporo, i do Willingen, kto odpuścił Japonię, a kto oba ostatnie weekendy przed igrzyskami. Ze szkoleniowego punktu widzenia to jest istotne, a nie rzeczy podobne do klątwy chorążego, który rzekomo nigdy nie zdobywa później medalu.

Nasi skoczkowie do Willingen przyjechali po treningach w kraju. Odpuszczenie startów w Sapporo już teraz ma im wyjść na dobre?

- Nasi chłopcy są bardzo dobrze ułożeni w kontekście Soczi. W Japonii naszej olimpijskiej kadry nie było, za to w tym czasie osiągnęła najważniejszy cel przed igrzyskami. Było nim wejście na najwyższy poziom przez wyskakanie odpowiedniej liczby skoków na dobrych skoczniach i w dobrych warunkach pogodowych. Stoch, Żyła, Kot, Kubacki i Ziobro nie byli narażeni na szybką zmianę stref czasowych, zostając w kraju, wrócili co najmniej do swojego poziomu z grudnia i teraz sprawdzą się w zawodach testowych. Liczę, że będą w nich wysoko, ale to nie wyniki w Willingen będą najważniejsze. Przed igrzyskami bardziej zależało nam choćby na załatwieniu małego samolotu czarterowego, żeby kadra oszczędziła jeden dzień i mogła odpocząć. Po Willingen oni muszą wrócić i za chwilę jechać do Zurychu, skąd już czarterem FIS-u [Międzynarodowej Federacji Narciarskiej] polecą do Soczi. Zrobiliśmy wszystko, żeby na igrzyska dotarli w jak najlepszej formie. Teraz życzmy sobie, żeby w Willingen konkursy odbyły się w normalnych warunkach, żeby się nie przedłużały, żeby wiatr nie wybijał techniki, jaką zawodnicy już wypracowali. W stabilnych warunkach to będą mocne zawody mocnych zawodników, bo na pewno już wszyscy są ładnie wskakani w swoją najlepszą formę.

W Willingen zabraknie Gregora Schlierenzauera, którego nie było też w Sapporo. Niedawno Austriak pojechał na wycieczkę do Dubaju. Według pana dobrze mu zrobi taki odpoczynek od skoków?

- Schlierenzauer w najważniejszych imprezach zawodzi. Bywało, że przed nimi prezentował świetną formę, a w kluczowych momentach wyglądał na zdekoncentrowanego. Myślę, że Austriacy znaleźli na niego dobry sposób. Sam już rok przed igrzyskami w Salt Lake City wiedziałem, że krótko przed nimi Adam Małysz nie będzie w ogóle skakał przez 14 dni, a przed zawodami będzie miał tylko dwa treningi. To się nam wtedy sprawdziło. Ten okres odpoczynku od skoków nie musi być tak długi, nawet jest ktoś odpuści pięć-sześć dni, to zmagazynuje energię. Skoro Schlierenzauer poleciał do Dubaju, to wcześniej na pewno naskakał dużą liczbę skoków i trenerzy chcieli go wyświeżyć. W efekcie po powrocie na skocznię powinien być lepszy niż przed tą przerwą.

Wspomina pan Salt Lake City, więc warto przypomnieć, że przed tamtymi igrzyskami w Japonii poza Małyszem nie skakali również Simon Ammann i Sven Hannawald, a Austriacy, którzy polecieli do Hakuby i Sapporo, wygrywali tam, jak chcieli, by za moment nie zdobyć na igrzyskach ani jednego medalu. Teraz podobnie zachowują się Słoweńcy, którzy po Sapporo w najmocniejszym składzie startują również w Willingen.

- Jestem ciekaw, jak oni zareagują. Widać, że są w wysokiej formie, ale żaden organizm nie jest neutralny w stosunku do zmian stref czasowych. Wydaje mi się, że lepszym ruchem była rezygnacja z Japonii na rzecz spokojnego treningu i sprawdzenie formy dopiero teraz, w Willingen. Stamtąd wszyscy wyjadą 2 lutego. Nasi już 4 lutego przylecą do Soczi. 5 lutego będą uczestniczyć w wieczornym treningu, 6 lutego będzie trening dzienny, w którym prawdopodobnie nie będą skakali ci, z których formą wszystko będzie w porządku. 7 lutego odbędą się trening i kwalifikacje, a dzień później - pierwsze olimpijskie zawody. Wszystko jest tak poukładane, że czasu na odpoczynek i spokój już raczej nie będzie. Dlatego dobrze było pomyśleć o tym wcześniej.

W Willingen pierwszy raz od lat nie będzie konkursu drużynowego. To dla nas dobrze, źle, czy układ zawodów nie ma znaczenia?

- Bez różnicy, bo to jest bardziej sprawdzian koncepcji przygotowań i swojego poziomu niż walka o zwycięstwa w Pucharze Świata. My jesteśmy spokojni, bo wiemy, na co stać naszą drużynę.

Podtrzymuje pan, że jej celem jest medal? W bieżącym sezonie zespół Łukasza Kruczka w obu konkursach drużynowych zajmował czwarte miejsca, w obu dużą siłę pokazali Słoweńcy i Niemcy, a Austriacy - mimo problemów, jakie przeżywają - nadal są chyba faworytami?

- Gdyby nasi wygrali w Zakopanem, to martwiłbym się bardziej niż po tym czwartym miejscu, które zajęli. Bo teraz jest większa mobilizacja, a w przypadku zwycięstwa byłoby duże obciążenie. To, że Słoweńcy wygrali oba starty w tym sezonie, nie znaczy, że dalej będą wygrywać. Wręcz odwrotnie, porażka nad nimi wisi. W poprzednim sezonie też wygrywali, a na mistrzostwach świata na podium nie wskoczyli. Nie uważam, że nie mamy szans z tymi trzema zespołami. Na pewno jesteśmy wśród pięciu drużyn, które będą walczyć o podium.

Ten piąty zespół to według pana Japonia czy Norwegia?

- I jedni, i drudzy. Czyli tak naprawdę kandydatów do medali jest jeszcze więcej, niż myślimy. Ale tym się nie przejmujmy. Musimy patrzeć na poziom sportowy własnych zawodników, i tak robimy. Myślę, że Kruczkowi już udało się doprowadzić do tego, że każdy z jego zawodników skacze na swoim najwyższym poziomie. W Wiśle-Malince i w Szczyrku już odnieśliśmy pierwszy olimpijski sukces, bo kadra miała tam dobre warunki, chłopcy nie rozkalibrowali się, skacząc w złym wietrze. Po pracy, jaką wykonali, czują się przygotowani, dodatkowo mają nowy, najlepszy sprzęt, więc wszyscy jesteśmy zadowoleni. Od siebie dodam, że ostatni szlif mieli na skoczni Skalite, a każdy z nich dobrze wie, że to trudny obiekt i że kiedy na nim skacze się dobrze, to już wszędzie skoki wychodzą.



Więcej o: