Sport.pl

Po meczu Polska - Włochy: futbolowa hossa Wrocławia

Spotkanie Polska - Włochy było kolejnym wydarzeniem potwierdzającym fakt, że Wrocław wreszcie przestał być piłkarską prowincją. Miasto ma już europejski stadion, klubową drużynę z dużymi aspiracjami i prawie gotowe jest do organizacji Euro 2012.
Po latach kryzysu i funkcjonowania na obrzeżach przeciętnego polskiego futbolu Wrocław odradza się błyskawicznie. Odradza się piłkarsko w każdym tego słowa znaczeniu. Piątkowy mecz reprezentacji Polski i Włoch na Stadionie Miejskim był kolejnym dowodem, że Wrocław na szczęście przestał już być piłkarską prowincją. Bo do niedawna wszystko co najciekawsze w polskiej piłce działo się poza tym miastem.

Zapomniany Wrocław

Przez ponad ostatnich 20 lat Wrocław nie odgrywał praktycznie żadnej roli w polskiej piłce klubowej i reprezentacyjnej. Wprawdzie w 2008 roku na stadionie Śląska przy ul. Oporowskiej rozegrano mecz eliminacji do MŚ 2010 Polska - Słowenia, ale to był jednostkowy przypadek. Wówczas przedstawiciele Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej wyprosili w centrali organizację tego pojedynku, a szukający wsparcia w terenie prezes Grzegorz Lato przystał na tę propozycję. Zagrano na przestarzałym, niefunkcjonalnym, ośmiotysięcznym obiekcie, na którym budynek klubowy zasłonięto ogromnymi płachtami reklam, tak aby nie było widać remontowanych elewacji.

Do 2008 roku Wrocław aż 21 lat czekał, aby na żywo zobaczyć w akcji reprezentację Polski. W 1987 roku Polacy na Stadionie Olimpijskim towarzysko zagrali z Norwegami, a później przez długie lata pierwsza reprezentacja biało-czerwonych omijała to miasto. Niektórzy trochę irracjonalnie tłumaczyli to klątwą trenera Antoniego Piechniczka, który wściekł się na miejscowych kibiców, gdy ci w 1983 roku podczas meczu Polska - Portugalia dopingowali rywali. Wszystko dlatego, że wtedy nasza drużyna nie miała już szans awansu do finałów ME 1984, a zwycięstwo Portugalczyków zapewniało im awans kosztem nielubianych w Polsce Rosjan. Drużyna Piechniczka przegrała z Portugalią 0:1 i poza jedynym późniejszym meczem z Norwegią za kadencji Wojciecha Łazarka Wrocław zniknął z mapy oficjalnych i towarzyskich spotkań kadry.

Zrujnowana infrastruktura

Obiektywnie oceniając, poza "klątwą Piechniczka" istniały inne, bardziej racjonalne powody omijania Wrocławia przez piłkarską reprezentację Polski. Przede wszystkim w latach 90. Stadion Olimpijski zaczął popadać w ruinę. Niczego nie zmienia tu fakt, że na tym obiekcie kilka razy o mistrzostwo świata rywalizowali żużlowcy. A Oporowska jako stadion nigdy nie spełniała europejskich norm. Choć równocześnie trzeba zauważyć, że przez wiele lat w Polsce nie mieliśmy o wiele lepszych obiektów, a mimo to grała tam reprezentacja i drużyny klubowe w europejskich pucharach.

Inwestycyjna hossa

Dla piłkarskiego Wrocławia kluczowym momentem stało się samorządowo-polityczne porozumienie ponad podziałami i inwestycyjne wejście miasta w Śląsk. Wkrótce Polska i Ukraina sensacyjnie otrzymały prawo organizacji Euro 2012, a Wrocław znalazł się w gronie ośmiu miast, w których rozgrywane będą mistrzowskiej spotkania. Decyzja o budowie nowego stadionu piłkarskiego było naturalną konsekwencją inwestowania w tę dyscyplinę sportu. Te wydarzenia okazały się kluczowe dla odrodzenia futbolu i infrastruktury piłkarskiej we Wrocławiu.

A przecież jeszcze kilka lat temu we Wrocławiu można było się wybrać co najwyżej na III-ligowe spotkanie i zobaczyć w akcji takie zespoły, jak Swornica Czarnowąsy czy TOR Dobrzeń Wielki. To właśnie wtedy Śląsk rywalizował w III lidze, a równocześnie Górnik z niewielkich Polkowic występował w I lidze. Pojedynki Śląska z tuzami ligi, gra o europejskie puchary czy oglądanie na żywo drużyny narodowej pozostawały wtedy tylko w sferze marzeń. Dziś Wrocław pod względem piłkarskiej infrastruktury znalazł się w ścisłej krajowej czołówce. Wystarczy tylko popatrzeć, jak daleko w tle pod tym względem zostały Łódź, Szczecin czy prawie cały Górny Śląsk.

Gwiazdy na europejskim obiekcie

Piątkowy mecz z Włochami pokazał, że Wrocław może się pochwalić europejskim obiektem. Bo stadion robi wrażenie nie tylko na polskich kibicach, ale i tych zagranicznych. Niektórzy z polskich fanów twierdzą, że ładniejszy jest obiekt w Gdańsku, ale równocześnie podkreślają, że jednostopniowe, bardzo strome trybuny robią ogromne wrażenie i pozwalają w doskonałych warunkach obserwować wydarzenia na boisku. Widoczność z trybun wrocławskiego stadionu jest świetna - podkreślają fani. Mało tego, jeden z włoskich sympatyków futbolu wyjątkowo komplementował stadion, twierdząc, że u nich ładniejszy jest tylko nowy obiekt Juventusu Turyn. Oczywiście przesadził - bo zapomniał choćby o San Siro w Mediolanie - ale rzeczywiście nie musimy się już niczego wstydzić.

Dodatkowej rangi wrocławskiemu spotkaniu dodał rywal - czterokrotni mistrzowie świata Włosi. Na żywo w akcji można było zobaczyć mistrzów świata, triumfatorów Ligi Mistrzów, takie gwiazdy jak: Buffon, Pirlo, Balotelli, Pazzini czy de Rossi. I gwiazdy nie zawiodły. Buffon pokazał, że należy do grona najlepszych bramkarzy na świecie, Balotelli udowodnił, że posiada niewiarygodny potencjał, a grający "na pół gwizdka" Pirlo kilka razy zachwycił swoją boiskową inteligencją.

Bokserska walka o mistrzostwo świata Adamek - Kliczko, ligowy mecz Śląska z Lechią oraz spotkanie Polska - Włochy ściągnęły na trybuny komplet, około 43 tysięcy widzów. Wypełniony po brzegi barwny stadion robi ogromne wrażenie. Jednak równocześnie nie można zapominać, że to wciąż jest w pewnym sezonie teren budowy, na którym pewne rzeczy koniecznie trzeba poprawić.

Komfortowe miejsce na betonie

Po meczu reprezentacji Polski otrzymaliśmy wiele niepokojących sygnałów dotyczących organizacji meczu i warunków, w których widzowie oglądali spotkanie. Nie obyło się bez wpadek. Zdarzały się sytuacje, w których osoby posiadające najdroższe - po 180 złotych - bilety musiały oglądać spotkanie na stojąco, gdyż miejsc z taki numerami, jakie im sprzedano, nie ma na stadionie!

Inny kibic na wykupionym miejscu znalazł jedynie wystające z betonu śruby, ale krzesełka już nie. Na kolejnym siedzisku - na który sprzedano bilet - umiejscowił się jeden z operatorów z kamerą i pozostał tam przez cała transmisję. Część kibiców stała między przejściami, gdyż ich foteliki zajęły inne osoby. Ci stojący oczywiście zasłaniali widok na boisko sporej grupie kolejnych fanów.

Okazuje się, że sporym problemem jest to, że na stadionie znajduje się co najmniej kilkadziesiąt (inny twierdzą, że kilkaset) miejscl, gdzie krzesełka zamontowano za potężnymi słupami podtrzymującymi konstrukcję dachu. Z tych krzesełek absolutnie nie da się oglądać żadnej imprezy, która odbywa się na stadionie. Niestety, na część z tych miejsc sprzedawano bilety, choćby na mecz Śląska z Lechią. Stało się tak, gdyż organizator spotkania, Śląsk, zbyt późno został poinformowany, że na część krzesełek nie powinno się rozprowadzać wejściówek.

Tym razem organizatorem meczu był Polski Związek Piłki Nożnej, ale na stałe gospodarzem obiektu stanie się Śląsk. Wrocławski klub ma już za sobą organizację pierwszego spotkania ligowego i jest bogatszy o te doświadczenia. Pojedynek Śląsk - Lechia obsługiwało aż 1500 stewardów wynajętych przez klub. To oni mają pomagać widzom w sytuacjach problemowych.

To oczywiste, że niefortunne sytuacje, jakie przytrafiły się na wrocławskim stadionie niektórym kibicom, powinny zostać całkowicie wyeliminowane. Nowoczesny stadion wymusza na organizatorach, aby warunki oglądania i kibicowania na nim spełniały europejskie normy. Wtedy spokojnie będzie można powiedzieć, że wrocławski stadion jest superobiektem z klasą.

Więcej o: