Sport.pl

Londyn 2012. Po co tyle dyscyplin

Dziesięć medali na jakie liczymy w Londynie to dziś potencjał polskiego sportu. Kiedyś był wyższy, bo za komuny było ukryte zawodowstwo. Patrzenie z nostalgią na lata 70 nie ma sensu. To nie wróci - mówi trener Paweł Słomiński i broni idei Klubu Londyn 2012, programu dla najlepszych sportowców.
Jakub Ciastoń, Radosław Leniarski: Jakie to będą igrzyska dla Polski? Lepsze niż Ateny i Pekin?

Paweł Słomiński: - Mam nadzieję, chociaż nie ma wielkich podstaw, by powiedzieć, że wysyłamy mocniejszą reprezentację niż osiem, czy cztery lata temu. Jak każdy kibic, jestem optymistą. Patrząc jednak na tegoroczne wyniki najlepszych w różnych konkurencjach, a także na wyniki z mistrzostw świata w zeszłym roku, wydaje się to mało uzasadnione. Wierzę jednak przewrotnie, że Polacy znów pokażą, że potrafią się mobilizować w najważniejszych momentach.

Co mówią liczby?

- W zeszłym roku nasi sportowcy w dyscyplinach olimpijskich zdobyli 11 medali mistrzostw świata. W przeszłości statystycznie połowa tych medali przekładała się na krążki na igrzyskach. Gdybyśmy tak to liczyli, to dałoby cztery-pięć medali w Londynie. W roku przed Pekinem medali MŚ było ponad 20, zdobyliśmy 10 krążków olimpijskich. Ale 2011 r. nie był do miarodajny jeśli chodzi o możliwości polskiego sportu. Zawiodło wielu, na których wciąż liczymy, choćby Tomasz Majewski, czy Piotr Małachowski. Z tym patrzeniem na MŚ w roku przedolimpijskim różnie bywało, bo np. w 1995 r. przed Atlantą liczba medali była niemal identyczna z tym, co potem stało się na igrzyskach.

Ale wtedy wszystko zaburzyli zapaśnicy, których pięć medali spadło z nieba...

- Zawsze ktoś zaskakuje, wierzę że w tym roku też tak będzie.

Na jakie dyscypliny specjalnie pan liczy?

- Generalnie nie lubię mówić o medalach. Sport jest nieprzewidywalny i to w nim najpiękniejsze. Wiadomo jednak, że liczymy na sporty wodne. Kajakarstwo, gdzie jest kilka szans - Piotr Siemionowski (K 1 200m), Marta Walczykiewicz (K1 200m) czy osady kobiece K 2 500m i K 4 500 m). Cały czas niezłe jest wioślarstwo. Z ciekawością oczekuję na występ dwójki podwójnej kobiet (Fularczyk - Michalska), męskiej ósemki oraz czwórki podwójnej kobiet. Wielką niewiadomą jest dla mnie to jak zaprezentują się medalowe osady z Pekinu: czwórka bez sternika wagi lekkiej i czwórka podwójna mężczyzn. Wciąż mocna jest lekkoatletyka z Tomkiem Majewskim, Piotrem Małachowskim i Anitą Włodarczyk. Są gwiazdy indywidualne, jak Konrad Czerniak w pływaniu, czy Maja Włoszczowska w kolarstwie górskim. Liczymy na walkę o medale żeglarzy. Nie wolno zapominać o podnoszeniu ciężarów i Marcinie Dołędze czy Adrianie Zielińskim. To około 25 szans medalowych. Z doświadczeń z przeszłości wynika, że takie szanse przekładają się na ok. 30-45 procent medali na igrzyskach. Gdyby tak było, mówilibyśmy o 7-11 medalach. To bardziej realne szacunki niż np. to, co podaje "USA Today", który daje nam 14-15 medali. Ale w tym zestawieniu Amerykanie wysłali na igrzyska polskich sportowców, którzy się nawet nie zakwalifikowali, więc ich oceny trzeba brać z przymrużeniem oka. 14 medali wzięlibyśmy oczywiście w ciemno.

Medali może być mniej niż 10, a do Londynu wysyłamy 220 sportowców. Po Pekinie mówiło się, że ma być inaczej - mniejsza ekipa, ale większy nacisk na kluczowe dyscypliny. Tymczasem znów idziemy szeroką ławą po dość skromny wynik.

- Kryteria zaproponowane przez nas miały na celu wyłonienie reprezentacji może mniej licznej ale mocnej, ukierunkowanej na sukces. Nie ma systemu, który jest sprawiedliwy dla wszystkich dyscyplin, ale staraliśmy się każdy sport traktować indywidualnie biorąc pod uwagę jego specyfikę. Poprzez zaostrzenie kryteriów chcieliśmy zmusić zawodników, by zrobili coś więcej, by się zakwalifikować. Wprowadziliśmy m.in. ograniczenia rankingowe, proponowaliśmy ograniczenia w uzyskiwaniu kwalifikacji ze startów w zawodach tzw. "ostatniej szansy", gdzie nikt mocny już nie startował, bo wszyscy zakwalifikowali się wcześniej. Środowisko sportowe i przedstawiciele związków narzekali na nasze propozycje.

Kryteria były ostrzejsze, dlaczego ekipa jest tak liczna?

- Życie to zweryfikowało. Ostateczny wpływ na skład kadry olimpijskiej mają w Polsce wciąż związki sportowe wnioskujące w PKOl o konkretne osoby w reprezentacji olimpijskiej. Każdy związek chciał zakwalifikować jak najliczniejszą rzeszę zawodników, więc wpływał na poluzowanie kryteriów i kadra rosła. Aż urosła do obecnych rozmiarów. Jeśli kadra ma ponad 200 sportowców, to przekłada się to na możliwość wysłania dodatkowych osób towarzyszących - trenerów, masażystów, fizjoterapeutów, mechaników, lekarzy itd. W sumie do 218 osobowej ekipy sportowców można wysłać do Londynu ok. 180 osób towarzyszących. Aż tyle, bo akredytacje można dwa razy wymienić, na jedną może przyjechać trzech ludzi. Gdy jedne zawody się kończą, może dołączyć kolejna osoba do pomocy. Nie działacz, ale osoba do realnej pracy przy sportowcu. Sam sztab medyczny liczy ponad 50 osób, jedzie mnóstwo trenerów. To naprawdę ma znaczenie. Na szali było więc żelazne trzymanie się zaostrzonych kryteriów, lub pragmatyzm, żeby każdy zawodnik miał jak największe wsparcie w postaci osób przygotowujących go przez ostatnie 4 lata do startu. Zwyciężyła ta druga opcja.

Panu się to podoba? Nie powinniśmy jednak pójść kiedyś w jakość, a nie w ilość?

- Mam podejście konserwatywne. Podoba mi się konsekwencja w działaniu. Jestem przekonany, że w perspektywie dłuższego czasu stawianie dużych wymagań wynikowych sprawiłoby, że w polskim sporcie zostaną albo pojawią się ludzie najbardziej ambitni. To może spowodować zapaść na początku, część się obrazi, część rzuci sport i powie, że to za wysokie progi, ale po kilku latach nastąpi otrzeźwienie i zostaną ludzie wartościowi, którzy chcą dojść do najwyższych celów. Ale jesteśmy przed igrzyskami i uważam że do dyskusji o przyszłości polskiego sportu powinno wrócić się dopiero po igrzyskach.

Klub Londyn zdał egzamin? Jak on w ogóle teraz wygląda?

- W tej chwili mamy 26 sportowców w tzw. programach indywidualnych, wśród nich są medaliści olimpijscy i MŚ z ostatnich lat. 93 sportowców jest w tzw. ścieżkach olimpijskich. To zawodnicy z miejsc 4-8 z MŚ i medaliści ME. Przez dwa i pół roku przewinęło się przez te programy blisko 180 osób [bo w zależności od wyników na MŚ i ME jedni wypadali, wchodzili nowi].

... i w zeszłym roku zdobyli 11 medali MŚ. Mało. Założenie było takie, że sportowcy dostają indywidualne kontrakty, dużo pieniędzy, niczego im nie brakuje, ale przybywa od tego medali.

- Sam Klub Londyn nie jest receptą na bolączki polskiego sportu. Sposób finansowania wyczynu poprzez indywidualne kontrakty - tego szczytu piramidy - nie podlega dyskusji, podobnie robią to Brytyjczycy, a na nich się wzorujemy. To jedyny rozsądny kierunek rozwoju. Ale warunek jest taki, że program musi być konsekwentny - dajemy, ale dużo wymagamy i nie ma taryfy ulgowej.

A jakie są realia?

- Związki i środowisko sportowe różnie traktują te programy. Jedni akceptują je i potrafią "wpasować" się w filozofię zarządzania projektowego w sporcie, inne starają się działać "po starem". To znaczy chętnie sięgają po wysokie środki finansowe ale nie chętnie chcą stawiają sobie wysokie wymagania. Różnie w filozofii Klubu Polska odnajdują się też sami zawodnicy. Myślą czasami że wszystko im się należy, nie rozumiejąc, że to środki budżetowe i muszą być wydatkowane zgodnie z obowiązującymi przepisami. To budzi różne, czasami skrajne emocje i napięcia. Myślę że w przyszłości nie unikniemy wielu trudnych dyskusji na temat kierunków rozwoju polskiego sportu. Wielu specjalistów już zastanawia się czy warto inwestować w Polsce w tyle dyscyplin. Kenia w biegach zdobywa porównywalną liczbę medali co Polska we wszystkich konkurencjach. Nowa Zelandia, jeśli policzyć punkty w klasyfikacji olimpijskiej, jest obok nas w tabeli, choć stoi tak naprawdę trzema sportami. Te kraje inwestują w to, w czym wygrywają a nie we wszystko. Ale, jak już mówiłem, do takiej dyskusji trzeba wrócić po igrzyskach. I niech nie skończy się ona po kilkunastu dniach, jak to zazwyczaj bywa.

Stoimy w miejscu, a świat nam ciągle ucieka?

- A może te plus-minus 10 medali to jest dziś realny potencjał polskiego sportu? Kiedyś był wyższy, bo za komuny było ukryte zawodowstwo, często sportowcy mieli lepiej od tych na Zachodzie. Patrzenie z nostalgią na lata 70, czy 80 nie ma sensu. To nie wróci.

10 medali olimpijskich to stabilizacja, spadliśmy na ten poziom, podnieśliśmy głowę i rozglądamy się, na co nas stać i co można zmienić, czy poprawić by myśleć o powrocie do przeszłości.

Sport.pl w olimpijskiej formie - na NK.pl »


Więcej o: