Sport.pl

Euro 2012. Holenderski dziennikarz opowiada, jak przez piwo trafił do aresztu

"Powiedziałem policjantowi, że wypiłem kilka piw, ale nie wiedziałem, że polskie prawo jest tak rygorystyczne. Przez ostatnie półtora tygodnia zdążyłem zakochać się w pięknym Krakowie, ale w tamtym momencie pomyślałem sobie: co to za kraj!?". Holenderski dziennikarz jest oburzony, że został zatrzymany za jazdę na rowerze pod wpływem alkoholu.
52-letni Bert van der Linden na czas Euro 2012 zatrzymał się w hotelu przy placu Kossaka. Dlaczego trafił do aresztu? Opis jest szczegółowy. Piwo marki Tyskie miał otworzyć podczas meczu Hiszpania - Irlandia. Twierdzi, że po wypiciu połowy wyruszył w podróż rowerem po Krakowie. Chciał kupić coś do jedzenia. "Ale restauracje były już zamknięte, do kupienia tylko kebab" - opisuje van der Linden. Nie miał wyjścia. Zjadł kanapkę, popijając piwem.

Wracając do hotelu został zatrzymany przez policję. Twierdzi, że tylko jeden z funkcjonariuszy znał angielski w niewielkim stopniu, ale potrafił się z nim dogadać. "Powiedziałem mu, że wypiłem kilka piw. Jeszcze wtedy byłem przekonany, że nic się nie wydarzy, bo nie wiedziałem, że polskie prawo jest tak rygorystyczne" - czytamy w jego opisie.

I dalej: "Policjant każe dmuchnąć w alkomat. Jak to, rowerzyści muszą przechodzić badanie alkomatem? Przez ostatnie półtora tygodnia zdążyłem zakochać się w pięknym Krakowie, ale w tamtym momencie pomyślałem sobie: co to za kraj!?"

Wynik? 0,32 mg alkoholu w wydychanym powietrzu. Za chwilę policjanci ponowili test - 0,29 mg. "Poinformowali mnie, że w Polsce limit wynosi 0,2 promila. Myślałem, że puszczą mnie wolno. Kolejna pomyłka. Najpierw musieliśmy czekać na samochód, który zabierze mój wypożyczony rower. Następnie udaliśmy się na komendę".

Dziennikarz opisuje, jak na komisariacie znów został poddany testem alkomatem, podczas gdy policjanci wypełniali dokumenty. "Pomyślałem, że chcę być jak najszybciej w moim hotelowym łóżku. Jutro jest nowy dzień, a po południu mam wywiad z Klaasem-Janem Huntelaarem. Fakt, że jestem dziennikarzem, nie zrobił na polskich policjantach wrażenia. Prawo jest prawem"

Następnie dziennikarz został przebadany przez lekarkę i według jego relacji dopiero przed czwartą nad ranem trafił do celi. "Wcześniej musiałem oddać im mój iPhone, paszport, paragony, monety, zapalniczki, karty bankowe. Nawet opaski, które miałem na ręku, musiałem zdjąć. Czy to wszystko? Nie. Ku mojemu zaskoczeniu musiałem jeszcze zdjąć ubranie. Rozebrałem się do bielizny, to było upokarzające".

Został przebudzony ok. siódmej po trzech godzinach snu. "Gburowaty strażnik gestem pokazał mi, że mogę wyjść z celi. Odprowadził do łazienki, a po wyjściu pozwolił zapalić. I co teraz? Po powrocie do celi postanowiłem się znów położyć. Po godz. 8 dostałem śniadanie. Cztery kromki białego chleba, kupa masła i trochę czegoś co wyglądało jak dżem".

Po dwóch godzinach opuścił areszt. "Do godz. 12 czekałem na tłumacza. Potem miałem do wyboru: 625 euro grzywny i utrata pozwolenia na jazdę po Polsce w zawieszeniu na dwa lata lub 500 euro i rok w zawieszeniu. Wybrałem drugą opcję, bo do Polski nie przyjadę zbyt prędko".

Więcej o: