To nie był dobry mecz w wykonaniu Polaków, ale niewiele zabrakło, by skończył się pierwszym od marca zwycięstwem podopiecznych Franciszka Smudy. O tym że tak się nie stało, zadecydowała słaba postawa obrońców, którzy wielokrotnie dali przykład nieporadności we własnym polu karnym.
Już w 13. minucie wykorzystał to Altidore, który z łatwością wbiegł między Żewłakowa i Pietrasiaka i nie miał problemów z pokonaniem Artura Boruca, dając prowadzenie gospodarzom. Ten sam zawodnik jeszcze parokrotnie miał zbyt wiele swobody w polskim polu karnym. Polakom pomogła jednak poprzeczka i dobra dyspozycja Boruca.
Dużo lepiej polski zespół prezentował się na połowie rywali. Aktywny był przede wszystkim Jakub Błaszczykowski raz po raz atakujący prawym skrzydłem. Gracze Smudy mieli momentami widoczną przewagę, ale tak jak w poprzednich spotkaniach brakowało im spokoju i rozwagi przy wykańczaniu akcji. Do przerwy z paru sytuacji wykorzystali tylko jedną - po nieudanym wybiciu piłkę dostał Matuszczyk i z linii pola karnego wpakował ją do siatki.
Druga część spotkania rozpoczęła się od kolejnego popisu niefrasobliwości polskiej obrony. Przy rzucie rożnym bez krycia pozostawiony został wysoki Onyewu, który strzałem głową odzyskał prowadzenie dla gospodarzy. Po tej bramce Polacy chcieli szybko odrobić straty, ale ich ataki rozbijały się o cofniętych i dobrze ustawionych graczy USA. Pomógł błysk geniuszu Błaszczykowskiego, który dostał piłkę na prawej stronie i znakomicie zmieścił piłkę przy dalszym słupku.
W końcówce mecz zrobił się nerwowy i momentami brutalny. Bliżej wygranej byli Amerykanie, którzy w końcowych minutach oblężeni pole karne Polaków, i tylko szczęściu i przytomności Boruca możemy zawdzięczać remis uzyskany w Chicago.
To siódmy mecz reprezentacji Polski bez zwycięstwa. Kolejna szansa we wtorek, kiedy rywalem Biało-Czerwonych będzie Ekwador.