Sport.pl

Euro 2016. Stec z Francji: Euro ułomnych drużyn

Nie szukajcie tutaj Ligi Mistrzów, bo nie znajdziecie. Ani teraz, ani nigdy.
Pojękiwania o miernym poziomie gry, uwłaczającym mistrzostwom kontynentu, wybrzmiewają właściwie codziennie. Na Euro 2016 pada rekordowo mało goli, zbyt wiele meczów dotkliwie średnich przeplatają meczydła do natychmiastowego zapomnienia, najjaśniejsze gwiazdy ledwie się tlą. Nie uświadczysz reprezentacji zbliżającej się do ideału, żadna nie zdobyła w fazie grupowej - co się na turniejach prawie nie zdarza - kompletu punktów. Kiedy wprawili nas na chwilę w uniesienie Hiszpanie, to zaraz oberwali od Chorwacji. Kiedy na lodowatych specjalistów od wyroków na zlecenie zaczęli wyglądać Włosi, to padli pod naporem Irlandii. Nawet gospodarze Francuzi bardziej niż zwyciężaniem zajmują się tęsknotą za Paulem Pogbą w pełnym rozkwicie, który potrafiłby wreszcie dorosnąć do roli spadkobiercy natchnionych rozgrywających o imigranckich korzeniach - Raymona Kopy, Michela Platiniego i Zinedine'a Zidane'a.

Tego wszystkiego współczesny konsument futbolu, obżerający się wykwintnymi daniami Realu, Atlético, Bayernu czy Barcelony, tolerować nie może. Gra musi dotykać perfekcji, inaczej przyzwyczajony do luksusu klient chwyta księgę skarg i zażaleń.

Gra na Euro 2016 do perfekcji się nawet nie zbliża

Nędza straszy zwłaszcza na środku ataku, na którym szkaradnie wyglądają nawet popisy najwybitniejszych - gdy my współczujemy miotającemu się Robertowi Lewandowskiemu, Niemcy sądzą równie bezradnego Thomasa Müllera (choć on krąży wszędzie, to snajper osobny), a Zlatan Ibrahimović na pożegnanie z reprezentacją Szwecji wyciska z siebie ledwie jeden celny strzał, oddany z rzutu wolnego. Ich usprawiedliwiamy naturalnie obrażeniami odniesionymi w intensywnym sezonie klubowym - znamienne, że na Euro szaleje Gareth Bale, miesiącami przebywający na zwolnieniu lekarskim - ale problem tkwi głębiej. Otóż środkowych napastników sprawniej edukują na innych kontynentach. W lidze hiszpańskiej króluje Urugwajczyk Luis Suárez, w niemieckiej polskiego supersnajpera ścigał Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang, we włoskiej Argentyńczyk Gonzalo Higuain uciekł rodakom Paulo Dybali i Mario Icardiemu oraz Kolumbijczykowi Carlosowi Bakce, w angielskiej numerem jeden pozostaje wicekról strzelców (trafia najczęściej, ale choruje) kolejny Argentyńczyk Sergio Agüero etc.

Dla Champions League, ignorującej granice między państwami, ta geografia nie ma żadnego znaczenia, europejski klub ubytki wypełnia importem. Jednak drużyny narodowe się samoograniczają - w ramach umowy coraz częściej łamanej, ewentualnie niemożliwej do zastosowania wskutek jej anachroniczności (migracje), ale mimo wszystko wciąż obowiązującej. Werbują tylko u siebie. Dlatego odwołują się do wyborów niekiedy rozpaczliwych. I to nie tylko w krajach na poziomie Ukrainy, która głównego strzelca usiłuje dojrzeć w Romanie Zozuli z przeciętnego Dnipro Dnipropietrowsk, poruszającym się jak tępawy robotnik, przez całą karierę niezdolnym wymordować więcej niż kilka bramek w sezonie. Przecież nawet Włosi, mierzący wysoko mimo kryzysu, wpuszczają do podstawowego składu niejakiego Edera, któremu przez 749 minut gry spędzonych wiosną w mediolańskim Interze wyśliznął się spod buta jeden gol. Zgroza.

Usterek widać więcej. Niemal wszędzie, nawet u faworytów. Jak potentaci z Ligi Mistrzów składają się niemal wyłącznie z zalet, tak na Euro nawet potentaci kłują w oczy wadami. Niemcy z trudem kryją ubóstwo na bokach obrony; Francuzi osłaniają pole karne Adilem Ramim (zweryfikowanym jako gracz na poziomie Ligi Europejskiej); Portugalczycy polegają na skrzydłowych tyleż utalentowanych, co usuwanych przez renomowane firmy na peryferie poważnego futbolu. A jeśli zsuniemy się niżej, to wejdziemy wręcz między brytyjskich drugo- i trzecioligowców lub reprezentacje rekrutujące ludzi z ekstraklasy, niskich stanów Bundesligi oraz rubieży wschodnich. Jak Węgry. Porządek na tyłach trzymają tam piłkarze Wisły Kraków oraz Lecha Poznań, wyżej biega 37-letni rozgrywający Ferencvarosu Zoltan Gera (z przeciętną przeszłością), strzelający gole kapitan Balázs Dzsudzsák uciekł niedawno z ligi rosyjskiej do tureckiego Bursasporu... A jednak Węgrzy wygramolili się z grupy, i to na pozycji lidera.

Powtórzmy: do szesnastki najlepszych drużyn narodowych w Europie wbiegli piłkarze, których szesnastka najlepszych drużyn klubowych nie wpuszcza nawet na ostatni fotel dla rezerwowych.

Ta dysproporcja, już przepastna,

będzie się jeszcze prawdopodobnie zwiększać. Bogate kluby inwestują coraz więcej - zarówno pieniędzy, jak i know-how - w możliwie najwydajniejsze selekcjonowanie zawodników, zjawiskowo zdolnych przechwytują już za juniora. Dlatego najsilniejsi są silniejsi niż kiedykolwiek w historii. Dlatego Barcelony, Reale czy Bayerny biją w swoich krajach statystyczne rekordy, tłukąc goleadę za goleadą. Dysponują kadrami bez skazy.

W futbolu międzynarodowym to nierealne. Nawet najbardziej wyrafinowany system szkolenia, włącznie ze stosunkowo najbliższym ideału hiszpańskim, nie będzie regularnie wypuszczał doskonałych graczy na każdą pozycję. Trafiają się lepsze i gorsze roczniki, na rzeczywistość nadal doniośle wpływa zwykły przypadek. Barcelona marzy o samowystarczalności, ale nawet niedościgniona wedle powszechnej opinii La Masia niczego nie gwarantuje - wychowanków z podstawowego składu ubywa, trzeba rzucać dziesiątkami milionów za Neymarów czy Suárezów. Gdyby te same reguły rządziły futbolem reprezentacyjnym, kopiący na Euro jak analfabeta David Alaba (ach, jakże przydałby się Niemcom...) nigdy nie dusiłby się w drużynie na poziomie Austrii.

Kiedy zatem wytykamy niekompetencję co słabszym wśród wybrańców Adama Nawałki, rozejrzyjmy się po konkurencji. Złożonej z drużyn ułomnych, czasem tylko ratowanych przez całe formacje wyjęte z mocnych klubów - jak barceloński tercet z hiszpańskiej linii pomocy czy turyński tercet z włoskiej linii obrony. Mistrzostwa Europy to nie jest turniej elitarny, lecz igrzyska zderzających się kultur; poznawanie lokalnych boiskowych bohaterów z krain dla nas dotąd tajemniczych; przyciąganie do piłki ludzi niezbyt nią na co dzień zainteresowanych; mecze między nacjami, które nigdy w żadnym turnieju się nie spotkały. I okazja, by odetchnąć od futbolu tak nienagannego, że wprost nieludzkiego. Dla zwykłej higieny wyłuskajmy z siebie trochę kibicowskiej wyrozumiałości, zanim wróci cyborgiada w Lidze Mistrzów.



Pojedynek polskich i ukraińskich kibicek! Piękny doping w Marsylii [ZDJĘCIA]