Sport.pl

Londyn 2012. Fularczyk i Michalska: Dwie podwójnie twarde baby

:
-
Prawdopodobnie nigdy nikogo brązowy medal olimpijski nie bolał tak bardzo
Dzień wcześniej Magda nie była w stanie wiosłować

Kto chce niech wierzy, kto nie chce niech nie wierzy, ale twarde dranie z mediów płakały ze wzruszenia, słuchając sinobladej Magdy Fularczyk i Julii Michalskiej, kiedy już zdobyły w brązowy medal olimpijski w dwójce podwójnej, wzbijając się na Mount Everest poświęcenia.

Dzień wcześniej Magda nie była w stanie wiosłować. Fala, uderzenie w burtę lódki na mocnym treningu spowodowały uraz w miejscu ciała dla wioślarza kluczowym, choć dla innych jest to po prostu niewiele znaczące miejsce, gdzie łączy się pupa z plecami. Nie potrafiła wypchnąć nogami wioślarskiego wózka w łódce bez bólu przeszywającego cały kręgosłup. Nie da się z tym wiosłować, nie mówiąc o walce o zwycięstwo w finale olimpijskim.

W wiosce horror, histeria, płacz, cztery lata zmarnowane, przypominanie zabiegów, operacji, dogonił ich pech, który je prześladował przez poprzednie lata - taka była atmosfera. Trener Marcin Witkowski próbował łatać psychiczne wyrwy, koleżanki z czwórki też. Ale Magda była załamana. Julia też płakała, choć trener uważa, że jedyne co ich łączy to to, że są kobietami.

- Myślałam, że zgniotłam to wszystko. Myślałam tylko o tym, że zawiodę - mówiła Magda siedząc z medalem na szyi, wspominając ostatnie 24 godziny i płacząc. - Ja ten medal chciałam dla taty, który trzy miesiące i kilka dni temu zmarł i nie doczekał mojego startu. Była naszym największym fanem. Jestem pewna, że był tu z nami. Wymyśliłam sobie, że jest tym pajączkiem, który uwił sobie gniazdo w naszej łódce i chodził po moim podnóżku. Musiałam się spiąć - ciągle szlochała Magda.

W końcu przyszło otrząśnięcie. Najpierw Julia powiedziała: - Kurczę, żadnych czterech lat straconych. Razem to zaczęłyśmy i razem skończymy.

Potem poranny telefon do mamy. - Musiałam się wypłakać. Pocieszała mnie i mówiła, że dam radę i że we mnie wierzy. No, jak dam, to dam.

Fizjoterapeuta siatkarzy robił co mógł w wiosce w Londynie, lekarka polskich wioślarzy próbowała ratować co się da akupunkturą, wbiła jej 30 igieł w bolesne okolice (co sprowokowało ekipę do żartów, że teraz też nie będzie mogła siedzieć), dała zastrzyki przeciwbólowe i przeciwzapalne, ale rano, w najważniejszym dniu sportowego życia, Magda ledwo zwlokła się z łóżka.

'Modliłam się, żeby to się już skończyło'

Lekarz dał kolejne środki przeciwbólowe, wstrzyknął blokadę - lek bardzo uśmierzający ból, ale nie wiadomo było, jak długo będzie działał w takich warunkach jakie panowały na torze, bo dziewczynami bujało.

Dlatego wiedziały od razu jak płynąć. Z pełnym zrozumieniem konsekwencji skazały się na umieranie z wyczerpania pod koniec dystansu. - Po kilkuset metrach Julia poczuła, że jeszcze mam siłę, że jeszcze się trzymam kupy i postanowiła ciągnąć w tym tempie ile się da, żeby uciec, żeby złapać przewagę nad dziewczynami, które płynęły jeszcze za nami. Ja nie pamiętam ostatnich 300 metrów. Modliłam się, żeby już to się skończyło, ciało odmawiało posłuszeństwa - mówiła Magda.

- Myślałam, ucieknijmy ile się da, a potem najwyżej sama dociągnę do mety. Wiedziałam, że plecy Magdy są bombardowane wiosłowaniem, falami - mówiła Julia.

Pod koniec Magda coś krzyczała do Julii, Julia nie rozumiała, bo też zbliżała się do kresu sił. Julii miała wizję wyścigu Roberta Sycza i Tomasza Kucharskiego w Atenach, gdzie słabnąc obronili jednak złoto w koszmarnie ciężkiej walce z atakującymi Francuzami. Tomasz mówił o tym wyścigu, że czuł, jak mu mięśnie odchodzą od kości.

- Myślałam tylko pomogę ci Magda, pomogę ci, już niedaleko, wytrzymamy - mówiła Julia, czyli ta, która zawsze ma dużo optymizmu wbrew okolicznościom, widząc jak osady z Nowej Zelandii i Chin pożerają przewagę jak pacman z gier komputerowych.

Dopiero minutę, może dłużej po minięciu linii mety Julia zrozumiała, że się udało. Dopiero wtedy zaczęła krzyczeć i machać rękami. Magda w tym czasie leżała na łódce.

Gdy przypłynęły do pomostu, Magdę wyciągali wolontariusze i położyli na deskach, bo nie była w stanie się ruszyć. Po kilku minutach przeszła dalej, podtrzymywana przez Julię. Na dekorację dojechała na wózku inwalidzkim, weszła na podium dzięki Julce, która ją - cały czas szlochającą - przytuliła na podium.

Idealna dwójka

My słuchaliśmy Magdy zafascynowani, zauroczeni świadkowie. Dopiero później pomyślałem o tym, że rekordowe parametry ich mięśni, wyjątkowo wysoki jak na gatunek ludzki poziomem wymiany gazów w ich płucach, niezwykła biochemia ich krwi, tolerancja na truciznę jaka jest kwas mlekowy, i co tam jeszcze wymyślą naukowcy specjalizujący się w sporcie - czyli to wszystko, co tak mocno przemawia do mojej wyobraźni i być może kibiców - oznacza też, że również ich ból jest wyjątkowo intensywny.

Obie dziewczyny stanowią idealna dwójkę - nawet ślub biorą z zaledwie tygodniową różnicą, a potem obie zamierzają wziąć przerwę od wiosłowania. Julia chce ja mieć przynajmniej dwuletnią, chce mieć dziecko i się nacieszyć zwykłym życiem. Zdarzało się, że miesiącami nie widziała swojego narzeczonego, również sportowca.

W pewnym momencie Magda musiała pójść na badania antydopingowe, Julia jeszcze chwilę została, odpoczywała. I powiedziała do kolegi z "Trójki": - Proszę pana, jeśli można zadedykować piosenkę, to chciałam puścić "We are the Champions" zespołu Queen z dedykacją dla Magdy.